5 sierpnia 2017

Estee Lauder CC Cream Revitalizing Supreme

Szukając lekkiego kremu tonującego, który mogłabym zabrać ze sobą na urlop, trafiłam na CC Cream Estee Lauder. Zawsze przy kremach typu BB, CC, DD itp. mam obawy, że będę wyglądać jak soczysta pomarańcza. Niestety jestem bardzo blada i mam złe doświadczenia z owymi kremidłami. Ale coś mnie znowu podkusiło i tym sposobem stałam się posiadaczką magicznego CC kremu od Estee Lauder.


Dlaczego mówię, że krem jest magiczny? A nie bez powodu! Krem ma odżywiać skórę, działać przeciwzmarszczkowo, posiada SPF 10, a ponadto posiadając innowacyjne pigmenty ma idealnie dopasowywać się do naszego kolorytu cery. Brzmi kusząco, nieprawdaż?
Od razu alert - jeśli oczekujesz krycia, to w tym produkcie go nie znajdziesz! Kremem CC Estee Lauder można ewentualnie wyrównać koloryt cery i nadać jej nieco naturalnego blasku.


Krem ma lekką konsystencję i na początku dość przerażający kolor. Aaaale nie ma co się bać, trzeba nakładać i rozcierać, a w efekcie uzyskamy śliczną, rozświetloną cerę. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć etapy rozcierania i stapiania się ze skórą. Przyznajcie też, że efekt końcowy jest przyzwoity i mniej przerażający niż stan początkowy. Na twarzy wygląda to podobnie. Ponadto wystarcza odrobina kremu, żeby pokryć całą twarz, całkiem podobnie jak przy standardowych kremach pielęgnacyjnych.
Estee Lauder CC Cream Revitalizing Supreme to krem lekki, ale bardzo przyjemny. Utrzymuje się na twarzy cały dzień, ale z upływem czasu skóra zaczyna się błyszczeć, więc nie polecam go używać na skórze tłustej i bez przypudrowania twarzy. Ja używam go w duecie z pudrem matującym, głównie dlatego, żeby nie błyszczeć po kilku godzinach, ale też aby nieco go utrwalić na twarzy. I ta metoda sprawdza się u mnie znakomicie.


Jeśli macie względem tego kremu ogromne oczekiwania, liczycie na duże krycie i mocne odżywienie, to możecie poczuć się zawiedzione. Ale jeśli szukacie jak ja - czegoś lekkiego, co poprawi koloryt cery i przy okazji nieco odżywi skórę, to będzie coś dla Was. Nie wiem jak ten krem sprawdzi się na ciemniejszej skórze, bo na mojej jasnej, lekko (bardzo lekko) opalonej jest całkiem OK. Nie mam dużych wymagań, ale chcę, żeby krem nie był pomarańczowy, więc tutaj też jest dobrze.
Pełnowymiarowe opakowanie o pojemności 30ml kosztuje w perfumerii Douglas około 250zł, ale oczywiście można znaleźć ten krem w innych drogeriach online w nieco niższej cenie. Warto jednak wcześniej poprosić o próbkę, aby później nie było rozczarowań.


Ten krem leci ze mną na urlop. Sprawdził się w swojej roli, daje mi komfort i czuję się dobrze mając go na twarzy. Przyjemny, lekki, nawilżający i rozświetlający twarz, dzięki czemu wygląda ona zdrowo i promiennie.
Dajcie znać czy kojarzycie ten produkt, a może macie do polecenia inne kremy tego typu? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się swoimi faworytami w tej kategorii. Chętnie przyjrzę im się bliżej!

1 sierpnia 2017

NUXE Huile Prodigieuse - wielofunkcyjny olejek do twarzy, ciała i włosów

Wiem, że zawsze mam spore opóźnienie jeżeli chodzi o zakup produktów, które mają już miano "kultowych", ale wynika to chyba z mojej przekory i sceptycyzmu względem nich. Bo niestety często jest tak, że kosmetyki bardzo znane i powszechnie lubiane okazują się być u mnie średniakami i kompletnie nie potrafię zrozumieć ich fenomenu. Nie zawsze tak jest, ale dosyć często. Takim już kultowym kosmetykiem możemy chyba nazwać olejek wielofunkcyjny od NUXE. A trafił w moje ręce ostatecznie dlatego, że w zasadzie jeśli chodzi o pielęgnację ciała, to nie znoszę mleczek do ciała, masła jeszcze ujdą, ale już olejki są moją ulubioną formą.


Olejek NUXE Huile Prodigieuse to wielofunkcyjny olejek do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. Od razu zaznaczam, że nie używam go do twarzy, bo mam obawy jeśli chodzi o takie uniwersalne kosmetyki i nie wiem czy coś, co jest do ciała może być też odpowiednie dla skóry twarzy.
Poza tym ma to być olejek suchy, jak przynajmniej zapewnia producent, ale ja nie widzę różnicy między tym, a innymi, zwyczajnymi olejkami jeśli chodzi o jego "suchość". Dla mnie jest to normalny olejek, po którego użyciu nadal mam tłustawą warstwę na skórze. No, może nie jestem później ekstremalnie świecąca niczym latarnia nocą, ale lekka tłustośc jest nadal wyczuwalna.
Tak gwoli wyjaśnienia dodam, iż olejki i inne kosmetyki NUXE możecie nabyć m.in. w perfumerii Sephora. I tym sposobem odkryłam, że w Polsce 100ml olejku kosztuje 125zł. Nie mnie oceniać czy to dużo, czy mało, bo to kwestia względna.


Butelka olejku NUXE jest solidna, z grubego szkła, minimalistyczna, ale elegancka. Pierwsze co można zauważyć po pierwszym użyciu, to zapach owego olejku. Jest naprawdę słodki, przyjemny, kwiatowy i intensywny jak na zapach olejku. Ja ten zapach uwielbiam i mogłabym go nosić na sobie cały czas, ale wiem, że dla niektórych może to być zbyt mdły i mocny aromat.

Walory pielęgnacyjne też mogą być kwestią sporną, gdyż każda skóra wymaga czegoś innego - dla jednej osoby ten olejek będzie wystarczający, natomiast osoba o przesuszonej skórze może czuć niedosyt, ale zaraz do tego przejdę.
Ja w zasadzie mam przez cały rok strasznie suchą skórę na nogach, zwłaszcza na łydkach. Wręcz ekstremalnie, aż do takiego stopnia, że gdy zapomnę użyć czegoś treściwego, to mogę się liczyć następnego dnia ze swędzeniem skóry. Dlatego też postanowiłam, że olejek NUXE wypróbuję na mojej strefie wymagającej intensywnej pielęgnacji, czyli na...nogach właśnie. I o dziwo przy regularnym użytkowaniu jest poprawa. Działa! Czyli zawarte w nim olejki z orzechów makadamia, orzechów laskowych, ogórecznika, słodkich migdałów, kamelii oraz dziurawca działają świetnie na moją skórę. Jest ona wyraźnie natłuszczona, odżywiona i nie woła o pomstę do nieba. Kiedy wieczorem użyję tego olejku, to jeszcze wstając rano z łóżka czuję warstwę olejku na skórze. A miałam obawy, że całą pościel będę mieć w olejku i niewiele zostanie go na skórze. Na szczęście tak się nie dzieje i mogę kontynuować swoją pielęgnację.


Krótko mówiąc - dla mnie hit. Zaczynając od pięknego, słodkiego zapachu, przez działanie, aż po ładną butelkę, która jest niewątpliwą ozdobą łazienki. Cieszę się, że tym razem kultowy kosmetyk zdał u mnie egzamin. Podejrzewam, że kiedy skończę swoją butelkę to zaopatrzę się w kolejny egzemplarz.
Dajcie znać czy znacie ten produkt! A może macie jakąś inną jego wersję? Podzielcie się wrażeniami! :)

23 lipca 2017

Woda toaletowa MEXX Cocktail Summer - czym pachnie lato?

Lubię latem zatapiać się w pięknych, lekkich woniach, które nie przytłaczają. Często jest tak, że zaopatruję się w letnie edycje limitowane różnych zapachów, bo wydają się być inne od wszystkiego. Tym razem padło na wodę toaletową MEXX Cocktail Summer.
Trafiłam na nią przypadkiem w drogerii DM, powąchałam i już była w moim koszyku zapachowym. A przyznam szczerze, że to się u mnie rzadko zdarza, bo zakupy perfumowe trwają zazwyczaj długo i muszę popróbować wielu zapachów, no i nierzadko okazuje się, że i tak wychodzę z drogerii/perfumerii z pustymi rękoma. Ale jak już zakup "z przypadku" się dokonał, to opowiem Wam o nim kilka słów.


MEXX Cocktail Summer to zapach z gatunku owocowo-kwiatowych, z naciskiem na owocowy ;)
Nuty Głowy: Grapefruit, Frezja, Czarna porzeczka 
Nuty Serca: Letnia róża, Konwalia, Jabłko 
Nuty Bazy: Brazylijskie drzewo różane, Kwiat brzoskwini, Nuty Ambrowe


Butelka wody toaletowej ma pojemność 40ml, jej kształt nie jest jakiś odkrywczy, bo to raczej standard marki Mexx. Kolorystyka wpadająca w czerwień przywodzi na myśl jakiś soczysty drink na bazie soku malinowego.
Sam zapach jest lekki, nadaje się do używania na co dzień, ale też na wieczorną porę będzie odpowiedni. Nawet w upalne dni nie "dusi", nie jest przytłaczający. Coś odpowiedniego, kiedy chcemy pachnieć także latem, ale nie zabijać wonią i ogonkiem, który będzie się za nami ciągnąć. Nie ma w sobie nic z eleganckich zapachów, kojarzy mi się raczej z młodymi kobietami, z wakacjami i letnim dniem na plaży.


To co w nim wyczuwam to wybijająca się goryczka grejpfruta i domieszka innych owoców. Faktycznie pasuje tutaj określenie owocowy drink. Nie rozwija się jakoś wybitnie, a za to na mojej skórze z godziny na godzinę zapach blednie, wietrzeje. Niestety trwałość jest tutaj słaba, ja wyczuwam u siebie zapach tej wody toaletowej przez max 3-4 godziny od jej użycia. Mimo to lubię sięgać po nią z rana, poczuć się rześko i świeżo. Zapach mnie pobudza do działania, przywodzi na myśl urlop nad wodą z pysznym koktajlem owocowym. Dobrze jest w ten sposób zaczynać dzień :)


Czy jestem zadowolona z wody toaletowej MEXX Cocktail Summer? Owszem, zapach bardzo mi się spodobał, nie spodziewałam się lepszej trwałości, a i flakonik ładnie wygląda na toaletce. Jeśli mam ochotę w ciągu dnia dodać kilka psiknięć, to bez problemu wrzucam ten nieduży flakonik do torebki i idę do pracy. Nie zajmuje on dużo miejsca, więc nawet w małej torebce znajdzie się na niego miejsce.


Dajcie znać czy miałyście już przyjemność poznać ten nowy zapach Mexx. A może podzielicie się swoimi letnimi ulubieńcami? Zawsze chętnie dowiem się o zapachowych nowinkach :)

18 lipca 2017

Clinique Lash Power Mascara - długotrwały tusz do rzęs

Zazwyczaj używam tuszy do rzęs z niskiej do średniej półki, bo uważam, że maskara to nie krem do twarzy i nie warto inwestować większych pieniędzy w kosmetyk, który po 3 miesiącach i tak zużyję czy też wyrzucę, bo jego trwałość to jakieś 3 w porywach do 4 miesięcy. Jednak przypadkiem trafiła w moje ręce maskara Clinique, która w założeniu ma mieć długotrwałą formułę. Już mnie kiedyś zaskoczyła pozytywnie maskara Benefit They're real! Okazała się być naprawdę świetna, robiła cuda na rzęsach, ale jakoś o niej zapomniałam i nie nabyłam kolejnego egzemplarza. Natomiast teraz mam dla Was moją opinię na temat Clinique Lash Power Mascara.


Opakowanie zawiera w sobie 6g produktu. Ja mam tusz w odcieniu 01 black onyx, czyli standardowy, czarny. Szczoteczka jest całkiem przyjemna, zaopatrzona w krótkie włoski. Coś dla miłośniczek tradycyjnych szczotek, chociaż może i fanki silikonowych szczoteczek się z nimi zaprzyjaźnią, bo ta jest naprawdę wygodna w użyciu. Myślę, że nawet posiadaczki małych oczu sobie z nią poradzą.


Jeżeli chodzi o formułę, to zdziwiłam się, gdy się okazało, że maskara Clinique jest zdatna do używania od razu, po pierwszym otwarciu. Nie trzeba odczekiwać aż nieco przyschnie, bo ma od razu dobrą konsystencję, dzięki czemu nie skleja rzęs jak szalona.
Efekt na rzęsach po jednej warstwie maskary jest jakiś, ale dla mnie zbyt słaby, więc zawsze nakładam jej dwie cienkie warstwy. I tak jest dla mnie optymalnie. Tusz ładnie nanosi się na rzęsy, nie tworzy dramatycznego efektu. Wygląda dość naturalnie, ale przy tym ślicznie podkreśla, pogrubia i nieco podkręca rzęsy.


Ja, jak widać, bez pomalowania rzęs wyglądam jakbym ich w ogóle nie miała. A mam, tylko są jasne i proste. A Clinique Lash Power Mascara wydobywa ich piękno. Moim zdaniem rzęsy wyglądają naprawdę ładnie i taki efekt utrzymuje się przez cały dzień. Ma to być maskara długotrwała i faktycznie taka jest. Zazwyczaj robię makijaż koło 6 rano, a zmywam go wieczorem około godziny 20. W tym czasie tusz trzyma się na rzęsach i nie zdarzyło mi się ani razu, aby kawałki skruszonej maskary wylądowały pod okiem. Nigdy. Więc jej długotrwała formuła u mnie się potwierdziła.


Jeżeli chodzi o demakijaż, to jest w tym wypadku dość specyficzny. Zazwyczaj maskary rozmazują się, rozpuszczają pod wpływem środka do demakijażu. Clinique Lash Power Mascara tak jakby skrusza się z rzęs, nie tworzy efektu pandy podczas demakijażu, schodzi z rzęs jakby grudkami. Na początku zdziwiło mnie to, ale z czasem przyzwyczaiłam się do tego stanu rzeczy. Ani mi to specjalnie nie przeszkadza, ani nie szkodzi w żaden sposób.


Aktualna cena w drogerii Douglas to 119zł, ale polecam poszukać i pogmerać w promocjach, bo uważam, że warto. U mnie Clinique Lash Power Mascara sprawdza się świetnie, jestem zadowolona z efektu jaki uzyskuję, z trwałości oraz z poręcznej szczoteczki, którą można dotrzeć nawet do najkrótszych włosków, a i dolne rzęsy można pięknie nią rozczesać.
Polecam fankom naturalnego, ale wyrazistego spojrzenia i osobom, którym zależy na trwałości i breku efektu pandy. U mnie zdaje egzamin, więc może i u Was się sprawdzi?

16 lipca 2017

Zegarkowe Love - zegarki z SammyDress

Moje zamiłowania do biżuterii i akcesoriów regularnie się zmieniają. Kilka lat temu szalałam na punkcie sztucznej biżuterii; zamawiałam wtedy sporo pierścionków, bransoletek, kolczyków i łańcuszków z zawieszkami. Z czasem mi przeszło, uznałam to za kicz i sporo tej biżuterii poleciało do kosza. Co ładniejsze egzemplarze ze mną zostały do dziś. 
Jednak aktualnie swoją uwagę zwróciłam ku zegarkom. Mam ich już dobrych kilka sztuk. Droższe, tańsze, w różnych kolorach. Traktuję je jako element dopełniający moją stylizację. Nie zależy mi na super drogich zegarkach, bo wiem, że w każdej chwili mogę pójść nawet z takim tanim zegarkiem do zegarmistrza, wymienić w nim baterię, a także pasek na skórzany, w dowolnym kolorze i nadać mu nowe życie w ten sposób. 
Dlatego też skusiłam się na dwa zegarki ze strony SammyDress. Jako, że noszę je już ponad 2 miesiące, to mogę powiedzieć o nich kilka słów od siebie. Nawet nie wiecie, jaka była moja radość, kiedy zastałam paczuszkę z przesyłką u siebie w domu. Oczywiście od razu musiałam zrobić zdjęcie na Instagram :D


Muszę nieskromnie przyznać, że dokonałam dobrego wyboru. Zegarki okazały się bardzo ładne, dobrze wykonane. Co prawda nie mam pojęcia jak wygląda ich mechanizm, bo często zdarza się, że tego typu zegarki są "jednorazowe" i nie da się w takich nawet wymienić baterii, oby tak nie było w tym przypadku. 
Biały zegarek ze złotą obwódką tarczy jest tutaj moim faworytem. Prezentuje się naprawdę elegancko, nie jest tandetny. Brakowało mi właśnie zegarka z białym paskiem i cieszę się, że uzupełniłam ten brak. Do zegarka można zestawić jakieś delikatne, złote bransoletki i będzie się to ślicznie komponować ze sobą.


Drugi zegarek jest w kolorystyce zbliżonej do drewna. Zarówno tarcza jak i sam pasek wyglądają jakby były drewniane. Bardzo lubię motyw drewna, ale sama nie wiem jak wpadłam na pomysł, żeby dodać go do swoich stylizacji pod postacią owego zegarka. Jest on już mniej elegancji i wyjściowy niż jego biały poprzednik, ale równie chętnie go noszę. Najczęściej do jeansów, luźnych stylizacji, T-shirtów. Na razie sprawuje się dobrze, nie mam żadnych zarzutów w jego kierunku ;)


Oba zegarki mają sztywne, nieco sztuczne paski. Obawiam się, że po kilku miesiącach zużyją się i powstaną przetarcia w miejscu zapięcia, ale na razie nic takiego się nie dzieje. Zawsze jednak w takim wypadku mogę wymienić pasek i cieszyć się zegarkiem w nowym wydaniu. 
W biało-złotym zegarku w pasku jest jak dla mnie zbyt mało dziurek, gdyż mam węższą łapkę niż zakłada producent i zapinając go na ostatnią dziurkę nadal mam luz i zegarek się przekręca na ręce. Chyba czas dorobić w nim ze dwie dziurki :) 
Zegarek w stylu drewnianym jak dla mnie ma optymalną ilość dziurek na zapięcia, gdyż zapinając go na ostatnią, mam komfort noszenia. 
Na początku paski wydawały się dość oporne, lecz po kilku dniach noszenia ładnie się uformowały na mojej ręce.


A Wy, lubicie nosić zegarki? Ja bez zegarka czuję się jakbym była naga ;) Dajcie znać czy podobają się Wam moje dwa nowe egzemplarze :) A może gustujecie w innego typu zegarkach?

13 lipca 2017

Yves Rocher seria Hydra Vegetal - peeling, koncentrat, tonik i płyn micelarny | Recenzja zbiorcza

Zazwyczaj w sklepie internetowym Yves Rocher zaopatruję się w wody toaletowe oraz kosmetyki typowo do kąpieli - żele pod prysznic czy też płyny do kąpieli. W strefę kosmetyków kolorowych nawet nie zaglądam, ale jakiś czas temu zaryzykowałam zakupem kilku produktów do pielęgnacji twarzy. I okazało się, że był to nawet dobry wybór. Mowa tutaj o serii Hydra Vegetal. Jako pierwsze w moje ręce trafiło serum do twarzy. A potem już poszło po kolei ;) Zobaczcie same, co kupiłam, czego używa(ł)am i jak się sprawdziły u mnie owe kosmetyki.


Jak sama nazwa wskazuje, seria ma za zadanie silnie nawilżać skórę i zapewniać jej stałe nawilżenie. Oczywiście, aby skóra była w pełni nawilżona, nie wystarczy nam sama pielęgnacja przy pomocy kosmetyków, bo trzeba też dbać o nawadnianie organizmu i zapewniać mu dużą ilość wody poprzez wypijanie dziennie co najmniej 2 litrów napojów niesłodzonych. Ale warto dbać o skórę mimo wszystko, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie wypijać codziennej dawki wody. Ja muszę się niestety przyznać, że wypijam zbyt mało trunków i lubię się wspomagać w inny sposób. Na przykład przy pomocy wspomnianej serii Yves Rocher Hydra Vegetal.

Cała seria ma delikatny, świeży zapach. Jest on naprawdę nienachalny i raczej nie powinien być problematyczny nawet dla wrażliwych nosków. Generalnie warto również polować na promocje, które w Yves Rocher często się pojawiają i w ten sposób zaopatrzyć się w owe kosmetyki w nieco korzystniejszych cenach niż te regularne. 
Podoba mi się wygląd całej serii. Samym wyglądem kosmetyki przywodzą na myśl odświeżenie i nawilżenie. Przy tym nie wyglądają tandetnie ani szpetnie, ale to już jak wiadomo, kwestia gustu. Dla mnie tonik i serum są ładną ozdobą toaletki.


1. Nawilżający peeling do twarzy.
Coś dla fanek peelingów mechanicznych. Drobne, bambusowe mikrogranulki cudownie rozprowadzają się na twarzy, delikatnie usuwając zrogowaciały naskórek. Używając tego peelingu nie mam odczucia jakbym szorowała pumeksem po twarzy. Myje on i subtelnie oczyszcza cerę, pozostawiając ją gładką i niepodrażnioną jednocześnie. Pełnowymiarowy produkt ma pojemność 75 ml, ale jest bardzo wydajny i gwarantuję, że wystarczy na wiele użyć.

2. Koncentrat nawilżający.
Mój największy faworyt całej serii. Zużywam aktualnie już drugą buteleczkę i nie mam zamiaru na niej poprzestać, bo kiedy będę dobijać do dna, to na pewno zaopatrzę się w kolejny egzemplarz. Koncentrat ma postać rzadkiego mleczka, które cudownie wtapia się w skórę. Idealne dopełnienie pielęgnacji twarzy na każdą porę roku. Zimą nadaje się pod krem, latem używam go samodzielnie, gdyż nie lubię dodatkowo "obciążać" skóry warstwami kosmetyków kiedy temperatury za oknem przekraczają 25 stopni. Koncentrat jest lekki, ale daje cerze ukojenie i przygotowuje na dawkę kremu. Solidna, szklana butelka wyposażona jest w pompkę, dzięki której można higienicznie korzystać z kosmetyku, ale też zużyć go do ostatniej kropli. Naprawdę dobrze nawilża skórę mimo swojej lekkiej konsystencji. Na mojej skórze nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Butelka ma pojemność 30ml i kosmetyk jest zdatny do użycia przez 6 miesięcy od otwarcia.


3. Nawilżający płyn micelarny.
Płynów micelarnych w mojej łazience miałam już sporo. Droższe, tańsze, z średniej półki. Ten nawilżający płyn micelarny niczym specjalnym się nie wyróżnia szczerze powiedziawszy, ale wad też się nie doszukałam. Potrafi zmyć cały makijaż z twarzy, nawet oporne maskary z rzęs. Jest skuteczny, nie podrażnia skóry, delikatnie ją odświeża. Demakijaż oczu jest równie komfortowy, płyn nie powoduje szczypania oczu, co zdarza się czasami przy tego typu produktach. Można go również używać zamiast toniku do twarzy, pozostawia skórę odświeżoną. Nada się także dla cery wrażliwej i skłonnej do podrażnień.

4. Nawilżający tonik do twarzy.
Uwielbiałam go używać rano, przed nałożeniem makijażu, jako pierwszy krok pielęgnacji. Świetnie odświeża i tonizuje skórę, jednocześnie nie wysuszając jej. Krótko po przebudzeniu lubiłam rozkoszować się świeżością tego toniku. Jeżeli ktoś chce się czepiać, to może doczepić się ewentualnie alkoholu w składzie, ale mnie on nie przeszkadza, bo jeśli kosmetyk dobrze działa na moją cerę, to nie będę się przejmować tym demonizowanym alkoholem.


Na inne kosmetyki z serii Hydra Vegetal na razie się nie skusiłam, ale być może sięgnę jeszcze po żel do mycia twarz i ewentualnie maseczkę. Kremów mam na razie spory zapas, więc nie będę robić większych zapasów. Choć nie wątpię, że też mogą się okazać strzałem w dziesiątkę.
Dajcie koniecznie znać czy znacie serię Hydra Vegetal, albo czy generalnie kupujecie kosmetyki Yves Rocher? Jestem ciekawa Waszych ulubieńców tej marki i chętnie wypróbuję coś owego :)

3 lipca 2017

Puder bananowy Rival de Young

Od pewnego czasu zauważyłam wielkie poruszenie związane z pojawieniem się na rynku pudru bananowego. Wiele zachwytów czytałam na temat pudru bananowego Wibo i przy okazji krótkiej rozmowy z dziewczynami na Instagramie dowiedziałam się, że w niemieckich drogeriach pojawił się odpowiednik tegoż pudru. Mowa tu o marce Rival de Young, która jest dzieckiem Rival de Loop, a przeznaczona jest głównie dla osób młodych. Byłam ciekawa czy niska cena będzie szła w parze z dobrą jakością pudru, a dodatkowo poczułam się zachęcona do zakupu po pozytywnych recenzjach znajomych. Kiedy tylko zobaczyłam w niemieckim Rossmannie puder bananowy Rival de Young sięgnęłam po niego bez wahania.


Co pisze producent o swoim produkcie? Obiecuje nam równomierne wykończenie, bez jednoczesnego zatykania porów. Puder ma lekko żółte zabarwienie, co ma pomóc w redukowaniu zaczerwienień na twarzy oraz niwelować cienie pod oczami. Puder ma także podkreślać naturalny odcień skóry. 

Brzmi świetnie, ale jestem przyzwyczajona do obietnic producentów, które jednak nie zawsze są spełniane. Więc zazwyczaj podchodzę sceptycznie do takich obiecanek-cacanek i dopóki sama czegoś nie sprawdzę, pozostaję neutralna. Nawet mimo naczytania się wielu pozytywów.


Puder zamknięty jest w plastikowym słoiczku z żółtym wieczkiem, które kolorystycznie koresponduje z kolorem banana, który jest tutaj tematem przewodnim. Bananowo pachnie także sam puder. Na początku myślałam, że mój nos płata mi figle i już podświadomie czuję zapach banana. Jednak nie pomyliłam się i czuję zapach przy każdym użyciu, a ponadto sprawdziłam inne opinie i tam także wspomniany jest lekko bananowy zapach pudru. Dla mnie nie jest to przeszkodą w używaniu ani wadą, gdyż zapach czuć tylko podczas samej aplikacji, a później już się ulatnia. No i świetnie, bo nie chciałabym przez cały dzień chodzić i roznosić za sobą zapach bananów.


Puder jest drobno zmielony i podczas aplikacji nieco pyli, ale nie jest to jakaś straszna chmura, która zapiera oddech na kolejne 3 minuty. Stosowałam go na różne sposoby - zarówno na całą twarz, na różne podkłady, ale zdarzało mi się nakładać go tylko pod same oczy. Przyznam, że w zależności od dnia wygląda on na twarzy lepiej lub gorzej. Zwłaszcza na początku nie miałam wyczucia jak go używać i wtedy byłam z niego średnio zadowolona. Z czasem zauważyłam, że aby spełnił moje oczekiwania względem zmatowienia cery, to muszę nałożyć go odrobinę więcej. 

W temacie matowienia cery, to nie spodziewajmy się po tym pudrze, iż zmatowi naszą twarz maksymalnie, na płaski mat. Daje on raczej bardziej satynowe wykończenie, spod którego po kilku godzinach próbuje przebijać się sebum i zaczynam się nieco błyszczeć. Ale wtedy wystarczy mała poprawka i wszystko wraca do normy.  Pod oczami zachowuje się bardzo dobrze, nie zbiera się w zmarszczkach i trzyma się przez cały dzień.


Lekko żółty odcień pudru niektórym może przeszkadzać, a dla innych może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mnie latem, kiedy jestem nieco opalona, taki kolor nie przeszkadza, bo przynajmniej nie bieli dodatkowo skóry. Twarz przypudrowana tym lekko żółtym pudrem wygląda zdrowo i naturalnie. Puder świetnie też wyrównuje koloryt cery, kiedy jest nałożony na twarz bezpośrednio, bez uprzedniego traktowania jej podkładem. Skóra jest wtedy lekko zmatowiona, ale wygląda świeżo.


Puder bananowy sprawdził się u mnie, posiadaczki cery normalnej w kierunku mieszanej. Jednak ja nie oczekiwałam od niego zbyt wiele i musiałam się nauczyć jak z nim pracować. Jak na produkt kosztujący zaledwie 3€ spisuje się dobrze. Nie tworzy maski ani płaskiego matu na twarzy. Jeśli zależy Wam na naturalnym wyglądzie, to powinien się u Was sprawdzić. No i oczywiście jeśli lubicie zapach bananów, bo podczas aplikacji jest on wyczuwalny.
Miałyście już kiedyś puder bananowy? Jeśli tak, to dajcie znać jak się u Was sprawdził! :)

2 lipca 2017

Naturalne mydełka Enklare

Bardzo lubię próbować nowości. A tym bardziej naturalnych i do tego tworzonych w Polsce! Mimo, że od ponad 3 lat mieszkam w Niemczech, to nadal lubię wspierać polskie marki i zawsze będąc na urlopie w rodzinnych stronach zaopatrzam się w produkty polskich firm. Dlatego też, kiedy trafiłam na ofertę Enklare, od razu przewertowałam całą stronę. Podoba mi się zarówno polityka firmy, jak i to, że wszystkie produkty są wykonywane ręcznie, przy użyciu naturalnych składników.


Jestem jakby dinozaurem, bo wiele osób w dzisiejszych czasach zrezygnowało z używania tradycyjnych mydeł w kostce. Ja nadal ich używam, chętnie po nie sięgam i równie ochoczo próbuję różnych mydeł. Mam wrażenie, że nic tak dobrze nie myje, jak stare i dobre mydełko w kostce.
W moje łapki trafiły cztery różne wersje mydeł Enklare:
  1. Fresh Raspberry Soap
  2. Fruit Yoghurt Soap
  3. Sweet Dream
  4. Fascination Soap
Firma oferuje również zestawy mydeł zapakowane w urocze, ekologiczne koszyczki. Taki zestaw jest idealną opcją na prezent. Tylko upewnijcie się, że dana osoba używa mydeł w kostce, bo w przeciwnym wypadku koszyczek z zawartością może służyć jako ozdoba łazienki.

Warto zauważyć, że nawet opakowania w których otrzymujemy mydełka Enklare stworzone są z dbałością o ekosystem i powstają z biodegradowalnej celulozy. Każde z omawianych mydeł ma wagę około 100g, a kosztuje 19,90zł. 


1. Fresh Raspberry

Jest polecane jako mydło do golenia, ale oczywiście doskonale sprawdza się także tradycyjnie - do mycia twarzy oraz ciała. Bez obaw można myć nim twarz, gdyż mydełka Enklare są mydłami przetłuszczonymi i nie powodują przesuszenia skóry, co sprawdziłam na swojej cerze; normalnej w kierunku mieszanej. Zapach mydła jest delikatny, bardzo neutralny. Na pewno nie pachnie jak mydła drogeryjne, przesycone chemią i sztucznymi zapachami.

2. Fruit Yoghurt

Jest to mydełko wszechstronne, którego możemy używać do wszystkiego - mycia, golenia, a nawet zapierania plam z odzieży. O jego delikatności świadczy także możliwość stosowania już u dzieci od 4 miesiąca życia. Przyznam, że zużyłam to mydło bardzo szybko i byłam z niego mocno zadowolona. Głównie odpowiadała mi jego delikatność, a jednocześnie skuteczność. Delikatny zapach jest tutaj kolejnym atutem, brak jakichkolwiek podrażnień również działa na jego korzyść. 


3. Sweet dream

Mydło przeznaczone dla cery naczynkowej. Praktycznie bezzapachowe oraz delikatne. Nie podrażnia skóry, pozostawia ją gładką i miękką. Moim zdaniem nada się do każdego rodzaju cery, nie tylko naczynkowej. Warto sięgnąć chociażby na spróbowanie i używać np. w zestawie ze szczoteczką do mycia twarzy, aby uzyskać mocniejszy efekt. Ja mam silikonowy czyścik do twarzy i w połączeniu z tym mydełkiem uzyskiwałam efekt czystej, ale nie wysuszonej czy podrażnionej skóry.

4. Fascination Soap

Sól himalajska zawiera mnóstwo mikroelementów, nadaje się świetnie do skóry trądzikowej, ale także świetnie odświeża skórę. Jest ona również wykorzystywana w walce z trądzikiem, łuszczycą, a nawet grzybicą. Dlatego mydło Fascination Soap może być stosowane przez osoby mające problemy skórne. Ja takowych nie posiadam, ale lubię sobie raz  tygodniu gruntownie oczyścić skórę i wtedy sięgam po to mydło. A w związku z tym, że używam go rzadziej niż innych mydełek Enklare, to nadal mam w łazience kawałki Fascination Soap.



Mydła Enklare są świetną alternatywą dla tradycyjnych mydeł do ciała, mogą zastąpić sztuczne żele pod prysznic i przy okazji skorzysta na tym nasza skóra. Moim sposobem na wygodne ich używanie było podzielenie mydeł na kawałki. Niektóre przecięłam na pół, inne na 4 części i w ten sposób stały się one wygodniejsze i bardziej funkcjonalne w użyciu.
Coś dla freeków naturalnej pielęgnacji, ale nie tylko. Świetny pomysł na prezent, który można zrobić także samemu sobie ;)
Ja miałam wcześniej obawy przed używaniem mydeł na twarz, tutaj okazały się bezpodstawne i przekonałam się, że nie każde mydło jest złe dla cery i robi więcej szkody niż pożytku. Wręcz przeciwnie!
Dajcie znać czy lubicie tego typu mydła i inne produkty naturalne. A może właśnie się przekonałyście do nich? ;)
Miłego dnia! :*

27 czerwca 2017

Balsam do ust NUXE Rêve de Miel

Produkt o którym dziś mowa, trafił w moje ręce całkowicie przypadkiem. Miałam ogromną ochotę na olejek do pielęgnacji ciała i włosów NUXE, a znalazłam w korzystnej cenie cały zestaw w skład którego wchodzą: balsam do ust, krem do twarzy oraz olejek. Żal było nie kupić, zwłaszcza wiedząc, że wszystkie te kosmetyki zostaną przeze mnie szybko zużyte. 


Kilka suchych faktów od producenta (i ode mnie) na temat balsamu do ust NUXE Rêve de Miel:

  • Odżywia, regeneruje i chroni usta
  • Zawiera 78% składników naturalnego pochodzenia
  • Ma w składzie miód, masło shea, olejki roslinne, esencję z grejpfruta
  • Cena waha się od 23,90zł do ok 40-45zł 
  • Waga to 15g


Patrząc po opisie producenta - hit, cud, miód i orzeszki. Sugerując się opiniami znajomych - lepszego specyfiku nie mogłam kupić! Po otwarciu słoiczka  (ciężkiego, szklanego) zachwyt, bo zapach piękny, cytrusowy. Pewnie to zasługa esencji z grejpfruta. Ale to kwestia względna, bo pewnie znajdą się osoby, którym przeszkadza w tego typu kosmetykach tak intensywny zapach.

Konsystencja balsamu jest dość tępa, gęsta i trudna we współpracy. Ponadto nakładając kosmetyk na usta można wyczuć pod palcami, a także już na ustach, drobinki jakby peelingujące. Nie rozpuszczają się one nawet pod wpływem ciepła, a co za tym idzie osadzają się na ustach. Uniemożliwia to nakładanie na warstwę balsamu dodatkowo pomadki koloryzującej. Więc na co dzień trzeba podjąć decyzję - albo balsam NUXE, albo kolorowa pomadka. Ale już na noc spokojnie można nałożyć grubą warstwę balsamu i nie martwić się o wygląd ust.

Kosmetyk ten pozostawia na ustach matową, jakby mleczną poświatę. Kwestia gustu czy wygląda to ładnie, estetycznie i czy jesteśmy w stanie tak wyjść do ludzi. Mnie osobiście jest wszystko obojętne i jeśli chcę zregenerować swoje usta, to w tym momencie nie muszą one wyglądać jak z żurnala. Jednak mimo wszystko preferuję nakładanie tego balsamu grubszą warstwą na noc.

Opakowanie, czyli słoiczek sprawia, że nakładanie jest mało higieniczne. Lepiej jest zostawić słoik w domu i nakładać go tylko po uprzednim umyciu dłoni. Co u mnie jest w zasadzie logiczne, gdyż nakładanie balsamu na noc jest tożsame z wcześniejszą kąpielą. O higienę się w tym wypadku nie martwię.

Działanie. Czasami jest tak, że oczekiwania nie pokrywają się z rzeczywistością. Ja spodziewałam się cudów na kiju, wspaniałego specyfiku, który sprawi, że jak po dotknięciu czarodziejską różdżką będę miała miękkie i gładkie usta. Tak się niestety nie stało. Działanie porównałabym do tego jakie osiągam po użyciu masełka czy wazeliny do ust. Czuję na nich barierę ochronną, ale jako takiego nawilżenia czy natłuszczenia już niekoniecznie.


Jeśli macie ochotę na wypróbowanie tego miodowo-cytrusowego cudaka, to czemu nie. Nawet z czystej ciekawości czy się u Was sprawdzi można zakupić. Bo może akurat na Wasze usta zadziała odpowiednio i doczekacie się regeneracji, której ja nie doświadczyłam?
Zaletami tego balsamu jest niesamowita wydajność i bardzo ładny, naturalny skład. Jako kompres i ochrona na noc nadaje się świetnie, na co dzień pod pomadkę już niestety niekoniecznie.
Ja nie widzę efektu "wow" i po skończeniu słoiczka raczej do niego nie wrócę, ale znam osoby zachwycone, które zużywają po kilka opakowań i po wykończeniu jednego od razu zaopatrują się w kolejne.
Dajcie znać czy kojarzycie ten produkt, a może miałyście już z nim styczność? Jeśli tak, to dajcie znać jak się u Was sprawdził!

25 czerwca 2017

Granatowa listonoszka - Tosave

Będąc nadal w temacie niekosmetycznym, pociągnę temat akcesoriów, które niedawno trafiły w moje ręce za pośrednictwem sklepu Tosave. Dzisiaj po krótce na temat granatowej torebki, która zdecydowanie na pierwszy rzut oka wydała się mocno w moim stylu. Byłam tylko ciekawa wykonania oraz jakości i tego, czy produkt będzie zgodny z tym, co zobaczyłam na zdjęciach zamieszczonych w sklepie internetowym. Bo z tym zawsze jest loteria.

http://www.tosave.com/de/p/Casual-PU-Leather-New-Shoulder-Bag-Fashion-Womens-Crossbody-Messenger-Sling-Bag--34554.html

Granatowa listonoszka miała być moim codziennym kompanem podczas drogi do oraz z pracy. Chciałam ją sobie zwyczajnie przerzucać przez ramię co rano i przemierzać miasto wzdłuż i wszerz, zaopatrzona standardowo w portfel, telefon, klucze i kilka kosmetyków. Więcej mi do szczęścia nie trzeba.
Kiedy owa torebusia do mnie dotarła zdziwiłam się nieco, bo na stronie wyglądała na porządniejszą, a w rzeczywistości wydaje się jakby wykonana z cienkiej ceraty. Cóż, będzie trzeba na nią uważać i trzymać z dala od kocich pazurków.
Kolejne zdziwienie nadeszło, kiedy próbowałam zapakować do torebki mój (sporych rozmiarów) portfel. Zonk. W żaden sposób nie byłam w stanie umiejscowić go tak, aby móc zapiąć suwak. A to u mnie podstawa bezpieczeństwa, bo nie wyobrażam sobie śmigać po mieście z portfelem wystającym z torebki - czyste zaproszenie dla złodzieja. Więc albo wymienię portfel, albo będę luzem wrzucać dokumenty i kartę w torebkę. Innej opcji nie mam.

http://www.tosave.com/de/p/Casual-PU-Leather-New-Shoulder-Bag-Fashion-Womens-Crossbody-Messenger-Sling-Bag--34554.html

Po tym krótkim narzekaniu przejdę może do zachwytów. Zacznę od tego, że torebka nie posiada żadnych widocznych wad, uszczerbków i wykonana jest bardzo estetycznie. Żadnych wystających nitek, tandetnych zamków, ćwieków czy innych dodatków. Tak być powinno i cieszę się, że się nie zawiodłam w tej kwestii.
Pasek torebki ma regulację, która umożliwia nam wydłużenie go i noszenie torebki przerzuconej przez tułów, ale możemy go również skrócić i nosić tradycyjnie, standardowo na ramieniu. Tak też wygląda dobrze.
Torebka jest na tyle uniwersalna, że można ją założyć zarówno do dżinsów i ramoneski, ale także połączyć ją z sukienką i koturnami. Jej uniwersalność mnie urzekła, więc pewnie zabiorę ją ze sobą także na urlop w tym roku.

http://www.tosave.com/de/p/Casual-PU-Leather-New-Shoulder-Bag-Fashion-Womens-Crossbody-Messenger-Sling-Bag--34554.html

Funkcjonalna kieszeń z tyłu to dla mnie wielki plus. Lubię do niej wrzucać drobniaki, zapalniczkę czy też balsam do ust. Takie drobiazgi przynajmniej nie zaginą w czeluści torebki i zawsze będą pod ręką.
Czasami nawet torebka za kilka dolarów może okazać się praktyczna. W tym wypadku tak się stało mimo mojej początkowej niechęci.


Do wyboru jest pięć kolorów: czarna, ciemnobrązowa, czerwona, brązowa i granatowa. Ja bardzo lubię nosić dżins, a granat wydaje mi się dobrze współgrać z tym materiałem, więc sięgnęłam po granat. I jestem zadowolona, bo akurat w tym kolorze torebki mi brakowało.
Ostateczny bilans jest dodatni i jestem z torebki zadowolona. Mała, lekka, poręczna i ładna. Więcej grzechów nie pamiętam ;)

20 czerwca 2017

Nowe etui na telefon - Tosave.

Etui na telefon jest u mnie ważnym elementem, który służy nie tylko temu, żeby telefon dobrze wyglądał, ale również ochronie jego obudowy. Bo tak się składa, że mam to szczęście bycia niezdarą i często telefon mi spada, obija się i niestety wygląda później po prostu źle. Obecny telefon, Samsung Galaxy S7 Edge spadł mi już drugiego dnia, prosto na beton i tylna część obudowy jest już potłuczona. Tak, to trzeba być mną, żeby tak szybko załatwić nowy sprzęt. Od tamtego incydentu noszę komórkę tylko w pokrowcu. Czy to zwyczajny, silikonowy, czy coś bardziej ekstra, to już w zależności co mi w ręce wpadnie. A jakiś czas temu zamówiłam sobie etui na telefon na stronie Tosave.

http://www.tosave.com/de/p/PUTPU-View-Window-Flip-Wallet-Case-Cover-For-Samsung-GALAXY-Smartphone-Cover-30368.html

Etui w kolorze złotym przykuło moją uwagę, ponieważ jest zamykane, a zamknięcie zaopatrzone jest w magnes. Więc przednia klapka nie otwiera się samoistnie, co jest tutaj dużym plusem. Po otwarciu etui możemy zobaczyć małą kieszonkę w owej otwieranej klapie. Jest to o tyle praktyczne, że wychodząc z domu na szybko i zabierając ze sobą tylko telefon i klucze, możemy tam schować swoją kartę płatniczą i mamy problem z głowy, bo i zapłacić za cokolwiek nie będzie kłopotem, a i karta nie będzie się poniewierać po kieszeniach.
Bajerem, który przekonał mnie do zakupu tego etui jest składana tylna część etui, z której możemy zrobić podstawkę pod smartfona i oglądać filmy np.na YouTube w poziomie w wygodnej pozycji. Dla mnie jest to o tyle przydatne, że codziennie rano robiąc makijaż odpalam sobie jakiś filmik i teraz nie potrzebuję tworzyć piramid aby ustawić wygodnie telefon. Jestem z tej funkcji mega zadowolona!

http://www.tosave.com/de/p/PUTPU-View-Window-Flip-Wallet-Case-Cover-For-Samsung-GALAXY-Smartphone-Cover-30368.html

Na początku obawiałam się jakości tego produktu. Bo w końcu zamawiając z różnych chińskich stron można się spodziewać wszystkiego. I tak, kiedy etui do mnie doszło uznałam, że nie będzie niczego warte, wygląda jakby było z kartonu i nie wróżę mu długiej przyszłości u mnie. I zdziwienie! Używam go codziennie od kwietnia i na razie zero uszkodzeń! Nic nigdzie się nie przetarło, nie przebarwiło, nie urwało, nie połamało. No jestem pod wrażeniem. Tu sprawdza się powiedzenie aby nie oceniać książki po jej okładce. I u mnie pierwsze wrażenie było takie sobie, a jednak tak bardzo się myliłam.


Moje kolejne obawy były związane z tym, czy etui w ogóle będzie pasować na mój telefon. Teoretycznie wybrałam swój model, markę, ale bywa i tak, że coś przystosowanego pod dany model po prostu na niego nie pasuje. Na szczęście wszystko się zgadza, pokrowiec leży jak na mój telefon uszyty ;) Otwór na aparat znajduje się w odpowiednim miejscu i generalnie prezentuje się dobrze.
Przyznam, że pokrowiec może wizualnie tyłka nie urywa, ale jak wspominałam - u mnie ma być funkcjonalnie, a nie bajecznie i pięknie. W końcu telefon to dla mnie poniekąd narzędzie pracy, a nie zabawka ;)


Podsumowując muszę przyznać, że etui zasługuje na pochwałę i polecenie. Co okazało się dla mnie niezłym zaskoczeniem, bo byłam jednak sceptycznie nastawiona. Obawiałam się wielu problemów, z których ostatecznie żaden nie zaistniał.
Jeśli zajrzycie na stronę Tosave, to możecie zobaczyć, że mają oni bogatą ofertę pokrowców na smartfony dostosowane do danych modeli i z możliwością wyboru spośród wielu kolorów. Ze swojej strony serdecznie polecam :)

17 czerwca 2017

Clinique anti-blemish solutions 01 fresh alabaster

Próbowanie nowych podkładów to dla mnie zawsze ekscytujące przeżycie. Mam skórę normalną w kierunku mieszanej, ale jednocześnie o bardzo jasnym odcieniu, co zwykle utrudnia mi znalezienie odpowiedniego kosmetyku. O ile świecący nos mogę w ciągu dnia poprawić, to zbyt ciemnego koloru już niestety nie zniweluję. Dlatego też nie lubię kupować w ciemno tego typu kosmetyków, tym bardziej jeśli mam wydać na nie nieco więcej pieniędzy. Jakoś wtedy uczucie porażki nieco się potęguje. Ale bywają wyjątki od reguły i zdarza mi się zaryzykować. Tak też było z podkładem Clinique Anti-blemish solutions. Zapoznałam się z recenzjami, opisami na stronach internetowych i niedługo potem podkład zagościł w moim domu.


Zdecydowałam się na kolor 01 fresh alabaster. Jest jasny, ale nie jest to najjaśniejszy podkład jaki miałam w życiu. Mimo to, ładnie stapia się z buzią i po dobrym wpracowaniu i połączeniu z innymi kosmetykami wykańczającymi jestem w stanie uzyskać zadowalający mnie efekt.
Podkład ma standardową pojemność 30ml, zamknięty jest w plastikowej butelce bez żadnej pompki czy innych udogodnień. Niestety przez opakowanie nie widać zużycia produktu. Poza tym na koniec warto jest rozciąć opakowanie, bo na ściankach i przy wylocie osadza się jeszcze sporo kosmetyku, który szkoda zmarnować.
Podkład jest dosyć gęsty, ale nie sprawia problemu podczas aplikacji. Gładko i równomiernie się rozprowadza niezależnie od tego czy jest nakładany palcami, pędzlem czy gąbką do makijażu. Mimo swojej gęstości nie jest ciężki i nałożony lekką ręką nie tworzy efektu maski. Można nim budować krycie poprzez dokładanie drugiej i kolejnych warstw, ale już pierwsza daje ładny efekt i wyrównuje koloryt skóry.


Zdecydowanie jest to podkład, który daje matowe wykończenie na twarzy, jednak ja i tak zawsze dodatkowo utrwalam go jeszcze pudrem matującym, bo u mnie makijaż musi utrzymywać się na twarzy około 12-14 godzin. I tak też się dzieje przy anti-blemish. Podkład trzyma się na buzi cały dzień i przez cały czas skóra wygląda bardzo dobrze. Uwielbiam efekt jaki daje ten podkład i to, że jest bardzo trwały.
Poniżej widzicie jak prezentuje się moja twarz:
  1. Całkowicie bez makijażu
  2. Z samym podkładem Clinique anti-blemish solutions
  3. W pełnym makijażu


Przyznam, że gdyby podkład Clinique miał jeszcze o ton jaśniejszy odcień i nieco mniej podkreślał moje pory, to mógłby być moim ideałem. Sama trwałość, wykończenie i efekt jaki daje na twarzy są naprawdę powalające. Krycie również okazuje się być niezłe, co większe zaczerwienienia można ukryć pod korektorem, ale i bez niego można się obyć. Cena tego podkładu oscyluje wokół 100zł. Uważam, że warto w niego zainwestować, bo naprawdę efekt jaki daje jest niesamowity.
Nawet przy częstym, codziennym stosowaniu jego użycie nie odbiło się negatywnie na stanie i kondycji mojej cery.


W sklepie internetowym producenta dopatrzyłam się trzynastu odcieni tego podkładu i okazuje się, że istnieje jeszcze jaśniejszy niż ten, który ja posiadam, a jego nazwa brzmi Fresh Fair. Jednak obawiam się, że jego podtony okażą się zbyt różowe jak dla mnie, więc ja raczej po tamten kolor nie sięgnę. Ale jestem przekonana, że 01 fresh alabaster jeszcze kiedyś u mnie zagości :)
Skład wraz z analizą znajdziecie TUTAJ :) 
Tymczasem życzę Wam udanego weekendu :)

29 maja 2017

Silikonowa mata do mycia pędzli - Tosave.

Od dłuższego czasu chińskie sklepy cieszą się dużą popularnością. I nic dziwnego, bo czasami można tam zakupić niedrogie, a ciekawe czy też dobre jakościowo produkty. Ja oprócz tych znanych powszechnie stron trafiłam na Tosave.com. I przyznam, że asortyment zaciekawił mnie na tyle, że zakupiłam kilka rzeczy. Pierwszą rzeczą jest silikonowa mata do mycia pędzli. Dotychczas męczyłam się małym, silikonowym czyścikiem do twarzy, który teoretycznie przeznaczony do oczyszczania twarzy. Ale koniec z tym, teraz mam sporych rozmiarów matę.


Silikonowa mata do mycia pędzli jest dostępna w wielu różnych kolorach, a ja zdecydowałam się na czarną. Uznałam, że na czarnej nie będzie widać ewentualnych odbarwień.
Jest ona odpowiednio gruba, nie ma szans żeby mogła się porwać, zniszczyć. Dzięki swojej elastyczności świetnie dopasowuje się do kształtu umywalki. Na spodzie maty są specjalne zasysacze, którymi mocujemy ją do powierzchni umywalki. Przyznam, że przy małej umywalce może być kłopot i przyssawki mogą się tak dobrze nie trzymać powierzchni. Najlepiej sprawdzi się to rozwiązane w dość płaskich umywalkach.


Mata posiada siedem różnych powierzchni z różnymi wypustkami. Każda część przeznaczona jest do różnych rodzajów pędzli, np.pędzle do cieni, czy też do twarzy mają swoje oddzielne powierzchnie. Są one dobrze opisane, ale oczywiście nie musimy się ściśle trzymać tych opisów i korzystać z maty w taki sposób w jaki jest nam wygodnie. Ja przyznam, że próbowałam na różne sposoby i każda z powierzchni z wypustkami daje radę.


Muszę się przyznać, że ta mata to moje wybawienie. Do tej pory nie przepadałam za czynnością jaką jest mycie pędzli do makijażu. Zazwyczaj była to czasochłonna procedura i mój mały czyścik nieraz ześlizgiwał mi się z dłoni, co było nieco frustrujące. Teraz skrócił się zarówno czas mycia pędzli jak i poziom mojej frustracji. Mycie pędzli stało się czymś znośnym, co nie zajmuje dużo czasu ani nie zużywa masy energii.


Dla mnie ta silikonowa mata to świetne odkrycie i jestem zadowolona, że ją zamówiłam. Mycie pędzli już nie kojarzy mi się z katorgą, jest szybkie i bezbolesne.
Dajcie znać z jakich narzędzi korzystacie do mycia pędzli, czy znacie tego typu maty? A może macie jeszcze inne wynalazki, które uprzyjemniają pranie pędzli?

PS. Jeśli kogoś interesują włosy, oczywiście takie do przedłużania swoich naturalnych, to KLIK :)