31 stycznia 2014

Makijaż z akcentem na usta.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy bardzo rzadko wykonywałam pełny makijaż. Mogłabym to zliczyć na palcach obu rąk. Obawiam się, że wyjdę całkowicie z wprawy! I zamiast skupiać się na bajecznie kolorowym makijażu oka, stawiam na stonowane barwy, a za to podkreślam usta. Tak jak i w dzisiejszym makijażu. Akcent pada na usta. 


Tak, zwyczajny dzienniak w brązie. Ale tutaj po raz pierwszy wypróbowałam utrwalającej bazy pod pigmenty sypkie od KOBO, wiecie to ta w płynie, coś jak Duraline od Inglota. I jak wrażenia? Jestem zachwycona :) Kreskę malowało mi się wygodnie, szybko, a do tego okazała się ona być trwała. Krecha wytrzymała na oku cały dzień, nie odbiła mi się na powiece - to mi się podoba! 


Tak, wiem - nie miałam dobrego światła do zdjęć i nie oddają one uroku makijażu. Ale zauważyłam to dopiero po zgraniu zdjęć na komputer. Mimo wszystko mam nadzieję, że coś tam zobaczycie, a reszty sie domyślicie :D
Nie poszalałam kolorystycznie, ale przyznajcie obiektywnie - ile z Was na co dzień pozwala sobie na wielobarwne makijaże? Trochę szkoda, bo na ulicach byłoby zdecydowanie bardziej kolorowo...


Zdjęcie w lustrze musi być ;P Ostatnio bardzo polubiłam taką formę robienia zdjęć - czasami wychodzą ciekawe kwiatki ;) I na poniższym zdjęciu przynajmniej jest wiernie oddany kolor ust :)


Użyte kosmetyki
Twarz - podkład Maybelline New York Pure-Liquid Mineral 010 ivory, puder Alterra z ekstraktem z granatu 01 light, konturowanie setRevlon Beyond Natural 400 Pink Rose, rozświetlacz Peggy Sage Mirabelle.
Usta - kredka do ust Bourjois Color Boost 03 Orange Punch
Oczy - baza pod cienie Inglot, biały cień w kremie Essence Ballerina Backstage 01 dance the swan lake, cienie Wet'n;Wild i-sparkle Oasis, złoty cień Inglot nr 103, baza pod pigmenty KOBO, czarny cień z palety Sleek Au Naturel, kredka kohl Oriflame w kolorze nude, maskara L'Oreal Volume Million Lashes Noir Excess, set do brwi Essence.

29 stycznia 2014

Opowiem Wam o mojej golarce. Wilkinson Intuition.

Przy okazji ostatniej wymiany ostrzy w mojej golarce uświadomiłam sobie, że jeszcze ani słowem nie wspominałam o niej na blogu. Czas nadrobić zaległości, zwłaszcza, że golarka jest ze mną już jakiś czas (od sierpnia ubiegłego roku, czyli prawie pół roku). Przez ten okres zdążyłam sobie wyrobić zdanie na jej temat, zużyć kilka ostrzy i teraz moją opinią dzielę się z Wami :)


Na zakup golarki Wilkinson Intuition zdecydowałam się spontanicznie, za namową mojego męża. Sama bym się pewnie nie zdecydowała na zakup, ponieważ byłam przyzwyczajona do używania jednorazowych golarek. Ale teraz już bym nie zamieniła swojej golarki na jednorazówki. Oj nie, zrobiłam się zbyt wygodna ;) Zaraz wyjaśnię Wam o co chodzi z tą moją wygodą, ale idźmy po kolei :)


Golarka ma nowoczesny design, wygodną rączkę oraz gumowe antypoślizgowe elementy, które ułatwiają trzymanie jej w mokrych dłoniach. Do zestawu dołączony jest uchwyt, na którym możemy zawiesić golarkę, ale niestety nie spełnia swojego zadania, bo zwyczajnie odpada pod wpływem ciężaru maszynki. Próbowałam go przyklejać milion razy do kafelek i niestety efekt jest zawsze taki sam. Dlatego też trzymam golarkę w szafce - na szczęście ma plastikową osłonkę, więc mogę ją w ten sposób bezpiecznie przechowywać.


Wkłady z ostrzami do tej golarki są dość specyficzne. Jak widać cztery ostrza otoczone są białą, szeroką otoczką. Ta otoczka, to mydełko, czy inaczej - środek ułatwiający golenie. Dzięki temu nie potrzebujemy używać pianki czy też żelu do golenia. Trzeba tylko pamiętać o zwilżeniu wkładu przed rozpoczęciem golenia. Dzięki temu ostrza będą gładko sunąć po wytworzonej wcześniej przez mydełko piance. To duża wygoda i oszczędza nam to sporo czasu związanego z aplikacją preparatów do golenia. Ponadto środek okalający ostrza dodatkowo pielęgnuje suchą skórę. Tak, to działa. Po goleniu nie muszę już nakładać balsamu, bo skóra jest nawilżona.


Do zalet tej golarki muszę dołożyć to, że nie sposób się nią zaciąć. Przyznaję, iż jestem na tyle niezdarna, że jednorazówkami zawsze się zacinałam. W przypadku tej golarki nie nastąpiło to ani razu. Aż sama się dziwię jak to się mogło stać :)
Z tego co mi wiadomo, na rynku są dostępne dwa rodzaje wkładów do golarki Wilkinson Intuition - sensitive care z aloesem i witaminą E, oraz dry skin z olejem kokosowym i migdałowym. Ja mam tą drugą wersję przeznaczoną dla skóry suchej, więc wspomnę jeszcze krótko o zapachu tych wkładów. Pachną słodko, przyjemnie, że aż chce się polizać - ale nie radzę tego robić :D
Niestety wkłady mają też swoje wady - główną wadą jest nierównomierne zużywanie się mydełka. Dolna część zużywa się szybciej niż górna, więc albo wyrzucimy ją niezużytą do końca, albo będziemy kombinować jak ją zużyć. Ja kombinowałam ze skutkiem pozytywnym i zawsze zużywałam  cały wkład do samego końca. Zwłaszcza, że ostrza były nadal ostre i świetnie goliły, więc szkoda mi było je wyrzucić.
Wydajność to kwestia indywidualna - zależy jakie partie ciała i jak często golimy.
Jeżeli chodzi o samo golenie - nie mam uwag. Goli szybko, skutecznie i dokładnie. Nie mam większych wymagań, więc u mnie zdaje egzamin :)


Koszt takiej przyjemności to około 40-50zł za zestaw startowy, a wkłady to koszt około 50zł za 3 sztuki. Warto szukać promocji.
Czy to tanio czy drogo możecie same ocenić. Ja nie żałuję wydanych pieniędzy, jestem z niej zadowolona i mam nadzieję, że jeszcze długo mi posłuży :)

28 stycznia 2014

Makijaż a wiek - według książki "Pielęgnowanie zdrowia i urody".

Kiedy zaczęłam interesować się kosmetykami, wsiąknęłam w świat pielęgnacji urody, to zaczęłam także szukać pozycji książkowych związanych z tym tematem. Udało mi się znaleźć niezwykle interesującą pozycję z roku 1987 - czyli 27 lat temu wydaną. Ciekawiło mnie jak wtedy rozwinięta była wiedza kosmetyczna, czego używano i jak dbano o urodę. Przyznam, że podczas lektury w niektórych momentach nieźle się uśmiałam, ale tez wiele elementów opisanych w książce jest nadal aktualnych.


Dzisiaj chcę Wam przybliżyć krótko podejście autorki do tego, w jakim wieku powinno się wykonywać makijaż i jakiego typu ma to być makijaż.
Ciekawa jestem, w jakim wieku Wy zaczynałyście swoją przygodę z makijażem? Czy postępujecie zgodnie z opisanymi poniżej poradami?


26 stycznia 2014

Zapachowy weekend part 7. Woski YC, które mnie uwiodły.

Czas wrócić do starej, zapomnianej już serii weekendowej, która otulona jest różnymi zapachami. Dzisiaj na tapecie woski Yankee Candle, które w jakiś sposób podbiły mój nos. Co prawda nie jestem jakąś fanatyczką YC, ale lubię od czasu do czasu zapalić świeczkę w kominku i roztoczyć w mieszkaniu ciekawy zapach. Nie, nie śledzę nowości. Zamawiam i kupuję pod wpływem chwili i nastroju, a nie mody czy tego, co akurat weszło na rynek.


Mowa będzie o trzech woskach, które może znacie, a może przeczytacie o nich po raz pierwszy. W każdym wypadku mam nadzieję, że zachęcę Was chociaż do powąchania ich w sklepie, bo są ciekawe i osobiście uważam, że mają w sobie potencjał i "to coś".


Pierwszy z wosków, to Pineapple Cilantro. Ulubiony wosk mojego męża ;) Z tym woskiem żegnaliśmy stary rok 2013 i wchodziliśmy w nowy 2014, więc mam do niego pewnego rodzaju sentyment. No ale przejdźmy do konkretów :)
Jasnozielony wosk opatrzony egzotyczną etykietką od razu po otwarciu trąci ananasem. Po roztopieniu w kominku staje się słodki, do ananasa dołącza kokos. Robi się wakacyjnie, ciepło i słodko. Coś co uwielbiam. Moim zdaniem zapach nadaje się idealnie do dużych przestrzeni, w małym pokoju może na maksa zasłodzić powietrze i zrobi się mdło. Przy większych pomieszczeniach uwalnia się jego prawdziwa natura. U nas pachniało całe mieszkanie, ale nie był to okropny i nachalny mdły zapach. Było słodko, tropikalnie i owocowo. Polecam fanom słodyczy, ananasa i kokosa.


Znów będzie słodko. Mam słabość do słodkich aromatów tak samo jak do owocowych. Tym razem w ręce wpadł mi wosk w kolorze śniegu - nieco zbrudzona biel. Do tego nazwa - Christmas Cookie. Oba czynniki sprawiają, że ten wosk staje się typowo zimowym zapachem. Nie wyobrażam go sobie zapalić latem. No ale pewnie i takie osoby się znajdę, które upalnym latem, w środku lipca odpalą ten waniliowy wosk.
Piszę waniliowy, bo to świąteczne ciasteczko jest mocno waniliowe. Kojarzy mi się też ze słodkimi piankami zajadanymi z gorącym kakao. Takiej samej słodyczy dostarcza nam ten wosk po rozpuszczeniu w kominku. Taką słodycz fundowałam sobie w sypialni, nawet bezpośrednio przed snem - nie miałam przy nim kłopotów z zasypianiem. Jeśli jesteście fankami słodyczy, słodkich ciasteczek, piankowych pyszności - to będzie zapach dla Was :)


Na koniec nieco przysolimy ;) Wosk, który w czasie kiedy się pojawił budził sporo kontrowersji. Jedni przyrównywali jego zapach do zapachu rosołu. Inni starali się obalić tą teorię. Ale prawdą jest, że każdy z nas indywidualnie odczuwa niektóre zapachy. Muszę przyznać, że Salted Caramel okazał się być specyficzny. Od razu zaznaczam - ja w nim rosołu nie wyczuwam :D
Zapach słodko-słony, lekko karmelowy. Wąchając go, widzę patelnię z lekko przypalonym karmelem, do niego dorzucam sól i prażę w tym orzeszki. Tak, to ten zapach. Karmel i sól. Lubię połączenie słodkiej potrawy ze słonymi przyprawami. Swego czasu zajadałam się czekoladą z solą, może stąd też to uwielbienie do słodko-słonego wosku YC?


24 stycznia 2014

Zakupowo. Rossmann.

Tytułem wstępu - nie nastawiajcie się na ogromne zakupy, bo nie poszalałam. Wdrażam plan oszczędzania i to porządnego oszczędzania. Wszystkie produkty, które tutaj dziś zobaczycie są zakupione w promocji :)


Zacznijmy od tego co znam, miałam już w swoim posiadaniu i byłam z tego zadowolona. Kapsułki Rival de Loop. Mają fajny skład, dobrze spisują się regularnie stosowane. Jako, że jeden blister kosztował tylko 0,99 Euro, to zrobiłam mały zapas. Te żółte Anti Age to na wypróbowanie. Nie, jeszcze nie mam zmarszczek ani nic z tych rzeczy ;) Jestem zdania, że lepiej zapobiegać, niż później płakać.


Przejdźmy dalej. Dezodoranty to dla mnie uzupełnienie higieny. Mimo iż używam antyperspirantów w innej postaci jak np. w kulce, to zawsze dla bezpieczeństwa lubię się psiknąć takim w sprayu. Ot, takie moje małe zboczenie. Te dezodoranty Synergen miały dwie wersje zapachowe, mnie jednak skusiło różowiutkie opakowanie :D


Mydełkowy szał? Nie, po prostu u mnie mydełka idą jak woda ;) A te z Alterry bardzo lubię i wykorzystałam promocję na uzupełnienie zapasów. Cztery różne wersje zapachowe, bo lubię różnorodność.


No i coś na rozgrzewkę. Mimo iż za herbatami King's Crown nie przepadam, to obok tej nie mogłam przejść obojętnie. No i słusznie, bo jak się potem okazało jest pyszna - mocno imbirowa, orientalna, z nutką cynamonu. Lubię jak herbata ma mocny smak i nie jest mdło-nijako-wodnista. Ta taka nie jest i z nią zdradzam chwilowo moje ulubione herbaty liściaste :)


23 stycznia 2014

Jak się bawiłam w małego chemika i ukręciłam pomadki ochronne do ust.

O wyższości kosmetyków naturalnych nad tymi drogeryjnymi nie ma co dyskutować. A jeszcze lepsze są kosmetyki, które możemy stworzyć samemu w domu. Choćby dlatego, że oprócz świadomości jakie składniki do nich dajemy, wkładamy w nie swój czas, energię, pokłady cierpliwości oraz całe swoje serce. 


Zestaw do samodzielnego stworzenia swoich pomadek ochronnych mam ze sklepu z półproduktami EcoSpa. Półprodukty czekały na swoją kolej już dość długo, bo jakoś od października. Niestety do tej pory nie miałam czasu, warunków ani możliwości zabrać się za produkcję. Na szczęście wreszcie mogłam się za to zabrać i zrobiłam to z nieukrywanym entuzjazmem :) 


Zestaw do stworzenia pomadek składa się z:
- 4g wosku pszczelego
- 5g masła awokado nierafinowanego
- 10ml oleju z nasion maliny zimnotłoczonego
- 4 opakowania na pomadki
(+oczywiście instrukcja obsługi zestawu)

Można dodatkowo użyć naturalnych olejków eterycznych, żeby nadać pomadkom zapach. Same w sobie nabierają zapachu oleju z nasion maliny. Kto wąchał, ten wie, że nie jest to cudowny aromat - niektórym może się nie spodobać ;) Ja nie miałam pod ręką żadnego olejku, ale zapach pomadek mnie nie razi. 

Oprócz powyższych składników przyda się jakaś zlewka (u mnie posłużyła za nią miseczka) oraz łaźnia parowa (u mnie był to garnek z gotującą się wodą). Wszystkie składniki należy podgrzewać w kąpieli wodnej aż do pełnego rozpuszczenia i połączenia się wszystkich składników. Przyznam, że trwało to u mnie dość długo, musiałam uzbroić się w cierpliwość, ale podołałam :) 


Na powyższych zdjęciach widzicie kolejne etapy:
1. Zaczynam rozpuszczać wosk pszczeli.
2. Dodałam masło awokado.
3. Dodałam olej z pestek malin. 

Rozpuszczałam, czekałam, aż wreszcie mogłam przelać masę do pojemniczków na pomadki. Niezdarnie udało mi się trochę masy zmarnować, ale mimo to wyszły mi 4 zgrabne pomadki do ust. Po jakiejś godzinie były już na tyle twarde, że mogłam próbować, czy sztyfty działają. Na szczęście działają bez problemu. I już porozdzielałam wszystkie pomadki. Trafiły kolejno:
1. do torebki
2. na garderobę, przed lustro
3. na stoliczek nocny
4. odłożyłam na zapas 

Teraz będę z nich korzystać i po upływie odpowiedniego czasu dam Wam znać jak moje pomadki się sprawują :) Mam nadzieję, że dadzą sobie radę z pielęgnacją moich ust, bo już się na nie strasznie napaliłam ;) 
Jeżeli jesteście zainteresowane takim, bądź innym zestawem do samodzielnego stworzenia kosmetyków, to odsyłam do EcoSpa
Koszt takiego zestawu jak mój to raptem 24,90zł. Radość z tworzenia - bezcenna :D


21 stycznia 2014

5 dni z Matricium - i moja cera chce więcej!

Znacie ten stan, kiedy próbki wylewają się z szafki, wypełniają pół kosmetyczki i ciężko się jest ich pozbyć? Ja znam dobrze i właśnie wprowadziłam plan regularnego zużywania saszetek, kapsułek i blisterków z próbkami. W ramach hurtowego zużywania próbek ostatnio wykorzystałam blister Matricium. A teraz jest mi smutno, że miałam tylko 5 sztuk tego specyfiku, bo jak się okazało - moja skóra pokochała Matricium. Tak, wiem, że to tylko 5 dni, że nie miałam całej kuracji, ale chętnie podzielę się z Wami swoimi pierwszymi wrażeniami na temat tego produktu. Uważam, iż jest tego warty.


Próbki otrzymałam już sporo czasu temu, kiedy Bioderma prowadziła kampanię reklamującą Matricium. Jakoś wtedy za dużo mi było tego produktu, miałam wrażenie, że zaraz mi z lodówki wyskoczy, więc opakowanie wylądowało na dnie szuflady i czekało na lepsze czasy. Te czasy właśnie nastąpiły i zabrałam się do rozbrajania blistra. Mój blister zawierał 5 kapsułek, które są szczelnie zamknięte i żeby je otworzyć, należy oderwać plastikową główkę. Taką kapsułkę należy zużyć w ciągu 12 godzin od otwarcia. Optymalny czas, ponieważ kiedy wieczorem otwierałam kapsułkę, zużywałam połowę, a drugą połowę po niespełna 12 godzinach, kiedy wstawałam rano. 5 dni, 2 razy dziennie - rano i wieczorem.


Matricium ma postać płynną i bezbarwną. Jak woda. Na początku nieźle się zdziwiłam i już myślałam, że ktoś sobie ze mnie żarty stroi i podmienił mi kosmetyk z wodą ;) Na szczęście od razu po pierwszej aplikacji moje wątpliwości się rozwiały. Produkt wchłonął się ekspresowo w skórę twarzy, nie pozostawiając ani śladu na powierzchni skóry. Żadnego tłustego filmu, żadnej nieprzyjemnej powłoki. Ułatwia to znacznie późniejszą aplikację kremu na twarz. Nie trzeba długo czekać, żeby móc nałożyć krem - wystarcza dosłownie kilka minut.


Efekty, czyli to, co interesuje nas najbardziej. U mnie efekty były odczuwalne niemal natychmiast. Skóra po aplikacji staje się sprężysta i napięta. Nie jest ściągnięta, ale wyraźnie bardziej sprężysta. Cera jest przygotowana na dawkę kremu, który można niemal natychmiast nakładać. Po 5 dniach z Matricium jestem bardzo zadowolona. Moja cera w widoczny i odczuwalny sposób się poprawiła. Od dłuższego czasu borykałam się z suchą i odwodnioną cerą. Teraz widzę i czuję poprawę. Na tyle, że śmigam bez makijażu. Skóra jest rozświetlona, wygląda zdrowo, jest nawilżona.
Dzisiaj mija tydzień od momentu kiedy zakończyłam swoją krótką kurację, a cera nadal trzyma się tak jak zaraz po kuracji. Po tych 5 dniach przekonałam się, że warto się skusić na pełną 30-dniową kurację. Więc kiedy tylko zaistnieje taka możliwość, to od razu kupuję pełen pakiet.


Naprawdę, nie zdarzyło mi się jeszcze tak wychwalać darmowych próbek, ale tutaj jestem szczerze zaskoczona.
Cena Matricium nie jest już też tak zaporowa, jak była na początku (199zł-30ampułek) i można je zakupić za około 105zł w drogeriach internetowych. Uważam to za dobrą inwestycję w swoją cerę. Producent zaleca powtarzanie kuracji 4 razy do roku. Ale myślę, że jest to już kwestia indywidualna i każdy powinien to dostosować do potrzeb swojej cery.

20 stycznia 2014

Wiśniowa pielęgnacja ust - pomadka ochronna Alterra.

Kto śledzi bloga ten wie - pielęgnacja ust u mnie to konieczność. Balsamy do ust, pomadki ochronne, wazeliny kosmetyczne - to wszystko zużywam w ilościach hurtowych. Taki urok wrażliwych ust oraz w ostatnim czasie wietrznej pogody. Ale dzięki temu poznaję wiele nowych kosmetyków do ust, chętnie próbuję, kupuję nowości, poznaję ciekawe smaki, zapachy i kolory pomadek ;)


Do zakupu tej pomadki w dużej mierze przyczyniły się dorodne wisienki na etykietce. Uwielbiam wszystko co wiśniowe. Zapach, kolor, smak. Wiśniowa pomadka Alterra pochodzi niestety z serii limitowanej Wellness Pflege. Do wyboru miałam jeszcze wersję pomarańczową oraz malinową. Teoretycznie. Bo praktycznie została mi tylko wiśnia, reszta niestety była już niedostępna, a szkoda, bo malina brzmi również ciekawie.

Tradycyjny sztyft o wadze 4,5g kosztował 1,99 Euro, ja go dorwałam za 1,49 Euro w niemieckim Rossmannie. Jeżeli chodzi o zapach, to jest tak słabiutki, że trudno zidentyfikować go i porównać do czego jest podobny. Z wiśniami raczej nie ma wiele wspólnego.
Za to kolor jest bardzo adekwatny do widniejących na etykiecie wiśni - soczysta wisienka, która nadaje ustom zdrowy, czerwony koloryt. Nie jest to czerwień intensywna i żarówiasta, ani też tak kryjąca jak tradycyjnej pomadki, ale widoczna i ładnie prezentująca się na ustach.


Jeżeli chodzi o właściwości pielęgnacyjne, to tutaj mam kilka zastrzeżeń. Nie jest to produkt, który nada się do wymagających ust, nie nada się także do zimowej pielęgnacji, kiedy usta wymagają szczególnej ochrony. Ot, taki zwyklak, którego można wrzucić do torebki i w razie małego dyskomfortu użyć. Jego właściwości można porównać do popularnych w ostatnim czasie kredek do ust, które wypuściło sporo firm, m.in. Revlon, Bourjois, Astor. Nadają one kolor, nie wysuszają, ale też lekko chronią usta. O intensywnej pielęgnacji możemy zapomnieć.


Podsumowując mogę przyznać, że pomadka wiśniowa Alterra okazała się być ciekawym gadżetem, który ładnie koloryzuje usta, natomiast chroni je w niewielkim stopniu.
Za 1,49 Euro nie spodziewałam się niczego więcej, więc nie narzekam. Polubiłam się z tą pomadką i żałuję, że była dostępna tylko w edycji limitowanej i nie uda mi się już wypróbować wersji malinowej.

14 stycznia 2014

Kosmetyczne odkrycia 2013 roku.

Przez cały miniony 2013 rok trochę kosmetyków się u mnie przewinęło. Z całego tego grona wybrałam złotą piątkę - moje odkrycia kosmetyczne, które z jakiegoś powodu podbiły moje serce. Wiadomo - jest to mój subiektywny wybór, pewnie Wy macie swoje typy w poszczególnych kategoriach. Ale być może uda mi się Was przekonać do wypróbowania któregoś z poniższych produktów? :)


1. Jako kobieta, która uwielbia mieć zadbane i estetycznie umalowane paznokcie, zawsze pilnuję, żeby nie nabawić się wzoru odciśniętej pościeli na świeżo pomalowanych paznokciach. A jak wiadomo, zazwyczaj świeżo po pomalowaniu paznokci lakierem, zachciewa nam się gdzieś podrapać, musimy otworzyć drzwi listonoszowi - a te sytuacje grożą nam uszkodzeniem mechanicznym świeżo pomalowanych paznokci. Jak tego uniknąć? Znalazłam jeden, osławiony już sposób z którego jestem niesamowicie zadowolona. Seche Vite - mój wybawca. Co prawda śmierdzi, nie należy do najtańszych i jest stosunkowo trudno dostępny, ale warto zainwestować w ten top coat przyspieszający wysychanie paznokci. Do pół godziny od pomalowania paznokci możemy już spokojnie wszystko robić, nie martwiąc się o uszkodzenie lakieru. 


2. Może teraz wspomnę krótko o pielęgnacji. Jeżeli chodzi o moją cerę, to mam z nią czasami niezłe przeboje. Muszę bardzo uważać na kremy, których używam, bo jak zacznę używać nie tego co trzeba - masakra gotowa. Do tego mam dosyć odwodnioną skórę, ale nie suchą. Więc zbyt tłuste kremy odpadają. Ale znalazłam pozycję wśród kremów, po którą mogę spokojnie sięgać. Mało tego, krem Barwy - Siarkowa Moc wybawił mnie już z opresji i uspokoił skórę mojej twarzy. Matuje, ale nie wysusza. Nadaje się doskonale pod makijaż. Nie zapycha porów, nie powoduje wysypu wyprysków. 


3. Teraz kosmetyk, o którym po pewnym czasie zmieniłam zdanie. Na początku mnie nie zachwycał. Wydawał się być średniakiem. Ale jak się okazało, tusz L'Oreal Volume Million Lashes ma w sobie potencjał. Ten potencjał ujawnił się kiedy tusz kończył swój żywot. Otóż jego szczoteczka to mój ideał szczoteczkowy. Świetnie rozczesuje rzęsy, jest elastyczna, ale nie zbyt giętka. Mimo iż tusz już wyzionął ducha, to zostawiłam go sobie dla samej szczoteczki, której używam w potrzebie. 


4. Moja miłość do podkładów Bourjois narodziła się szybko i trwa niezmiennie do dnia dzisiejszego. Wygodne opakowanie z pompką, przyjemna formuła podkładu, lekkość nakładania go na twarz - to i wiele więcej sprawiło, że stał się moim nieodłącznym kompanem w codziennym makijażu. Latem sięgam po odcień 52 Vanille, zimą 51 Vanille Clair - towarzyszy mi wiernie przez cały rok. Więcej zachwytów możecie znaleźć w TYM WPISIE z recenzją podkładu.


5. Na koniec zostawiam sobie coś z serii - tanie, a dobre. Róż do policzków Bell Skin2rouge zakupiony w sieci marketów Biedronka. Róż za kilka złotych, a mający spory potencjał. W swoim posiadaniu miałam już wcześniej taki róż, w nieco innym odcieniu, ale skusiłam się na kolejny. I dobrze zrobiłam, bo pierwszy zużyłam do samego dna, co przy kosmetykach kolorowych zdarza mi się rzadko. Róż jest odpowiednio twardy, dobrze się go nabiera pędzlem, wygodnie się go aplikuje i rozciera na twarzy, długo się trzyma i wygląda naturalnie.


Tak wygląda mój ranking 5 ulubionych produktów minionego roku. Najlepsi z najlepszych można by rzec, lecz patrząc na ceny można mieć jednak wątpliwości ;) Znacie te kosmetyki? A może chcecie się pochwalić swoim rankingiem ulubieńców?

10 stycznia 2014

Miód i muesli? Sama słodycz!

Maniaczką kremów do rąk jestem już od dawna. Nie leczę tego, bo twierdzę iż dobrze jest dbać o swoją wizytówkę, którą są dłonie. Tym bardziej, że zmieniłam miejsce zamieszkania na takie, gdzie hulają sztormy i wichury są tutaj na porządku dziennym. Więc niestety ale skóra moich rąk (i nie tylko rąk) dostaje niezły wycisk. Ich ochrona i pielęgnacja to teraz nie lada wyzwanie, więc kremów do rąk zużywam aktualnie sporo. Jednym z nich był krem ro rąk od Yves Rocher o zapachu miodu i musli, z serii BIO. 


Tubka o pojemności 50 ml ma bardzo estetyczny design. Zachowana jest w kremowo-brązowej kolorystyce nawiązującej jak sądzę do kolorów natury - kojarzy mi się niewątpliwie z drewnem oraz kartonami powstałymi w wyniku recyklingu ;) Niemniej jednak opakowanie przypadło mi do gustu, wygląda elegancko i nie jest krzykliwe, więc nawet poważne kobiety nie powstydzą się takiego kremu w swojej torebce :)


Po otwarciu zatrzasku tubki, pierwsze na co zwrócimy uwagę to zapach. Słodki, miodowy, aromat iście kojarzący się ze świeżo upieczonymi ciasteczkami. Uwielbiam taką słodycz w kosmetykach, zwłaszcza zimą. Dlatego po wypróbowaniu testera w sklepie stacjonarnym Yves Rocher, moje oczy aż się zaświeciły. No i krem wylądował w koszyczku.


Konsystencja kremu jest zwarta i treściwa. Nie przelewa się przez palce, wygodnie się go aplikuje i rozsmarowuje na dłoniach. Krem szybko się wchłania pozostawiając ręce miękkie, a jednocześnie nie jesteśmy narażone na tłustą powłokę zwaną filmem :) Jestem, a raczej byłam z tego kremu bardzo zadowolona. Odpowiada mi zarówno poziom nawilżenia i natłuszczenia skóry, jak i zapach tego kosmetyku. Jedyną wadą jest to, że szybko się kończy ;)


Za tubkę zapłaciłam w ramach promocji 12,90zł. Za pojemność 50 ml może się to wydawać sporo, jednak należy wziąć pod uwagę iż jest to produkt Bio, posiadający certyfikat EcoCert. Za tego typu kosmetyki zawsze nieco więcej zapłacimy. W tym konkretnym przypadku wiem, że warto zapłacić. Więc jeżeli się zastanawiacie, to macie już moją rekomendację :)
Kosmetyki Yves Rocher są dostępne w ich sklepach stacjonarnych, oraz w ich sklepie internetowym.
Dla zainteresowanych wklejam jeszcze skład:


9 stycznia 2014

Kilka nowości w mojej kosmetyczce.

Musiałam dobrze rozpocząć nowy rok. Co to znaczy dobrze? Ano wybrałam się na małe kosmetyczne zakupy do Rossmanna. Nie poszalałam, bo poszłam z konkretną listą i jej się trzymałam. Pamiętacie moje postanowienie o oszczędzaniu? Skutecznie wcielam je w życie :) Ale gdybym się kiedyś zatraciła i pokazała zbyt duże zakupy, to proszę - opamiętajcie mnie ;D


Całe moje zakupy mieszczą się na powyższej fotografii. Tak, to wszystko - tylko tyle i aż tyle. Ale przejdźmy do przedstawienia poszczególnych elementów składowych powyższego zdjęcia.


Pierwszy delikwent, to podkład Alterra. Z powodu mojego zadowolenia pudrem w kompakcie tejże firmy, postanowiłam spróbować także podkładu. Kolor 01 beige rose jak sama nazwa wskazuje ma w sobie różowe tony, co niektórym kobietom nie będzie odpowiadać. A czy mi odpowiada? Się zobaczy. Na razie męczę jeszcze podkład Bourjois, ale chce mi się jakiejś zmiany.


Od kilku miesięcy jestem wierna firmie L'Oreal jeśli chodzi o pielęgnację twarzy. Lubię ich wszelkie toniki, micele czy mleczka. Nie podrażniają mojej skóry, zazwyczaj jestem z nich bardzo zadowolona, więc i tym razem sięgnęłam po nowość od L'Oreal z serii Hydra Active 3. Zobaczymy czy będzie z tego gorące uczucie, czy tylko przelotny romans.


Żel pod prysznic. Jak powszechnie wiadomo, ja używam ich jako płynu do kąpieli, bo prysznica nie posiadam i nie lubię brać prysznica. Tutaj skusiła mnie niska cena, bo tylko 0,69 Euro oraz zapach. Zapach wydaje mi się być ciekawy i orzeźwiający, bo co może wyjść z pocałunku mandarynki z trawą cytrynową??? Sama świeżość :)


"Chciałbym Cię mydlić mydełkiem Fa. Byłoby fajnie, trala lala la." - każdorazowo widząc mydła Fa nuce pod nosem tą piosenkę ;) Sentyment? Być może. Skusiłam się może z sentymentu, a może z ciekawości jak będą pachnieć. Tak, ja biorę wszystko na węch ;)

8 stycznia 2014

Podsumowanie minionego roku, postanowienia i cele na obecny 2014.

Na początku 2013 roku założyłam sobie skromne 5 postanowień. Jakie to postanowienia, możecie przeczytać TUTAJ. Nie będę się może rozpisywać na temat poszczególnych podpunktów, tylko przyznam, że w przypadku dwóch postanowień dałam ciała, poległam i ich nie wypełniłam. Trzy pozostałe w mniejszym lub większym stopniu zostały zrealizowane. Dlatego też w tym roku zmobilizowałam się po zobaczeniu ślicznej grafiki u Pauli i znowu postawiłam sobie kilka celów do realizacji.
Jakie to cele? Możecie poczytać poniżej. Swoją drogą ta grafika jest prześliczna! Na takie postanowienia z chęcią będę często zerkać :)


A jak wyglądają Wasze postanowienia noworoczne? Czy takowych nie robicie, z góry zakładając porażkę? Ja zauważyłam, że po spisaniu i opublikowaniu swoich celów, starałam się ich trzymać i zmieniłam nieco sposób myślenia. Udało mi się i jestem z tego dumna. Dlatego w tym roku również proszę o trzymanie za mnie kciuków, bo czuję, że może być gorzej niż w zeszłym roku ;P