29 listopada 2015

Kosmetyczni ulubieńcy I Listopad 2015.

Nie mam w zwyczaju publikować wpisów na temat moich comiesięcznych ulubieńców. Ale jako, że ostatnio mało na blogu piszę, rzadko widujecie kosmetyki, których używam, to w jednym poście możecie zobaczyć aż 5 produktów. Są to kosmetyki po które sięgałam bardzo często i byłam z nich (lub nadal jestem) zadowolona. Bez owijania w bawełnę, szybko i konkretnie opiszę to, co odkryłam w listopadzie.


Jak widać na załączonej fotografii, udało mi się trafić w produkty z różnych kategorii - kolorówka, pielęgnacja ale i akcesoria. Myślę, że każdy znajdzie tu coś interesującego dla siebie. Choć nie wiem jak jest z dostępnością niektórych kosmetyków w Polsce, ale jestem przekonana, że drogerie internetowe są wystarczająco dobrze zaopatrzone i będzie można gdzieś te rzeczy wygrzebać z czeluści internetu.


Za najciekawsze odkrycie uważam olejek. Weleda olejek migdałowy. Teoretycznie przeznaczony do pielęgnacji skóry twarzy, ale jak wiemy - oleje można wykorzystywać na wiele innych sposobów. Niemniej jednak ja używam go do twarzy. Codziennie wieczorem, na oczyszczoną i jeszcze wilgotną buzię nakładam kilka kropel olejku. Owszem, na skórze pozostaje tłusty film, ale mnie to nie przeszkadza, bo nie jest to jakaś strasznie gruba warstwa, a poza tym zanim kładę się spać, moja cera zdąży już pochłonąć sporo olejku. Wstając rano mam poczucie, że moja skóra jest miękka, zadbana i w nocy wypoczęła. Skład jest krótki i treściwy, działanie świetne. Czego chcieć więcej?


Pędzli w kosmetyczce nigdy nie będzie zbyt dużo. Dlatego też jakiś czas temu skusiłam się na zakup pędzla do pudru Ebelin. W całym moim zbiorze pędzli mam już od Ebelin pędzelek do rozcierania cieni i dlatego, że jestem nim zachwycona, sięgnęłam po ten do pudru. I to był dobry wybór. Pędzel jest miękki, delikatnie omiata twarz pudrowym puchem. Nie mam problemu z dopraniem pędzelka, nie odkształca się, jest wygodny i do tego ładnie wygląda. Mam już do pudru pędzel Hakuro, ale Ebelin jest mniej "zbity" i ma bardziej owalny kształt. Jak widać pędzel pędzlowi nierówny i nie zawsze tańszy znaczy gorszy. Pędzle Ebelin polecam z czystym sercem. Sama mam ochotę na kolejne, ale nie szaleję i najwyżej co kilka miesięcy mogę dokupować kolejny. 


Jesienią i zimą zużywam całe masy kremów do rąk. Dlatego gdy zobaczyłam nowy (nie wiem na ile jest nowy, ale na tubce stoi jak byk "NEU") krem Florena z olejem z pestek winogron i olejem sojowym w promocji, od razu po niego sięgnęłam. Producent obiecuje pielęgnację dłoni w naturalny sposób. Przyznam, że dzięki regularnym stosowaniu kremu Florena można uzyskać efekt delikatnych, nawilżonych dłoni. Konsystencja jest cudowna, krem jest odpowiednio gęsty, nie wycieka samoistnie z tuby, idealnie rozprowadza się na rękach i bardzo szybko się wchłania. Nie pozostawia paskudnej, lepkiej warstwy na łapkach. Uwielbiam i polecam wypróbowanie. 


Od rąk idziemy nieco wyżej, prosto w kierunku włosów. Bo czasami wypada włosy umyć. A że wypada, to fajnie jest mieć dobry szampon. Tutaj kierowałam się węchem, który nigdy mnie nie zawodzi i padło na szampon Garnier z miodem. Zrobiłam już wywiad i z moich tajnych informacji wynika, iż w Polsce stacjonarnie go nie dorwiecie, a jedynie drogą internetową, przez Drogerię Niemiecką. Nie, żebym reklamę robiła, tak tylko dla ciekawych podaję info. A wracając do produktu i jego właściwości. To nie żadnej naturalny, cudowny specyfik, a zwykły drogeryjny szampon z SLS na drugim miejscu w składzie, Ale mnie to nie razi, nadal go lubię ;) Pięknie, słodko, delikatnie pachnie miodem, ma kremową konsystencję, dobrze się pieni (patrz SLS) i myje włosy. Ponadto po jego użyciu nie muszę każdorazowo sięgać po odżywkę, bo nawet bez jej użycia daję radę rozczesać moje wredne włosy, a nie po każdym szamponie potrafię tego dokonać. No i co działa na jego korzyść to wydajność. Wystarczy odrobina szamponu by umyć moje włosy (długości krótko-, średnio-nieokreślonej), a dzięki temu wystarczy mi go na długo. 


Tutaj serwuję sobie powrót do przeszłości. Odkurzyłam starą paletkę Inglot ze skompletowanymi przeze mnie cieniami do powiek. W listopadzie miałam nieco więcej czasu i ochoty na wykonywanie na sobie pełnych makijaży, a dzięki temu pokochałam na nowo paletę i cienie Inglot. Idealna do stworzenia zwykłych, codziennych makijaży. Więcej o niej możecie poczytać TUTAJ. Wiem, że mam je już dokładnie 2 lata, ale póki co nie zmienia się ich zapach, konsystencja, a ja je dezynfekuję, więc nie obawiam się o uczulenie. To tak gwoli wyjaśnienia :) 

Tymczasem życzę Wam spokojnego wieczoru, udanego startu w nowy tydzień i mocy pozytywnej energii! :) Trzymajcie się ciepło i dajcie znać jakie kosmetyki tudzież akcesoria skradły Wasze serca w listopadzie. Może znajdzie się coś co mnie oczaruje i sama po to sięgnę? Jestem podatna na wpływy, więc wiecie... ;) 

21 listopada 2015

Zapachowy weekend (11) I Woski Yankee Candle. Zapachy niekoniecznie jesienne.

Kiedy tylko dni zrobiły się chłodniejsze, szybko zapada zmrok, jedyne o czym marzę po powrocie z pracy to gorąca herbata, koc i kominek z jakimś ładnie pachnącym woskiem zapachowym. Jeszcze przed "sezonem palenia w kominku" zamówiłam sobie trzy interesujące mnie zapachy Yankee Candle. Zamawiałam w ciemno, przez stronę internetową, ale o dziwo udało mi się trafić w zapachy, które moim nozdrzom mocno się spodobały. 
Nie należę do osób goniących za nowinkami, nie zależy mi na posiadaniu wszystkich zapachów z najnowszych kolekcji Yankee Candle. Wolę poczekać, poczytać recenzje i ewentualnie nimi sugerować się podczas zamawiania wosków czy też świec. Tak też było tym razem. Odczekałam, poszperałam w sieci i znalazłam swoje perełki. 


Zacznijmy od moim zdaniem najmniej intensywnego zapachu, czyli Yankee Candle Oud Oasis. Dlaczego najmniej intensywny, zapytacie? Otóż na początku otula nas słodkim, mocnym zapachem, ale po jakimś czasie zapach wietrzeje i traci na mocy. Na samym początku palenia obawiałam się, że będzie zbyt mdły i mnie zabije, ale naprawdę po jakichś 45 minutach zapach zanikał. 
Jeżeli chodzi o sam zapach, to jest on trudny do opisania. Nieco orientalny, z mocno wyczuwalną słodyczą karmelu oraz paczulą. Takie zapachy trzeba lubić, bo inaczej po odpaleniu wosku można nabawić się bólu głowy czy innych nieprzyjemności. Dla mnie Oud Oasis jest naprawdę ładnym, ciekawym zapachem. Ale jednak nie zdecydowałabym się na zakup świecy o tym zapachu. To nie ten zapach, który chciałabym często wąchać. To aromat na specjalne okazje. Jednak podczas palenia tego wosku naszła mnie myśl, że chętnie zaopatrzyłabym się w perfumy o takim zapachu.


Yankee Candle Maroccan Argan Oil kupiłam z ciekawości. Zastanawiałam się jak może pachnieć tak nazwany wosk. Myślę, że nie ma on nic wspólnego z olejem arganowym, gdyż można w nim wyczuć mocne perfumy, nutkę orientu, a tak raczej żaden olej nie pachnie. Definitywnie wpisał się w mój gust, oczarował mnie swoim zapachem. Jest charakterny, mocno wyczuwalny i nadaje mieszkaniu niepowtarzalny charakter. Trudno mi określić bliżej o co mi chodzi, jednak Maroccan Argan Oil ma coś w sobie. Coś takiego, że chętnie skusiłabym się na świecę w średnik słoiku o tym zapachu. Jest idealny na ponure, jesienne dni, bo daje kopa i energię do działania.


Yankee Candle Aloe Water to mój ulubieniec z tej trójki zapachów. Według mnie ma najdłuższą trwałość, bo paliłam go dobrych kilka razy po dobrych kilka godzin i zapach nie chciał zwietrzeć. A zawsze szkoda mi wyrzucać wosk, który jeszcze pachnie ;) Co prawda koło aloesu ten zapach nawet nie leżał, ale i tak jest dla mnie idealny. Uwielbiam odpalać Aloe Water od razu po sprzątaniu mieszkania, gdyż pachnie tak świeżo, że ta czystość mieszkania aż widać w powietrzu! Porównałabym zapach tego wosku do miksu świeżego, zielonego ogórka z melonem i arbuzem. Skojarzenie jakie nasuwa mi się wąchając Aloe Water to cudowny, świeży płyn do płukania tkanin. Uwielbiam go i jak tylko będę mieć okazję, to kupuję świecę. Zdecydowanie!


Jako, że są to już "stare" zapachy, to pewnie część z Was już je zna. Dajcie znać który z nich wydaje się dla Was być najciekawszym. A jeśli któryś z nich posiadacie to opowiedzcie jakie są Wasze wrażenia. Jestem zawsze ciekawa jak inni odczuwają te same zapachy, które ja znam. Miłego weekendu Wam życzę! :)

20 listopada 2015

Trzy drogeryjne rozświetlacze I Essence, My Secret, Lovely.

Jeszcze kilka lat temu nie było w naszych drogeriach kosmetyków typu pudry rozświetlające. Na nasze szczęście sytuacja na rynku kosmetycznym bardzo się zmieniła i teraz mamy już jakiś wybór. Osobiście bardzo cieszy mnie ten fakt i chętnie zaopatrzyłam się w kilka rozświetlaczy, których używam zamiennie. 


Rozświetlacze które posiadam pochodzą z firm, które do drogich nie należą - nie oszukujmy się, jest to raczej niska półka cenowa. Jednak mimo to uważam, że są naprawdę świetne i mogą spokojnie konkurować ze swoimi droższymi rywalami.


Widzimy tutaj kolejno rozświetlacze:
- My Secret face illuminator powder Princess Dream
- Essence Merry Berry highlighter powder 01 I love my golden pumps
- Lovely Gold highlighter


Na pierwszy ogień idzie puder, który mam w swoim posiadaniu najdłużej - My Secret face illuminator princess dream. Od pierwszego użycia jestem nim zachwycona. Ma złoty odcień, jest mocno napigmentowany i odpowiednio użyty daje efekt tafli na policzkach. Sam w sobie ma nieco "mokrą" konsystencję, ale wystarczy muśnięcie pędzlem, żeby nabrać odpowiednią jego ilość. 
Na moje oko baza rozświetlacza jest złota, ale nawet przy bladej cerze może wyglądać świetnie. Kwestia ilości nakładanego produktu oraz umiejętności, która przychodzi z czasem.
Utrzymuje się na twarzy cały dzień, nie osypują się z niego żadne brokatowe drobinki ani nic podobnego. Płacąc za niego 15zł nie spodziewałam się tak świetnej jakości.


Drugi produkt jest u mnie praktycznie świeżynką, ale zdążyłam go już odpowiednio przetestować. Jest to Essence Merry Berry highlighter powder 01 I love my golden pumps. Zła wiadomość jest taka, że seria limitowana Merry Berry nie będzie dostępna w Polsce. Ale jeśli czyta mnie ktoś kto wybiera się np.do Niemiec lub mieszka tu na stałe, to mam dobrą wiadomość - tutaj są te rozświetlacze jeszcze dostępne. A warto się w takowy zaopatrzyć. Śliczna, jasna baza będzie tutaj idealna dla bladolicych kobiet. Jest zdecydowanie mniej złoty niż poprzednik z My Secret i jest też nieco mniej napigmentowany, dzięki czemu nie zrobimy sobie nim krzywdy. Tłoczenie w gwiazdki jest niesamowicie urocze i przyznam, że szkoda mi było zacząć używać tego pudru, żeby nie zniszczyć tych gwiazdek ;) Ten rozświetlacz również się nie osypuje i jest przyjemny we współpracy, choć w ciągu dnia nieco traci na swojej mocy. Cena również jest kusząca, bo oscyluje wokół 3 Euro, czyli jest to około 12-13zł w przeliczeniu.


Ostatnim, trzecim i zarazem najmniejszym rozświetlaczem jest Lovely Gold highlighter. Takie maleństwo do którego wręcz trudno jest się dostać pędzelkiem. Przyznam, że używam go sporadycznie, a to głownie dlatego, że opakowanie jest mało praktyczne - odkręcane. To różni go od konkurentów, bo w poprzednich rozświetlaczach zastosowany jest system zamykania na klapkę z zatrzaskiem. Kolor pudru to coś pomiędzy tym z My Secret i Essence, można powiedzieć wpadający w odcień szampana. Jeśli chodzi o efekt, który można nim uzyskać to również ładna tafla. Puder jest jednak nie tak drobno zmielony jak poprzednicy. Przez to w trakcie używania na powierzchni tworzą się jakby grudki. nie przeszkadza to jednak w dalszym użytkowaniu go. Poza tymi wyżej wymienionymi nie mam do niego innych zastrzeżeń. Za 10zł jest to bardzo przyjemny kosmetyk, który warto wypróbować.


Tak wygląda moja gama drogeryjnych pudrów rozświetlających. Zdecydowanie każda kobieta znajdzie tutaj coś dla siebie. W zależności od odcienia skóry i okazji na jaką chcemy użyć rozświetlacza możemy sięgać po te mniej lub bardziej intensywne, po te mniej lub bardziej złote. Dajcie znać czy Wy używacie rozświetlaczy, a jeśli tak, to po jakie sięgacie. 

PS. Znowu próbuję sił na YouTube. Jeśli chcecie zobaczyć moje najnowsze zakupy z DM, to zapraszam na filmik :) Mery Strawberry dzięki za Suba :*

12 października 2015

Jesienne dodatki w moim domu.

To, że nadeszła jesień odczuwam już od jakiegoś czasu. Począwszy od przeziębienia, skończywszy na zimnych stopach i dłoniach. Jednak jesień ma swój klimat. Cudowne, wszędobylskie wrzosy, spadające z drzew kasztany, długie wieczory przy ciepłej herbatce... No i można mieć pretekst do zmiany wystroju mieszkania, co mnie zawsze bardzo cieszy. Może nie szaleję z dekoracjami, ale jesienne elementy pojawiają się na moich stolikach, komodach czy regałach. 


Na powyższym obrazku możecie zaobserwować wyżyny mojej kreatywności połączonej z wygrzebywaniem posiadanych już w domu rzeczy. I tak na drewnianym tablecie (podstawce) ułożyłam słodkiego jeżyka, grzybka muchomorka oraz sztuczne dynie, szyszki i żołędzie. Efekt mnie zadowolił, więc dekoracja gości w mym salonie od dwóch tygodni i jeszcze mi się nie znudziła ;)


O ile nie przepadam za sztucznymi kwiatkami, tak u mnie nic żywego długo nie przeżywa. Więc mając do dyspozycji sporych rozmiarów wazon postanowiłam go wypełnić sztucznymi gałązkami w jesiennych kolorach. Z tego wytworu jestem może średnio zadowolona, ale lepsze to niż "goły" wazon na półce ;)


Świeczki to moja odwieczna miłość, a zarazem nałóg. Tutaj widzicie mój nowy nabytek w szklanym słoiczku, który dorwałam w niemieckim Rossmannie. W zeszłym roku miałam taką samą świecę o innym zapachu i byłam bardzo zadowolona, więc może i tym razem się uda.Poza tym uważam, że te słoiczki są niesamowicie urocze i zostawiam je sobie po wypaleniu świeczek. Można w nich trzymać później np.cukierki :)


Moja pierwsza świeca Yankee Candle o zapachu vanilla lime też znalazła swoje miejsce na półce. O ile woski znam już dobrze i uwielbiam, tak ze świecami nie miałam jeszcze styczności. I się przekonałam, że są fenomenalne. Czas palenia, intensywność zapachu - to wszystko jest jak najbardziej na plus. Na jesień - ideał!


I taki dodatek bardziej w klimacie Halloween. Ceramiczna dyńka do której można wkładać świece jest u mnie już od zeszłego roku. Natomiast wiaderko znalazłam przypadkiem w czeluściach mojej piwnicy i połączyłam z tą ozdobną kulką, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Myślę, że ten duet świetnie do siebie pasuje ;)

To by było na tyle. Nie lubię mieć "zagraconego" mieszkania, więc z niczym więcej kombinować nie będę. Ale chętnie poczytam o Waszych dekoracjach. Pochwalcie się koniecznie czym Wy ozdabiacie swoje domy, mieszkania, okna czy też drzwi na jesień.

11 października 2015

Foto mix | Co u mnie, jakie plany związane z blogiem?

Część z Was pewnie już o mnie zapomniała, część może choć raz zastanowiła się co tam się u mnie dzieje. Więc spieszę z krótkim info. O blogu nie zapomniałam, po prostu cierpię na deficyt czasu. Praca na dwa etaty, dom, obowiązki, koty - to wszystko zajmuje mój cały czas. Teraz jeszcze sobie wymyśliłam, że zacznę chodzić na siłownię. A oprócz tego zaczęły mi się małe kłopoty ze zdrowiem, a co za tym idzie tracenie czasu na bieganie od lekarza do lekarza. 
No i jak się możecie domyślić nie mam nawet czasu na robienie zdjęć, a co dopiero ich obróbkę czy pisanie postów. Ale mimo to nie zamierzam zamykać bloga. Sporadycznie bo sporadycznie, ale wpisy pojawiać się będą. Zwyczajnie pisanie tutaj sprawia mi wielką przyjemność i dlatego nie zamierzam z tego rezygnować. Jedyne z czego musiałam zrezygnować to czytanie Waszych blogów. Niestety totalnie wypadłam tutaj z obiegu i nie jestem na bieżąco co się tam u Was dzieje. Strasznie mi z tego powodu przykro, ale pewnych spraw nie da się przeskoczyć. 


Tak wyglądałam tydzień temu. Chyba moja osłabiona odporność sprawiła, że jakiś wirus się do mnie dobiera. Dlatego kiedy tylko mam czas na wylegiwanie się, to spędzam go w łóżku, z kotami i gorącą herbatką z syropem malinowym. Mam nadzieję, że uda mi się wygrać tą walkę. Trzymajcie za mnie kciuki! 


Ktoś tęsknił za moimi mordkami? Oboje mają się dobrze, żyją jak pączusie i ciągle im mało czułości. Jeśli ktoś ma ochotę wpaść do mnie i dopieścić te futrzaki, to serdecznie zapraszam :) 


Jako, że już oficjalnie powitaliśmy jesień, to i u mnie w mieszkaniu robi się nieco bardziej jesiennie. Kilka dodatków, kilka świeczek i od razu robi się nieco bardziej przytulnie. A jak tam u Was? Zmieniacie wystrój co sezon, czy nie przywiązujecie do tego większej uwagi? Jeśli macie ochotę, to przygotuję wpis z moimi ozdobami jesiennymi :)


Tutaj jeszcze małe wspomnienie z sierpnia, kiedy to w moim mieście odbywał się międzynarodowy zlot statków żaglowych. Czy jak to się tam nazywa ;)
Impreza była naprawdę udana, masa ludzi się tu przewinęła (ponad milion odwiedzających), sporo atrakcji, stoiska z pysznościami... Cóż, za 5 lat kolejna edycja.
Zawitały także dwa polskie statki - Pogoria Gdynia oraz Dar Młodzieży :) Niestety nie było mi dane ich zwiedzić "od środka" :/


Nadal trzyma mnie faza na tworzenie ciekawych rzeczy metodą decoupage. Ten wazonik zrobiłam jako prezent dla mojej znajomej. Ale przyznam, że chętnie bym go zatrzymała dla siebie ;)

Jak widzicie, niezbyt dużo się u mnie dzieje ciekawych rzeczy. Poza pracą mam niewiele czasu, a kiedy go już mam, to zazwyczaj gram w moją ulubioną grę - The Sims 4. Podobno to gra dobra dla osób, które nie mają swojego życia...może coś w tym jest? :D

2 sierpnia 2015

Coś na poprawę humoru - część 9!

Z okazji iż jutro będzie poniedziałek, to mam ochotę nieco poprawić Wam humor. Zbierałam sobie już dosyć długo wyszukiwane słowa kluczowe, dzięki którym co niektórzy trafiali na tego bloga. Co ciekawsze pragnę Wam dzisiaj przedstawić. Czasami kreatywność osób po drugiej stronie monitora mnie mocno zadziwia...

pszczółka maja tak, pamiętam te czasy… Gucia też pamiętam :)
aga moja torebka nie zyje nie martw się, pewnie jest już za tęczowym mostem…
czy ostrzyc kredke zelowa do oczu nie no, nie musisz. Jeśli lubisz drapać się po oku kikutem drewnianym, to daruj sobie ostrzenie ;)
najjasniejsza cera na swiecie serio mam jasną cerę, ale żeby aż tak???
od zmywanua lakieru mam zuelone palce i nie wuem jak to zmyc wzruszyła mnie Twoja historia…
śmierdzą ręce po kremie kakaowymsprawdź datę ważności i wszystko będzie jasne :D
hellmann's babuni czy zmienił szatę graficzna - to mi zadałaś zagadkę!
dlaczego ja mam wygrać konkurs skoro sama nie wiesz, to ja Ci nie pomogę :/  
Takasobiebabeczka mówisz, że jestem taka sobie? Szkoda, zawsze myślałam, że jestem wyjątkowa ;)  
czy istnieje fluid dla bladej cery – legenda głosi, że istnieje ;)
jak malować paznokcie bez skorek Step 1. Zdjąć skórki. Step 2. Pomalować paznokcie. Step 3. Założyć skórki powrotem. Koniec.
likier likier czyżby weekend się zbliżał? ;P
będę auto róż do pokiczkow nie mam pojęcia co autor miał na myśli.
paski pod oczy pierwsze skojarzenie – Indianie!
wspanialy balsam do ciala sugerując się reklamami, to wszystkie są wspaniałe ;) 

Póki co to były najsmaczniejsze kąski, które spowodowały u mnie mimowolne podnoszenie się kącików ust. Jeśli uważacie moje komentarze za mające w sobie zbyt mało polotu, to polecam omijać je wzrokiem :) Tymczasem życzę Wam miłego poniedziałku! ;) 

29 lipca 2015

Trzy top coat'y godne polecenia.

Czym charakteryzuje się dobry manicure? Dobrą trwałością i estetycznym wyglądem. Ponadto dobrze jest, kiedy na wyschnięcie lakieru nie musimy czekać kilka godzin. Na szczęście coraz więcej firm kosmetycznych wprowadza top coaty przyspieszające wysychanie manicure. Przez moje ręce przewinęło się już trochę preparatów, które mają za zadanie skrócić czas schnięcia lakieru do paznokci. Nie wszystkie podołały wyzwaniu, ale aktualnie jestem w posiadaniu trzech lakierów nawierzchniowych, które z czystym sercem mogę Wam polecić. 


O dziwo brakuje w moim zestawieniu kultowego Seche Vite. Owszem, miałam go kiedyś, zużyłam prawie całą dużą butelkę, ale niespecjalnie odpowiadał mi jego zapach i problem z szybkim gęstnieniem w butelce. Dlatego szybko znalazłam godnych jego następców, łatwiej dostępnych i niektóre są z niższej półki cenowej. Dwa z nich są również bardzo popularne i polecane przez wiele osób, a jeden może jeszcze niedoceniany, ale będę chciała to zmienić ;) 


1. Astor. Pro Manicure Already dry! 
Zużywam już którąś z kolei buteleczkę tego lakieru i nadal jestem z niego zadowolona. Mogłyście go u mnie już zobaczyć we wpisach z ostatnimi manicure jakie tutaj pokazywałam. Lubię go za to, że daje paznokciom piękny połysk, efekt tafli, czy jak kto woli - paznokci żelowych. Lakier zaopatrzony jest w bardzo wygodny, szeroki i płaski pędzelek, dzięki któremu po dwóch pociągnięciach paznokieć jest jednolicie i równomiernie pokryty lakierem. Top faktycznie przyspiesza wysychanie manicure, ale do pełnej twardości trzeba zaczekać około pół godziny. Wcześniej paznokcie są z góry suche, ale nadal miękkie i podatne na urazy mechaniczne.


2. Sally Hansen. Insta Dri. 
Znany i lubiany mniej lub bardziej lakier nawierzchniowy w dużej, czerwonej butelce. Zaopatrzony jest w długi ale cienki pędzelek, którym dosyć wygodnie nakłada się lakier. Konsystencja topa jest dość rzadka i rozpływa się on równomiernie po całej płytce paznokcia tworząc śliczną taflę. Top przyspiesza wysychanie lakieru w szybkim tempie i już po kilkunastu minutach możemy zając się obowiązkami domowymi zapominając o tym, że mamy świeżo zrobiony manicure. To co mnie w nim irytuje to kwestia długości pędzelka, który to nie dosięga do samego dna i przy końcówce lakieru trudno się go wydobywa z buteleczki. Poza tą jedną wadą nie mam nic do zarzucenia temu lakierowi. Nic, tylko kupować i używać.


3. Essie. Good to go. 
Mój najświeższy nabytek, ale już go zdążyłam mocno polubić. Nie wiem co lakiery Essie mają w sobie, że tak bardzo je lubię. Myślę jednak, że tutaj w parze z dość wysoką ceną idzie świetna jakość. Good to go nie dość, że przyspiesza wysychanie lakieru, pięknie nabłyszcza paznokcie, to jeszcze znacznie przedłuża trwałość manicure. Używając tego top coatu mam pewność, że oprócz startych końcówek paznokci nie nabawię się żadnych niechcianych odprysków czy innych rewelacji. Jest on najbardziej gęsty z całej trójki prezentowanych tutaj lakierów nawierzchniowych, jednak nie utrudnia to aplikacji produktu na paznokcie. 


Tak wygląda moja topowa trójka lakierów nawierzchniowych przyspieszających wysychanie manicure. Wszystkie trzy uwielbiam i używam ich zamiennie. Szczerze mówiąc nie wrócę już do Seche Vite, bo w porównaniu do tych produktów wypada tak sobie. Nie dość, że śmierdzi, szybko glucieje, to jeszcze ściąga lakier, co wygląda nieestetycznie. Jeśli znacie jeszcze jakieś topy godne polecenia, to dajcie koniecznie znać. Chętnie poczytam o Waszych ulubieńcach w tej kategorii.

7 czerwca 2015

Uzupełnienie zapasów kosmetycznych w drogerii DM.

Wypad do DMu na zakupy traktuję jako swego rodzaju małe święto. Mimo iż mieszkam w Niemczech, to do tej drogerii mam dość daleko i na co dzień raczej zakupy robię w Rossmannie. Jednak udało mi się znaleźć w sobotę czas na małą wycieczkę i uzupełnić swoje zapasy kosmetyczne, a być może i zaspokoić ciekawość względem kilku kosmetyków. Jeżeli jesteście ciekawe po co tym razem sięgnęłam, to zapraszam do zapoznania się z poniższą notką. 


Jak widać na załączonym obrazku skupiam się na pielęgnacji, z kolorówki mam swoich stałych ulubieńców, których raczej nie zdradzam z nowościami. Produktami, które zdecydowanie najbardziej kojarzą się z DM są kosmetyki firmy Balea, Alverde, P2 oraz Ebelin. I właśnie kosmetyki oraz akcesoria tych marek znalazły się na mojej liście zakupów.


1. Konturówka z P2 Perfect Color w odcieniu 129 Shy girl. Zaciekawiła mnie głównie z tego względu, że z jednej strony znajduje się kredka, a z drugiej ma przyjemny pędzelek do roztarcia konturu lub wypełnienia całych ust.

2. Lakier Essie nr 252 maximillian strasse her. Ciekawy szaro-zielony odcień skusił mnie dlatego, że ostatnio szukałam dla siebie jakiejś ładnej szarości. Ta zieleń złamana szarościami wydaje mi się być idealna. Ponadto moja miłość do lakierów Essie nie pozwoliła mi przejść obojętnie obok ich szafy.

3. Kosteczka czy też pałeczka do kąpieli Balea o zapachu trawy cytrynowej. Mimo iż nie przepadam za paprochami pływającymi w wannie, to ze względu na zapach skusiłam się na wypróbowanie tego produktu. Jako, że już został zużyty, to powiem Wam, że woda staje się po nim bardzo "tłusta", a w niej pływają sporych rozmiarów kawałki trawy cytrynowej. Faktycznie zapach jest piękny i intensywny, a po kąpieli nie trzeba już dodatkowo nawilżać skóry balsamem.


4. Olejek do ciała z Alverde cytrynowo-rozmarynowy. Zastąpi mi on olejek kokosowy tej samej marki. Ja uwielbiam traktować moją skórę olejkami. Zdecydowanie częściej sięgam po olejki niż po balsamy czy masła do ciała. A ponadto taki olejek zawsze można wykorzystać także na włosy czy też do pielęgnacji butów czy torebek skórzanych.

5. Masło do włosów od Alverde to dla mnie coś nowego. Co ciekawe można go używać na kilka sposobów. Na przykład na umyte i osuszone końcówki włosów, ale też przed umyciem włosów nałożyć warstwę tak jak nakładamy olej. To masełko zawiera w składzie masło shea, masło kakaowe oraz olej awokado. Zobaczymy czy zda u mnie egzamin.

6. Alverde spray nabłyszczający włosy oraz ułatwiałacy ich rozczesywanie. Mimo iż wiele kosmetyków tego typu potrafi obciążyć moje włosy, to skuszona obietnicą łatwego rozczesywania moich kołtunów zakupiłam ten spray. Muszę przyznać, że bardzo świeżo i kwiatowo pachnie. Po pierwszym użyciu muszę przyznać, że faktycznie ułatwia mi rozczesywanie włosów. Zobaczymy jak się sprawdzi na dłuższą metę.


7. Duży format, czyli kremowy płyn do kąpieli Balea o zapachu kwiatów wiśni i mleka ryżowego. Jako, że u mnie w domu płyny do kąpieli zużywamy w tempie ekspresowym, to takie duże i tanie płyny do kąpieli stają się zbawieniem dla portfela ;) A jeśli przy tym jeszcze faktycznie dobrze się sprawdzają i ładnie pachną, to już niczego więcej mi nie trzeba.

8. Mydło w płynie Balea o zapachu Papaja&maślanka. Uwielbiam kiedy moje dłonie jeszcze po umyciu pięknie pachną, więc mam nadzieję, że mydełko Balea spełni moje oczekiwania. Plus jeśli nie będzie ich wysuszać, to na pewno sięgnę po inne wersje zapachowe.


9. Ebelin płatek do masażu i peelingu twarzy. W tej gumowej/silikonowej zabawce pokładam nadzieję, że będzie dobrze myć i oczyszczać moją cerę. Co prawda po wyjęciu z opakowania mocno śmierdzi gumą, ale postaram się jakoś zneutralizować ten smrodek. Igiełki wydają się być bardzo delikatne, więc nie powinny teoretycznie wyrządzić szkody skórze. Jestem bardzo ciekawa czy ta mała zabaweczka faktycznie się sprawdzi w swojej roli.

10. Dezodorant Balea o zapachu malin. Zapach jest ob-łę-dny! Jak świeże maliny zerwane prosto z krzaczka. Dla mnie to na lato coś idealnego. Póki co jestem zachwycona. Oby tylko mój zachwyt nie przeminął :)

A teraz Wy pochwalcie się czy ostatnio udało się Wam kupić coś ciekawego. Może akurat znalazłyście coś godnego polecenia? Dajcie koniecznie znać! :)

4 czerwca 2015

Priorytety... zmienne są.

Często przed snem nachodzą mnie dziwne myśli. Nie, żeby coś ambitnego i odkrywczego, ale skłaniającego do głębszego zastanowienia. Tak właśnie było z rozkminą o priorytetach.
Bardzo często osądzamy ludzi na podstawie tego jakie mają priorytety w życiu. A czy zastanawialiście się kiedyś co kieruje nami podczas wyboru danych priorytetów??? 


Głównym czynnikiem wpływającym na to, jakie priorytety nami kierują jest nasz wiek. Dlaczego tak uważam? Otóż przypomnijmy sobie swoje dzieciństwo i wiek młodzieńczy. Wtedy ważnymi były dla nas między innymi szkoła, oceny oraz przyjaźnie. Priorytetem było (przynajmniej dla niektórych) przechodzenie z klasy do klasy z jak najlepszymi wynikami, a także posiadanie przyjaciół, znajomych z którymi można było spędzać czas wolny. Przeważnie takie cele kierowały moimi znajomymi kiedy jeszcze byliśmy młodzi i beztroscy. W tak młodym jeszcze wieku niewiele osób myślało o zdobywaniu świata, o swojej przyszłości, o sprawach poważnych. 


Wchodząc w wiek dojrzały automatycznie zaczynamy myśleć o swojej przyszłości i nasze życie nieco się przewartościowuje. priorytetem staje się zdobycie konkretnego wykształcenia, znalezienie dobrej, stałej pracy, założenie rodziny. To tak między innymi i w dużym skrócie. Bo tutaj zaczynają się kolejne schody. Jakie priorytety kierują ludźmi dorosłymi? I dlaczego akurat jest tak, a nie inaczej? 


Niewątpliwie nasz status społeczny, zamożność i poziom wykształcenia są elementem mającym wpływ na nasze życiowe cele. Osoby zamożne i z wyższym wykształceniem, które nieco już w życiu osiągnęły celują nieco wyżej niż osoby o niższym statusie społecznym. Wynika to także z tego, co realnie mogą osiągnąć. Co nie oznacza, że ludzie np. pracujący fizycznie i mający mniejsze możliwości finansowe są gorsze. Często właśnie jest tak, że takie osoby są bardzo rodzinne i ich priorytetem jest szczęśliwa rodzina. Nic w tym złego! Nie mam zamiaru nikogo za nic potępiać, a jedynie zwrócić uwagę na różnice między ludźmi i na to z czego one wynikają.


Jest jednak coś jeszcze, co koniecznie chcę poruszyć w ramach tematu priorytetów. Otóż istnieje głupi stereotyp związany z blogerkami kosmetycznymi. Sporo osób jest przekonanych, że taka blogerka kosmetyczna, urodowa ma jeden cel w życiu - leżeć, pięknie pachnieć i nakładać tonę szpachli. Jest to krzywdzące, gdyż wiele kobiet, dziewczyn prowadzących blogi czy kanały na You Tube specjalizujących się w dziedzinie urody i kosmetyków oprócz tego ma sporo oleju w głowie, życie prywatne, sporo do powiedzenia na wiele tematów oraz dobre prace. Wrzucanie ich do worka z pustymi lalkami, które tylko ładnie wyglądają i nie mają nic w głowie jest co najmniej niesprawiedliwe. Blogerki urodowe też mają swoje priorytety, ale przy okazji dbają o swój wygląd. Tak. Przy okazji.

21 maja 2015

Foto mix | Kwiecień 2015

Hurra! Wreszcie jest maj! To nic, że praktycznie zostało nam półtora tygodnia tego miesiąca... Uwielbiam ten maj z wielu różnych powodów. Nie to, że urodziłam się w maju, ale między innymi kocham zapach bzu, świeżą zieleń traw i drzew, pierwszy zapach koszonych traw, ciepłe słońce i wiosenne burze. Tak, burze też. Ale żeby nie zachwycać się tylko majem podsumuję kwiecień, bo też się sporo działo. Święta wielkanocne, nasza rocznica ślubu i moje pierwsze zabawy z decoupage. Zobaczcie sami! 


Tak duże opóźnienie z tym wpisem jest efektem wpływu kilku czynników. Między innymi spontaniczny urlop i wypad do Polski na kilka dni, trochę zmian w życiu prywatnym oraz brak czasu. Mam jednak nadzieję, że niedługo uda mi się nieco ożywić bloga, ale nie chcę na razie zapeszać ;)


Moim małym pochłaniaczem czasu stało się decoupage. Taka forma zdobienia przedmiotów niesamowicie do mnie przemawia. Można nadać duszę nawet zwyczajnym puszkom po konserwach, czy starym meblom. Co prawda wymaga to nieco czasu, cierpliwości i zaangażowania, ale efekty są bardzo satysfakcjonujące. Ja co prawda dopiero się uczę, ale niesamowicie się wkręcam.


Moje pociechy cały czas mnie zaskakują. A to leniwie zerkają na mnie z kanapy, a to knują coś schowane w szafkach, a to wylegują w promieniach słońca. Uwielbiam te moje futrzaki i po urlopie jak na skrzydłach do nich wracałam. Wszędzie dobrze, ale z kotami najlepiej :)


Małe przyjemności, czyli pierwsze ciepłe dni, nowy odkryty zapach, czy ulubiony program w telewizji umilały mi kwietniowe dni. Żałuję tylko, że skończyły się już moje ulubione programy, czyli Hell's Kitchen oraz Top Chef. Z niecierpliwością czekam na kolejne sezony.


W drugą rocznicę ślubu mąż przywitał mnie pięknym bukietem kwiatów. Szkoda, że został zdewastowany przez koty w wyniku czego musiał wylądować w koszu. Cóż...nie można mieć wszystkiego ;)
Z kolei po świętach wielkanocnych i błogim lenistwie niesamowicie cieszyłam się, że wreszcie jadę do pracy. Z radości aż pstryknęłam sobie fotkę w samochodzie ;) Chyba jednak lenistwo mi nie służy...

3 maja 2015

Trampki i dres, a ... kobiecość???

Która z nas, kobiet, nie pragnie czuć się i wyglądać kobieco? Czym jest właściwie kobiecość? Jakie są jej wyznaczniki? Można pokusić się o stwierdzenie, że ile osób, tyle jest definicji kobiecości. Trudno jest się we wszystkie wpasować i wszystkim dogodzić. Dla jednych kobiecość to styl ubierania się, dla innych kobiecość to gesty i mimika, a jeszcze dla innych kobiecość może objawiać się jakimś specyficznym błyskiem w oku. 
Ale ja dzisiaj chcę zająć się innym zagadnieniem, a mianowicie tym, czy kobieta nosząc trampki, czy inne obuwie sportowe, lub też odzież sportową może być kobieca? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Bo ja bardzo często. Zwłaszcza kiedy wczoraj pakowałam swoje półbuty, szpilki i inne kozaki w torby i wynosiłam je do piwnicy, zostawiając do noszenia tylko parę trampek, adidasów i balerinek. Kilka myśli nasunęło mi się do głowy, a swoimi spostrzeżeniami chcę się dzisiaj z Wami podzielić. 


To, co sprawia, że kobietę klasyfikujemy jako mało kobiecą lub też bardzo kobiecą, trudno jest opisać krótko i zwięźle. Na kobiecość składa się wiele czynników, między innymi to, czy kobieta dba o siebie, czy wygląda schludnie i jaki ma ona stosunek do otaczającego ją świata. Trudno uznać za kobiecą osobę zaniedbaną, w wygniecionych ubraniach, z obdrapanymi paznokciami, a do tego wulgarną. Ale czy noszenie trampek i dresu także dyskwalifikuje kobiecość?


Za bardziej kobiece uważam noszenie czystych trampek (które swoją drogą są niezwykle wygodne), niż człapanie w szpilkach, kiedy kompletnie nie potrafi się w nich chodzić, lub które niemiłosiernie obcierają stopy. Z dwojga złego bezpieczniej i wygodniej, a co za tym idzie - pewniej, czuje się kobieta w obuwiu sportowym. Owszem, buty na obcasie pięknie wysmuklają nogi, ale czy trzeba mieć smukłe i długie nogi, żeby prezentować się kobieco? Nie zawsze. 


Przyjemnie patrzy się na kobiety w spódniczkach, sukienkach, ale wiele z nas stawia jednak na wygodę i sięga po nieco inne części garderoby. Jednak czy należy wieszać psy na dresie, czy zwykłej wygodnej bluzie z kapturem? Widziałam sporo kobiet, które nosząc dres i sportowe obuwie tryskały wręcz kobiecością. Wiele z nich miało delikatny makijaż, świeże włosy i promieniały, przyciągały wzrok.
Dlatego też jestem skłonna twierdzić, iż nie nasz strój, a usposobienie i schludność mają wpływ na to, czy jesteśmy postrzegane jako kobiece. Bo nie sztuka założyć szpilki, spódniczkę typu mini, dekolt do pępka i obnosić się tym co nam natura dała. Łatwo w ten sposób zahaczyć o kicz, tandetę, a nawet wyglądać wulgarnie.
Kobiecość rządzi się swoimi prawami, jednak nie dajmy się zwariować i nie traktujmy sukienki i czerwonej szminki jako atrybutów kobiecości. Nie zawsze trzeba wyglądać jak z obrazka, żeby nią emanować.

19 kwietnia 2015

O zaletach kotów | Subiektywnym okiem.

Jedni mają kota na punkcie swoich dzieci, inni mają kota na punkcie swojego samochodu, a ja mam kota na punkcie swoich kotów. Staram się nie uprzykrzać życia swoim znajomym z tego tytułu i nie opowiadam godzinami o swoich kotach, więc uważam swojego bzika za mało szkodliwego dla otoczenia. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać skąd ta moja ogromna miłość i wysnułam kilka wniosków. Koty są łatwe w obsłudze. I są indywidualistami. Mają swój świat. Jak ja.

  1. Koty są czyste, nie śmierdzą, nie trzeba ich kąpać. Higieną swojego futra zajmują się nawet 2 godziny w ciągu doby. Czyli więcej niż niektórzy ludzie w ciągu całego tygodnia.
  2. Załatwiają się do kuwety, nie trzeba ich wyprowadzać na smyczy, żeby załatwiły swoje potrzeby. Nie obsikują każdego napotkanego drzewa.
  3. Nie ma na świecie piękniejszej muzyki niż kocie mruczenie. Ta kocia muzyka wspaniale odpręża, relaksuje i uspokaja. Nie to, co chrapanie męża co wieczór.
  4. Mało prawdopodobne jest, że Twój kot kogoś dotkliwie pogryzie. No chyba, że trafisz na jakiś felerny, agresywny egzemplarz, albo kupisz sobie tygrysa bengalskiego.
  5. Koty mogą robić nocą za dobry termofor. Lubią wylegiwać się w okolicach stóp, lub głowy. Dla zmarzluchów świetna opcja! Do tego taki futrzasty termofor jak bardzo przyjemny w dotyku :)
Nie liczę na to, że kogoś tym wpisem przekonam do kotów na tyle, że natychmiast zapragnie zaopiekować się jakimś bezdomnym futrzakiem. Ale może chociaż ktoś zastanowi się trzy razy zanim powie coś przykrego na ich temat. Bo to naprawdę kochane stworzenia.