22 marca 2017

Manhattan Wake up concealer 001 Naturelle

Posiadaczki cieni i zasinień pod oczami bez wątpienia są fankami korektorów i kamuflaży. Bo czym zakryć te nieprzyjemne i niezbyt wdzięczne defekty? Najwygodniej i najbardziej praktycznie jest użyć korektora i na kilka godzin pozbyć się tych niedoskonałości.
Dla mnie ważne jest, aby taki korektor był odpowiednio jasny i co najmniej średnio kryjący. Poza tym dobrze jest, aby trzymał fason dobrych kilka godzin, bez przesuszania tej delikatnej strefy oraz bez rolowania się w zmarszczkach pod oczami. Kryteriów jest dosyć sporo, ale zdarzają się korektory, które spełniają moje oczekiwania.


Manhattan Wake up concealer 001 naturelle nie gości w mojej kosmetyczce po raz pierwszy. Jednak po zachwycie nad korektorem Catrice na jakiś czas o nim zapomniałam. Nic straconego, bo warto było odświeżyć naszą znajomość i przypomnieć sobie o jego zaletach. 
Niewątpliwie jest jasny. Jest jaśniejszy od większości posiadanych przeze mnie podkładów. Więc dla osób o bladej cerze będzie jak znalazł. Warto również dodać, że w ciągu dnia nie ciemnieje i nie tworzy plam, dobrze dogaduje się z moimi podkładami do twarzy.


Manhattan Wake up concealer 001 Naturelle przypudrowany dobrym pudrem trzyma się cały dzień na swoim miejscu. Jeśli nałożymy rozsądną ilość, to na pewno nie będzie wchodzić w zmarszczki pod oczami, tylko będzie trzymać fason i zakrywać nasze niedoskonałości. 
Jeżeli chodzi o krycie tego korektora, to muszę przyznać, że nie jest on jakimś gladiatorem wśród korektorów, ale ma krycie co najmniej średnie. Na moje potrzeby wystarczające, ale zaznaczam, że ja nie mam sińców pod oczami, tyko lubię wyrównywać koloryt w tym miejscu. 
Pojemność to 7ml, pojemniczek zaopatrzony jest w standardowy aplikator, którym wygodnie nakłada się korektor na wybrane obszary na twarzy. Cena regularna w drogerii Rossmann to 27,99zł, w drogeriach internetowych na pewno można zakupić go taniej, lub też polować na promocje.


Jak wspominałam, ja do Manhattan Wake up concealer 001 Naturelle wracam co jakiś czas i jestem z niego zadowolona. Moje wymagania spełnia w zupełności, podoba mi się jego jasny kolor i lekkość. Jeśli macie ochotę wypróbować, to ze swojej strony polecam. Jeśli obawiacie się straty prawie 30zł, to warto poczekać na promocję i wtedy skusić się na zakup. Jeśli znacie jakieś inne korektory w jasnych odcieniach, podobne do Catrice oraz Manhattan, to koniecznie polećcie, ja na pewno przyjrzę im się bliżej. Buziaki!

19 marca 2017

Woda micelarna do skóry delikatnej, suchej i normalnej L'Oreal Paris - zamiennik płynu Garnier?

Jako kobieta, która codziennie wykonuje makijaż, stale muszę być zaopatrzona w środki do demakijażu. Od lat jestem też miłośniczką płynów, wód micelarnych, a od dłuższego czasu używałam niezmiennie płynu micelarnego Garnier. Aż niedawno odkryłam w drogerii Rossmann wodę micelarną od L'Oreal Paris. Żądna wypróbowania tej nowości bez wahania sięgnęłam po niego na półkę. Czy się zawiodłam, czy raczej zachwyciłam, o tym przeczytacie poniżej.


Delikatna, bezwonna formuła, która ma chronić wrażliwą skórę, a jednocześnie skutecznie zmywać makijaż. Brzmi świetnie. Otwierając zatyczkę dużej 400ml butli faktycznie nie wyczuwam żadnego zapachu. Wygodny dozownik pozwala na wylanie odpowiedniej ilości płynu na wacik kosmetyczny. Zgodnie z zaleceniem producenta przykładamy nasączony wacik do partii twarzy, które chcemy zmyć, a płyn tą strefę oczyści bez niepotrzebnego pocierania. Tak też się dzieje, woda micelarna L'Oreal Paris rozpuszcza także tusz do rzęs oraz całą resztę makijażu. Skuteczność zdecydowanie na plus.


Płyn micelarny L'Oreal Paris jak już wspominałam jest bezzapachowy, jest też skuteczny, bo dobrze zmywa makijaż, a poza tym jest jeszcze delikatny i nie podrażnia skóry. Z ciekawości porównałam sobie skład wody Garnier z wodą micelarną z L'Oreal i jakież było moje zdziwienie gdy się okazało, że składy są niemal identyczne (różnią się raptem stężeniem jednego składnika).

Skład L'Oreal Paris:  
Aqua, Hexylene Glycol, Glycerin, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Polyaminopropyl Biguanide.

Skład Garnier 3w1 skóra wrażliwa (różowa nakrętka): 
Aqua, Hexylene Glycol, Glycerin, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Poloxamer-184, Polyaminopropyl Biguanide


Słowem podsumowania - jeśli lubicie płyn micelarny Garnier, to ta nowość z L'Oreal Paris również powinna się Wam spodobać. Skład podobny, działanie identyczne, cena również zbliżona. Ja jestem zadowolona i już wiem, że obu płynów będę używać zamiennie w zależności od tego, na który akurat będzie promocja. A może znacie już i wypróbowałyście na sobie ten płyn micelarny? Jestem ciekawa czy macie podobne spostrzeżenia do moich. Buziaki!

14 marca 2017

Mgiełka do ciała Victoria's Secret Pure Seduction red plum&freesia.

Zapach to dla mnie istotny element garderoby. Tak, garderoby, ponieważ uważam, że zapach na siebie ubieramy i dopełniamy nim swoją stylizację.
Czasami nie mam ochoty na żadne konkretne perfumy, chcę czegoś lekkiego, zwiewnego. W tej roli zazwyczaj dobrze sprawdzają się mgiełki zapachowe do ciała.
Miałam już w swoim posiadaniu mgiełki do ciała różnych firm, między innymi Avon, Oriflame, Fruttini oraz inny wariant Victoria's Secret (Amber Romance). Jak wypada wśród nich Pure Seduction?


Kiedy w niemieckim Rossmannie pojawiła się promocja na mgiełki do ciała Victoria's Secret i za butelkę o pojemności 250ml placiło się 9,99€, postanowiłam wypróbować niektóre zapachy. Na pierwszy ogień poszła mgiełka Amber Romance, która już dawno mi się skończyła. Jako drugą kupiłam Pure seduction czerwona śliwka i frezja. Przyznam, że w drogerii zapach bardzo mi się spodobał i uznałam, że chcę koniecznie tak pachnieć. Ale czy na dłuższą metę dobrze znosiłam ten owocowo-kwiatowy aromat? Niekoniecznie.


Jest to produkt, który wzbudza we mnie sporo sprzecznych myśli. Już wyjaśniam dlaczego. Otóż zacznę od tego, że zapach na początku wydawał mi się idealny dla mnie - bardzo słodki, ciężki i uderzający tą słodyczą w nozdrza. Owszem, jego początek jest słodki i nawet rzekłabym mdły, aby za chwilkę zaatakować goryczką i kwiatowością. Po słodyczy pozostaje wspomnienie, zostaje przykry kwiatowy aromat. Dość specyficzny, trudny do opisania. No a za 15 minut zapach wietrzeje i nie pozostaje po nim nic. W przypadku kiedy zapach jest nieprzyjemny, ulgą jest moment w którym przestaję go czuć. Więc to, że jest nietrwały okazuje się być zaletą. Niestety mgiełki Victoria's Secret nie należą do najtańszych i płacenie regularnej ceny (w PL około 60zł) za 250ml mgiełki o słabej trwałości może być nieprzyjemnym doświadczeniem. 
Zaletą jest zdecydowanie elegancka butelka, wyróżniająca się na tle innych mgiełek do ciała. Przyznam, że bardzo mi się podoba i tworzy ładną ozdobę mojej łazienki.


Moja rada dla Was - zawsze dokładnie sprawdzajcie zapach w drogerii czy też perfumerii i odczekajcie trochę zanim zdecydujecie się na zakup. Wiadomo, że "co nagle to po diable", więc i w tym przypadku się z tym powiedzeniem zgodzę. Ja, zawiedziona trwałością i zapachem tej mgiełki nie skuszę się na kolejne mgiełki Victoria's Secret. Uważam, że w niższej cenie można znaleźć tego typu produkty, być może nawet o przyjemniejszym zapachu oraz lepszej jakości. Za sam wygląd butelki chyba nie warto płacić takich pieniędzy jakie życzą sobie producenci za mgiełki Victoria's Secret.
Dajcie znać jakie są Wasze doświadczenia z tego typu produktami. Znacie, lubicie mgiełki do ciała? Jakich marek produkty tego typu polecacie? Buziaki!

11 marca 2017

Rumiankowy żel do twarzy - Sylveco

Jeszcze do niedawna wcale nie używałam produktów do mycia twarzy. Uważałam, że po demakijażu płynem micelarnym wystarczy przemyć twarz wodą. Niestety zaczęło się to odbijać na stanie mojej cery i dało nieco do myślenia. Od tamtego czasu żele do mycia twarzy stały się u mnie stałym punktem oczyszczania i mycia twarzy zarówno rano jak i wieczorem po wykonaniu demakijażu. I cera jest mi za to wdzięczna.


Podczas grudniowych odwiedzin w Polsce zaopatrzyłam się w rumiankowy żel do mycia twarzy Sylveco. Uznałam, że naturalna marka, która do tej pory mnie nie zawiodła, pewnie wypuściła równie dobry żel do mycia twarzy i nie straszne mi było wydać około 15zł za butelkę o pojemności 150ml.
Jest to żel hipoalergiczny zawierający w składzie rumianek lekarski oraz kwas salicylowy w stężeniu 2%, który ma za zadnie oczyszczać skórę, odblokowywać pory oraz regulować wydzielanie sebum.
Jest on zamknięty w niedużej, uroczej buteleczce, która ma pojemność 150ml oraz zaopatrzona jest w wygodną pompkę z którą jak do tej pory nie miałam żadnych kłopotów, a wręcz uprzyjemnia mi dozowanie produktu. Zazwyczaj na jedno mycie twarzy poświęcam jedną ewentualnie dwie pompki żelu.


Nie bez powodu zacznę od zapachu. Jest on bardzo mocno ziołowy. A że żel służy do mycia twarzy, więc będziemy go rozprowadzać w okolicach nosa, co dla niektórych może być niekomfortowe. Ten mocno ziołowy aromat wydaje się być taki...zdrowy. Kojarzy mi się z jakąś zielarnią bądź apteką z naturalnymi produktami. Ja sobie z tą wonią jakoś radzę, ale Was zwyczajnie ostrzegam i mówię na co trzeba być przygotowanym w razie zakupu.
Konsystencja jest bardzo rzadka, wodnista. Jestem przyzwyczajona do bardziej "zwartych" żeli do mycia twarzy, więc nieco się zdziwiłam. Jednak można nim bez problemu umyć buzię, bo nie spływa on między palcami. Jeśli spodziewacie się piany, to Was rozczaruję. Myjąc twarz piany nie uzyskujemy, a pojawia się lekka piana podczas zmywania żelu wodą. Ot, taka ciekawostka.
Jego działanie oczywiście będzie uzależnione od rodzaju cery jaki posiadamy. Ja mam cerę normalną w kierunku mieszanej, sporadycznie pojawiają się na mojej twarzy wypryski, borykam się jednak z zaskórnikami. Czy żel pomógł mi w załagodzeniu któregoś problemu? Otóż nie. Sebum w strefie T jakie było, takie nadal jest. Zaskórniki nie zniknęły, ale też nie pojawiają się nowe. Ale rumiankowy żel do mycia twarzy Sylveco pomaga mi pozbyć się resztek makijażu wieczorem, oraz świetnie odświeża skórę rano. Delikatnie ją oczyszcza, ale nie podrażnia i nie wysusza. Jestem zadowolona z tego, że żel nie jest agresywny, skóra po jego użyciu nie piecze, nie jest zaczerwieniona, ale za to jest odświeżona i miękka w dotyku. Sama przyjemność.


Krótko mówiąc żel do mycia twarzy Sylveco pomaga delikatnie oczyszczać twarz. Nie spodziewajmy się jednak cudów, bo nie jest to lek na całe zło jakie dzieje się na skórze twarzy, tylko produkt do jej mycia. Wydajność jest całkowicie w porządku, skład przyjemny, działanie odpowiednie. Czego chcieć więcej? Dla mnie jest to kolejny produkt marki Sylveco z którego jestem zadowolona i chętnie zaopatrzę się w niego ponownie przy okazji kolejnej wizyty w Polsce.
Dajcie znać czy znacie ten żel. A jeśli tak, to czy się z nim polubiłyście, czy spodziewałyście się po nim czegoś więcej? Buziaki!

7 marca 2017

Peeling do ciała Avon - czekoladowy

Używanie peelingów do ciała to dla mnie sama przyjemność. Nie przywiązuję się do nich i często sięgam po peelingi różnych firm, o różnych zapachach, konsystencjach i działaniu. Cenię sobie zawsze ich zapach, bo on dodatkowo umila stosowanie produktu. Lubię czuć się podczas kąpieli dopieszczona i lubię otaczać się przyjemnymi aromatami. Zwłaszcza wieczorem, kiedy po ciężkim dniu chcę się naprawdę zrelaksować.


Peeling do ciała Avon o zapachu czekoladowym zamówiłam z ciekawości. O ile nie lubię produktów spożywczych o smaku czekoladowym, tak w kosmetykach uwielbiam zapach czekolady. Dlatego też skusiłam się na ten peeling. I jeśli chodzi o zapach, to się nie zawiodłam. Peeling pachnie czekoladą, ale w kierunku pralinek, bądź też trufli. Nie jest to typowy słodki, mdlący aromat. Jest przełamany nutką kwaskowatości, goryczki gorzkiej czekolady. Dla mnie wręcz idealnie. Szkoda tylko, że zapach spływa ze skóry wraz z produktem i nie utrzymuje się na skórze.


Konsystencja produktu jest dość specyficzna, coś jak kremowy żel pod prysznic z zatopionymi mikro-drobinkami. Drobinki złuszczające są niestety bardzo drobne i nie spełniają swojego zadania. Co mogą zdziałać drobinki, które są prawie niewyczuwalne na skórze? No nic. W roli żelu pod prysznic raczej też nie zda egzaminu, gdyż nie daje uczucia odświeżenia i nie ma odczucia, że skóra po umyciu nim jest czysta. Ewentualnie można go używać jako dodatek do wykonywania masażu ciała i korzystać z efektu aromaterapeutycznego. Być może sprawdzi się do skóry wrażliwej i delikatnej, ale to nie będzie mi dane sprawdzić, gdyż skórę na ciele mam normalną, bez skłonności do podrażnień.

Pojemność - 200ml
Cena - około 10zł.

Krótko mówiąc peeling do ciała Avon o zapachu czekoladowym czaruje zapachem, ale działanie już nie jest oszałamiające. Osobiście do ciała preferuję mocniejsze zdzieraki o bardziej wyrazistych drobinkach. Po skończeniu opakowania na pewno nie sięgnę po niego ponownie, bo po pierwsze mnie nie zachwycił, a po drugie lubię próbować nowych peelingów.
Dajcie znać czy znacie ten kosmetyk. I czy polecacie jakieś inne peelingi o nieco mocniejszym efekcie ścierania naskórka. Chętnie przyjrzę się innym produktom które mi polecicie. Buziaki!

5 marca 2017

Baza pod cienie do powiek NYX.

Posiadaczki problematycznych powiek, ze skłonnością do nadmiernego przetłuszczania się przyznają mi rację, że dobra baza pod cienie do powiek jest koniecznością jeśli chcemy aby makijaż oka przetrwał nieco dłużej niż godzinę-dwie. Przez moje ręce przeszło już wiele różnych baz pod cienie, a niedawno skusiłam się na bazę pod cienie formy NYX. Biała, satynowa, uniwersalna do każdego makijażu.


Na bazę pod cienie NYX zdecydowałam się zupełnie przypadkiem, kiedy wyrzuciłam stare, przeterminowane kosmetyki, a w tym i bazy. Niestety u mnie makijaż oka nie utrzyma się bez bazy dłużej niż dwie godziny, więc jest to dla mnie konieczność. Nie chciałam też kupować czegoś drogiego, gdyż makijaż wykonuję tylko kiedy mam na to czas, zazwyczaj tylko w weekendy. Więc na pewno nie dam rady zużyć całego opakowania bazy przed utratą ważności produktu. Dlatego baza NYX, która kosztuje około 33zł/7€.
Baza pod cienie NYX występuje w trzech odcieniach do wyboru: biała, biała perłowa oraz nude, czyli w odcieniu skóry. Ja zdecydowałam się na białą, satynową, nie potrzebuję rozświetlenia, a wydawało mi się, że biała bardziej podbije kolor cieni niż ta w odcieniu skóry.


Baza ma maślaną konsystencję, najwygodniej nakłada się ją zwyczajnie - palcem. Dla niektórych może się to wydać nieestetyczne i niehigieniczne, ale wystarczy wcześniej umyć dłonie, potraktować je żelem antybakteryjnym i nie trzeba mieć obaw o bakterie. Baza dobrze rozprowadza się na powiekach, przyjemnie się rozsmarowuje i dobrze pokrywa powiekę. Nakładając ją palcem można odpowiednio dozować jej ilość, z którą też nie można przesadzać. Jeśli nałożymy zbyt dużą ilość bazy, to istnieje ryzyko, że nie spełni swojej roli i sama w sobie spowoduje rolowanie się cieni na powiece. Rozsądnie nałożona nie powinna czynić szkód na oku.


Dobra baza pod cienie powinna także w jakiś sposób podbijać kolor i intensywność cieni do powiek. Baza NYX naturalnie również sprawia, że cienie jakby "przyklejają się" ładnie do powieki i zyskują nieco na intensywności. Widzę to głównie kiedy używam cieni Makeup Revolution, które pigmentacją nie grzeszą, a na bazie NYX zyskują na sile i ich kolor staje się bardziej wyrazisty, wyraźny. Różnicę możecie zaobserwować na zdjęciu poniżej. Najpierw nałożyłam sam cień, później samą bazę, a trzecia wersja to cień nałożony na bazę.


Baza pod cienie NYX spełnia swoją rolę jeśli chodzi o uwydatnianie koloru, ale także podtrzymanie trwałości. Na bazie NYX makijaż oka trzyma mi się spokojnie dobrych 8-9 godzin, później zaczyna się coś dziać od strony wewnętrznego kącika oka. Muszę jednak zaznaczyć w jaki sposób wykonuję makijaż. Otóż najpierw nakładam palcem bazę pod cienie, a następnie gruntuję to cielistym cieniem do powiek. Zwyczajnie w bazę wklepuję pędzlem nudziakowy cień, a dopiero potem robię właściwy makijaż oka. W ten sposób wykonany makijaż trzyma mi się cały dzień na oku, przy czym wieczorem widzę, że przydałoby się ów makijaż zmyć lub w razie potrzeby poprawić.


Dla mnie baza pod cienie NYX jest bardzo przyzwoita i łatwa w użyciu. Spełnia swoje zadanie, sprawia, że cienie na powiece trzymają się długo i wyglądają dobrze. Wersja biała, satynowa jest godna polecenia. Nie wiem do której bazy mogłabym ją porównać, bo do tej pory nie miałam bazy w kolorze białym, zazwyczaj kupowałam takie w odcieniu skóry. Jeśli zastanawiacie się nad zakupem, to warto po nią sięgnąć. Za niewielką cenę otrzymujemy ciekawy produkt.
Dajcie znać czy używacie baz pod cienie, a jeśli tak, to jakich? A może znacie już bazę NYX i macie coś o niej do powiedzenia? Buziaki!

2 marca 2017

Peeling enzymatyczny Sylveco - Papaina, bromelaina, olejek geraniowy.

Peelingi enzymatyczne są szczególnie polecane dla cery suchej, wrażliwej oraz naczynkowej. Ale nie tylko, bo tak naprawdę powinny się sprawdzać przy każdym rodzaju cery. Dlatego ja również lubię czasami po nie sięgać. Podczas ostatniej wizyty w Polsce z ciekawości sięgnęłam po peeling enzymatyczny Sylveco. Zazwyczaj kosmetyki Sylveco dobrze się u mnie sprawdzały, więc i tym razem miałam nadzieję, że tak się stanie. Czy miałam rację?


Peeling o pojemności 75ml zamknięty jest w małym, ale uroczym plastikowym słoiczku tak bardzo charakterystycznym dla tej marki. Słoiczek dodatkowo opakowany jest w uroczy kartonik z pełnym opisem produktu oraz opisem składników aktywnych.
Jego ważność to pół roku od otwarcia opakowania. Przy tym jak bardzo jest wydajny, te 6 miesięcy wydaje się być krótkim terminem. Ale może uda mi się go skończyć w tym określonym czasie.
Zapach peelingu od razu po otwarciu słoiczka jest mocno wyczuwalny, jakby cytrusowo-ziołowy. Dla mnie jest dość interesujący i przyjemny, bynajmniej nie drażniący.


Konsystencja peelingu enzymatycznego Sylveco jest bardzo zwarta, wręcz maślana. Pod wpływem ciepła dłoni i palców peeling staje się bardziej miękki i w rezultacie gładko rozprowadza się po skórze twarzy. Peelingi enzymatyczne mają to do siebie, że nie posiadają drobinek, tylko enzymy złuszczające naskórek, więc nie jesteśmy w stanie podrażnić sobie mechanicznie skóry. Jednak tak jak producent zaznacza, po nałożeniu peelingu możemy poczuć lekkie szczypanie, co jest właśnie efektem działania owych enzymów. Ja u siebie nie zauważyłam szczypania, tylko swędzenie w okolicy żuchwy oraz policzków. Nie jest to jakieś intensywne uczucie, czy powodujące dyskomfort, ale zauważalne. Na szczęście przeczytałam przez użyciem instrukcję oraz zalecenia producenta, więc byłam na to przygotowana.


Peeling należy nałożyć na zwilżoną skórę twarzy i masować przez około 3-5 minut co jakiś czas zwilżając dłonie wodą. Przyznaję, że sam masaż twarzy jest bardzo przyjemny, a już włączając do tego peeling o przyjemnym zapachu i maślanej konsystencji czuję się jak w SPA. Po zmyciu peelingu osuszam twarz i od razu czuję miękkość skóry. Cera jest wyraźnie przyjemniejsza w dotyku. Przy regularnym stosowaniu raz do dwóch razy w tygodniu można zauważyć poprawę stanu cery. Staje się ona wyraźnie wygładzona, a koloryt ujednolicony. Przyznaję, że na początku byłam sceptycznie nastawiona do peelingu Sylveco głównie przez konsystencję i jego oleistość. Ale stosując się do zaleceń producenta udało mi się ten kosmetyk ujarzmić, a przy tym widocznie polepszyć stan mojej cery.


Przez przypadek trafiłam na świetny kosmetyk, z którego jestem naprawdę zadowolona. Ponownie nie zawiodłam się na kosmetyku firmy Sylveco. Za cenę 26zł udało mi się kupić bardzo wydajny i dobrze działający kosmetyk. Dajcie znać czy znacie ten peeling, a może macie innych ulubieńców w tej kategorii? Buziaki!

Skład:
Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Elaeis Guineensis Oil, Theobroma Cacao Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Glyceryl Stearate, Lauryl Glucoside, Papain, Bromelain, Hydroxystearic Acid, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Tocopheryl Acetate, Pelargonium Graveolens Oil, Citrus Limonum Peel Oil, Allantoin, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Geraniol

28 lutego 2017

Gąbka do podkładu Nanshy Marvel blender.

Kolejna moja gąbka do nakładania podkładu dokonała żywota. Do tej pory namiętnie używałam gąbek Ebelin. Ale przy okazji zakupów na stronie Douglas.de postanowiłam wziąć na wypróbowanie inną, również niedrogą gąbeczkę, tym razem Nanschy Marvel blender. Gdzieś, kiedyś o niej słyszałam i wydaje mi się, że były to raczej pozytywne opinie, więc stwierdziłam, że nie powinnam się rozczarować. Czy tak faktycznie jest? Czy gąbka spełniła moje oczekiwania?


Od razu po odpakowaniu gąbki poczułam jej miękkość, która po namoczeniu jeszcze została spotęgowana. Gąbka jest niemal pluszowa. Miękka, przyjemna w dotyku. Skoro mowa o namaczaniu, to gąbeczka znacznie zwiększyła swoją objętość. Dosłownie rosła mi w rękach. Kształt i kolor widać chyba wyraźnie - pastelowo-zielone, ścięte jajo. Kształt ma ułatwiać nakładanie zarówno podkładu jak i korektora. No to odciskamy i bierzemy się do pracy :)


Jajeczko ma bardzo miękką, delikatną strukturę. Jest naprawdę bardzo przyjemne dla skóry. Zdecydowanie dużo bardziej przyjemne niż jakikolwiek pędzelek do podkładu z tych, które mam w swoim posiadaniu.
Rozprowadzanie podkładu na skórze przebiega gładko, bardzo szybko i bezproblemowo. Nic się na twarzy nie rozmazuje, gąbka idealnie wtłacza podkład w cerę. Pozostawia na skórze satynową, lekko mokrą poświatę. Jeśli komuś nie odpowiada takie wykończenie, zawsze może się przypudrować pudrem matującym, co i ja czynię.
Czyszczenie gąbki jest nieco czasochłonne, a i nie do końca da się ją wyszorować. Po kilku użyciach widocznie odznacza się miejsce, którym zazwyczaj najintensywniej pracuję. Obawiam się, że im częściej gąbka będzie w użyciu, tym mniej estetycznie będzie wyglądać. Mimo iż po każdym użyciu dokładnie ją szoruję. Wydaje mi się, że odbarwienia powstają także dlatego, że sama gąbeczka ma niepraktyczny, jasny, pastelowy odcień na którym wszystko będzie z czasem widoczne.
Cena nie jest też jakaś zawrotna, bo z tego co się orientuję kosztuje niecałe 30zł w sklepach internetowych. 


Porównując gąbkę do podkładu Nanshy z jajkiem Ebelin mogę jednoznacznie stwierdzić - wygrywa gąbka Nanshy Marvel Blender. Jest dużo bardziej delikatna i przyjemna dla skóry twarzy. Ale i jest mniej podatna na uszkodzenia, bo mimo iż jej nie oszczędzam, nieraz zahaczę paznokciem, to na razie nie udało mi się jej uszkodzić.
A jakie są Wasze doświadczenia z tego typu gąbkami? Czy jednak wolicie nakładać podkład innymi metodami i akcesoriami? Przyznaję, że ja jestem zadowolona i z przyjemnością sięgam po jajko Nanshy Marvel blender. Mam nadzieję, że jeszcze trochę mi posłuży :) 

26 lutego 2017

Podkłady dla bladolicych I Po raz trzeci

Podkład to dla mnie baza, podstawa makijażu. Dobrze dobrany sprawia, że czuję się pewnie i swobodnie przez cały dzień. Dlatego istotna sprawa, to odpowiedni odcień podkładu. Inną sprawą jest jego formuła, wykończenie, czy krycie.
Podkład ma być jak druga, lepsza skóra, ale przy tym nie może sprawiać, że będziemy wyglądać jak po zatrzaśnięciu się w solarium na pół godziny z ekstra naświetlaniem na twarz. Znalezienie ideału jest trudne, zwłaszcza dla kobiet o bardzo jasnej cerze. Nawet najjaśniejsze podkłady niejednokrotnie okazują się być zbyt ciemne. Dlatego dziś pokażę Wam kolejne podkłady, które posiadam, a są w tych najjaśniejszych odcieniach.


Jak widzicie na zdjęciu powyżej, w zestawieniu znajdują się zarówno kultowe już podkłady, ale także takie mniej znane, nie zawsze powszechnie dostępne. Sama byłam ciekawa różnic pomiędzy poszczególnymi produktami. Interesujące są także tony w jakie wpadają owe podkłady. Niektóre z nich są typowo różowe, inne bardziej neutralne. Moim sposobem na używanie ich wszystkich jest zwyczajne mieszanie.


Omówimy po krótce każdy z podkładów, oczywiście skupiając się na ich kolorach, bo pozostałe właściwości dzisiaj nas nie interesują. 
  1. Catrice All matt plus 010 light beige - jasny, beżowy, wpadający w neutralne tony, bardziej z tych szarych niż różowych. Patrząc na swatch na grzbiecie dłoni można zaobserwować, że nawet nieźle stapia się z moją skórą.
  2. Rival de Young 01 ivory - w tym podkładzie widać już wybijające się żółto-pomaraczowe tony. Nie jest to nic przyjaznego dla totalnych bladziochów, więc polecam ewentualne rozjaśnianie innymi produktami. 
  3. Catrice HD  liquid coverage 010 light beige - tutaj wygląda przyjemnie jasno i beżowo. Jednak po nałożeniu na twarz lubi oksydować, więc tak całkiem fajnie z nim nie jest. Różowych tonów w nim nie znajdziemy.
  4. Maybelline New York Fit me! Nr 102 - mój najnowszy i jednocześnie najjaśniejszy nabytek. Wydaje się być lekko różowy, ale na twarzy wtapia się i nie robi z buzi różowej świnki. Przyjemny, jaśniutki egzemplarz.
  5. L.O.V. LOVtime long lasting 010 ivory elegance - jeszcze go na twarzy nie miałam. Okazał się być ciemniejszy niż wyglądał w świetle drogeryjnym. Trochę się go obawiam, ale spróbuję go pomieszać z podkładem Maybelline i może coś z tego będzie. Najjaśniejszy odcień z serii niestety okazuje się znów być zbyt ciemny.

Jak widzicie wśród drogeryjnych podkładów trudno jest znaleźć coś naprawdę jasnego. Trzeba szukać i metodą prób i błędów znaleźć swój ideał, lub też zaopatrzyć się w produkty typowo rozjaśniające podkład. Kilka dni temu Basia opublikowała porównanie kilku kosmetyków umożliwiających rozjaśnianie zbyt ciemne podkłady. Wpis znajdziecie TUTAJ. Serdecznie Was tam zapraszam, bo sama z zaciekawieniem czytałam i rozważam zakup rozjaśniacza NYX Pro Foundation Mixer (White).


A czy Wy też macie taki kłopot ze znalezieniem dla siebie odpowiedniego odcienia podkładu? Przyznam, że ja już obawiam się zakupu nowego podkładu, bo często okazuje się, że ostatecznie i tak jest on dla mnie o odcień lub dwa za ciemny. Może znacie jakiś dobry i jasny produkt godny polecenia? Buziaki!

Przypominam dwa poprzednie wpisy:
 

19 lutego 2017

Dresslink - Pędzle do makijażu

Tak jak niedawno wspominałam, po raz drugi już złożyłam zamówienie w sklepie internetowym DressLink. Wybór produktów jest zawsze trudny, ale zrobiłam selekcję i zdecydowałam się na nowe pędzle. Wybrałam dwa zestawy oraz dwa pojedyncze pędzle do makijażu.Pędzle szczęśliwie dotarły do mnie w planowanym czasie, do tego całe, niezniszczone, więc jestem na starcie dobrej myśli. Intensywnie je eksploatuję, część z nich przeszła już kilka prań, więc coś tam już u mnie zdążyły przejść.

http://www.dresslink.com/?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Przyznam, że najbardziej zależało mi na zestawie pędzli, które są inspirowane Real Techniques Bold Metal. Jednak tutaj o metalowych trzonkach możemy zapomnieć. Choć na zdjęciach pędzle wyglądają całkiem przyzwoicie, to kiedy się na żywo przyjrzycie trzonkom, to widzicie wyraźnie niedoskonałości i niedoróbki. Po wzięciu w rękę zaskoczenie, bo pędzle są bardzo lekkie, a wyglądają na metalowe i ciężkie. Ale przyznajcie same, że ta imitacja nieźle się tutaj udała i pędzle cieszą oko, a i na zdjęciach robią fajny efekt. Tak, chciałam też mieć pędzle do makijażu, które będą mi dobrze służyć do robienia zdjęć, np.na Instagram ;) Cena zestawu to 13,40$.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Odchodząc już od tematu trzonków, bo nie one stanowią o całej funkcjonalności pędzli, przejdę do skuwek i włosia. Skuwki są oczywiście elementami metalowymi, jednak najdoskonalsze nie są i przy pędzelkach do oczu (te w kolorze srebrnym) już się nieco luzują i wygląda to tak, jakby chciały spaść z trzonka. W sytuacji kryzysowej skleję je klejem Magik, który utrzyma je na miejscu, a że po wyschnięciu staje się przezroczysty, to nie będzie widoczny.
Włosie w tych pędzlach jest oczywiście syntetyczne, ale o dziwo nie śmierdziało po wyjęciu z paczki. Spodziewałam się smrodku chińszczyzny, ale pozytywnie się zaskoczyłam. Jeżeli chodzi o miękkość, to są to naprawdę przyjemne puchacze. Nie drapią po twarzy, przyjemnie ją omiatają, są miękkie, ale jednak sprężyste. Nie są wybitnie mocno zbite, ale to jest dla mnie zaleta, bo z doświadczenia wiem, że zbite pędzle gorzej jest myć i czyścić z pozostałych na nich kosmetykach.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Pierwsze dwa złotka są naprawdę urocze. Podoba mi się generalnie zamysł, że złote trzonki połączone są z biało-żółtym włosiem. Wygląda to naprawdę ładnie.
Największy puchacz służy mi do nakładania pudru w kamieniu i innych suchych kosmetyków. Jest ładnie ścięty i dobrze się z nim pracuje. Po kilkukrotnym myciu nie stracił miękkości ani kształtu.
Drugi egzemplarz to pędzel dziwny, w przekroju trójkątny. Szukam dla niego odpowiedniego zastosowania, kombinuję, ale nie znalazłam jeszcze na niego sposobu. Nie jest zły, po prostu mam kłopot z tym, do czego go używać, żeby w pełni wykorzystać jego potencjał.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Kolejne dwa pędzle do twarzy, tym razem w kolorystyce miedzianej. Tutaj miedź trzonków połączono z biało-różowym włosiem.
Pierwszy z lewej strony to nieco spłaszczony pędzelek zbliżony kształtem do języczkowych, ale jednak jest nieco grubszy i bardziej puchaty niż typowe pędzle języczkowe. Znajdzie on wiele zastosowań - od nakładania pudru w trudniej dostępne miejsca przez nakładanie różu na policzki, aż po nakładanie rozświetlacza. Lubię takie wielofunkcyjne pędzelki i tego też bardzo często używam.
Drugi egzemplarz przedstawiony na zdjęciu ma nieco krótsze i bardziej zbite włosie. Dla mnie jest idealny do nakładania brązera pod kości policzkowe. Jest dość miękki, ale precyzyjnie pozwala mi trafić z brązerem tam gdzie trzeba.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Ostatnie trzy pędzle z tej kolekcji mają kolor trzonków srebrny. Ich włosie jest śnieżnobiałe i na razie się nie odbarwia, dobrze się je dopiera, nawet po ciemnych cieniach. Wszystkie trzy nadają się świetnie do wykonywania makijażu oczu.
Pierwszy z lewej strony to typowy płaski, ścięty skośnie pędzel, którym zarówno zrobimy kreskę wzdłuż linii rzęs, ale także nałożymy nim cienie na dolną powiekę. Sprawdza się w obu [rzypadkach naprawdę dobrze.
Dwa pędzle po prawej stronie to puchate kuleczki, którym rozetrzemy, ale i nałożymy cienie na powiekę. Blendowanie cieni tymi pędzlami jest bajecznie proste i do tego przyjemnie. Włoski nie kłują powiek, gładko i przyjemnie rozcierają cienie.

http://www.dresslink.com/makeup-brushes-category-928.htmlutm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Kolejne dwa pędzle, które zamówiłam, to pędzel typu duo fiber, czyli tak zwany skunks, oraz popularna swego czasu szczoteczka do podkładu lub korektora. Obu pędzli byłam niesamowicie ciekawa i chciałam sprawdzić jak się u mnie spiszą. Do tej pory nie miałam jeszcze w posiadaniu skunksika ani tego typu szczotki.

http://www.dresslink.com/black-makeup-face-item-2662440243.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Pędzel typu duo fiber to tak naprawdę pędzel uniwersalny i wielofunkcyjny. Można nim nakładać i podkład, i róż, i puder, i to, co żywnie nam się podoba. Przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie walki z podkładem i takim pędzlem, więc sobie odpuszczam próby. Za to kombinowałam nieco z różem i stwierdzam obiektywnie, że nałożony tym pędzlem róż wygląda bardzo delikatnie, skóra jest tylko muśnięta produktem. Jeśli ktoś ma ciężką rękę do różu, to powinien koniecznie sięgnąć po takiego skunksa i poćwiczyć z nim nieco nakładanie delikatniejszej warstwy. Dwa rodzaje włosia, w dwóch kolorach, cienkie, długie i delikatne jest bardzo specyficzne i muszę się go tak naprawdę nauczyć. Cena - 2,39$.

http://www.dresslink.com/new-1pc-face-item-2252452503.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Pędzelek typu szczotka. Długo byłam sceptycznie nastawiona, ale z czasem zaczął mnie kusić ten wynalazek. I już wiem, że dla mnie to hit!
Zacznę od rączki, która jest z plastiku, ale ten plastik jest bardzo elastyczny. Nie sądzę, że może się połamać, bo nieco już ją wyginałam, naciskałam i na razie nic się nie wydarzyło. W razie obaw, zawsze można trzymać szczoteczkę tuż przy samym włosiu i w ten sposób nie ryzykować.
Obawiałam się, że to gęste, zbite i krótkie włosie będzie rozmazywać podkład po twarzy. Nic bardziej mylnego! Szczoteczka świetnie wpracowuje podkład w twarz, daje bardzo naturalny efekt, skóra po nałożeniu podkładu jest matowa (ale to też pewnie kwestia rodzaju podkładu).

http://www.dresslink.com/new-1pc-face-item-2252452503.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Miałam też obiekcje co do wielkości samej szczotki i myślałam, że tak małą szczoteczką będę nakładać podkład o wiele dłużej niż na przykład gąbką czy innym pędzlem. Jednak mimo iż szczotka jest nieduża, to szybko się nią pracuje i w kilka minut podkład mamy idealnie nałożony na buzię. Rozmiar szczotki jest też atutem, bo możemy ją również wykorzystywać do aplikacji korektora. W tej roli sprawdza się równie dobrze. Dociera do trudno dostępnych zakamarków twarzy i dobrze sobie radzi z rozprowadzaniem produktów kosmetycznych zarówno pod oczami jak i przy skrzydełkach nosa. Cena - 3,29$.

http://www.dresslink.com/new-fashion-face-item-3915744841.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Ostatni już zestaw, o którym na ten moment mam najmniej do powiedzenia. Drewniane rączki, metalowe skuwki, ciemne włosie, wyprofilowane na końcach. Trzonki są krótkie, ale przy tym poręczne. Pędzle wzięłam bardziej z myślą o wyjazdach, kiedy to trzeba oszczędzać miejsce w walizce, a takie maluchy za dużo miejsca nie zajmują. Komplet był zapakowany w lniany woreczek, który poszedł w odstawkę, gdyż nieprzyjemnie pachniał i uznałam, że nie jest zbyt poręczny.

http://www.dresslink.com/new-fashion-face-item-3915744841.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Trzy pędzelki o najdłuższych i najwygodniejszych trzonkach. Pierwszy to nieco spłaszczony pędzel wielofunkcyjny, podobny do tego z pierwszego zestawu. Bardzo przyjemny, dobrze się go trzyma w łapce i włosie równie przyjemnie służy skórze twarzy. Puder, róż, rozświetlacz dobrze się rozumieją z tym pędzelkiem i chętnie z nim współpracują.
Środkowy egzemplarz to już typowy pędzel języczkowy. Można go używać do podkładu, ale u mnie posłuży do nakładania maseczek na twarz.
Trzeci to z kolei taka powiększona kuleczka. Nakładanie korektora mu niestraszne, ale i przy suchych produktach daje radę. Precyzyjny, mięciutki, dobrze też służy do oczyszczania okolic oczu po wykonaniu makijażu oka.

http://www.dresslink.com/new-fashion-face-item-3915744841.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Te trzy maleństwa niewiele się od siebie różnią. Jedynie nieco przycięciem włosia i kształtem trzonków. O ile ten środkowy jest świetny do pudru, to dwa pozostałe są dla mnie zagadką i cały czas szukam dla nich zastosowania. Niby są płaskie, więc teoretycznie powinny być dobre do podkładów, jednak ja ich w tej roli nie widzę. Być może nadawałyby się do produktów mineralnych? No sama nie wiem, ale będę kombinować :)  Cena - 9,46$.

To by było na tyle jeśli chodzi o moje ostatnie zamówienie ze strony Dresslink. Postawiłam na pędzle, bo tych nigdy nie jest za dużo. Zawsze warto mieć większy wybór i więcej opcji. Osobiście najbardziej polecam ten pierwszy zestaw - okazał się być najbardziej praktyczny.
Dajcie znać które z tych pędzli najbardziej Was zainteresowały. A może macie już któreś z nich i możecie coś więcej o nich powiedzieć? Czekam na Wasze komentarze! :) Buziaki :)

16 lutego 2017

Zoeva Naturally Yours - swatche i pierwsze wrażenia.

Tak jak wspominałam w notce z ostatnimi zakupami, poczyniłam czystki w kosmetykach kolorowych. Tym sposobem pozbyłam się starych cieni do powiek i kilku palet do makijażu. Aby uzupełnić braki, zakupiłam uniwersalną paletę cieni do powiek Zoeva Naturally Yours.
Dziś pokażę Wam jak ta paleta wygląda, jak prezentują się swatche, oraz opowiem krótko o moich pierwszych wrażeniach.


Jako, że ostatnio stawiam na naturalne makijaże, nie szaleję z kolorami, to postawiłam na paletkę cieni, która ułatwi mi wykonywanie takich naturalnych makijaży. Nie pomyliłam się. Kolory w palecie Zoeva Naturally Yours są tak dobrane, że można swobodnie wykonywać dzienne makijaże, ale w razie potrzeby można też pokusić się o zrobienie mocnego, wyrazistego, wieczorowego makijażu oka.


Cienie w palecie są tak podzielone, że znajdziemy w niej pięć matowych cieni, oraz pięć metalicznych. Zauważyłam również taką zależność, że cienie w górnym rzędzie są delikatniejsze, a te w dolnym rzędzie są zdecydowanie bardziej soczyste i wyraziste. Niżej omówimy sobie każdy cień po kolei, od górnego rzędu i lewej strony, przechodząc do dolnego rzędu od lewej do prawej strony.


  1. Pure - bazowy, cielisty, bardzo naturalny cień odpowiadający wręcz odcieniowi mojej skóry. Świetny do rozcierania górnej powieki i czyszczenia powieki tuż pod brwiami. 
  2. Soft&sexy - ciepły brąz, który świetnie wygląda w załamaniu powieki, ale nie tylko. Swobodnie można go też nakładać na całą powiekę, a zewnętrzny kącik przyciemnić innym brązem, lub czernią.
  3. Smooth harmony - trudny do opisania metaliczny kameleon, który mieni się od złota, przez róż aż po delikatny brąz. Delikatny, ale ma coś w sobie, co sprawia, że chętnie zatapiam w nim pędzel.
  4. Forever yours - kolejny metaliczny kameleon, już nieco ciemniejszy. Jest w nim harmonia brązu, khaki, a nawet nutka różu. Cudowny cień o wielu zastosowaniach. Myślę, że nada się także do wykonania na mokro kreski na oku. 
  5. Slow dance - drugi matowy brąz w tym zestawieniu, ale już o wiele chłodniejszy i ciemniejszy. Można nim idealnie "przydymić" oko, ale także podkreślić załamanie powieki.


  1. First love - nasycona biel, mocno kryjąca, idealna na bazę, aby podbić kolor kolejnych cieni. Ja użyłam go też jako bazę pod wykonanie wyrazistej, czarnej kreski i na tym poprzestałam. 
  2. Casual elegance - złotko! Przyjemne, ciepłe złotko, które ładnie wygląda nałożone na sam środek powieki. Pięknie błyszczy i oko wygląda świeżo.
  3. Sweet sound - niemal miedź, ale jeszcze nie miedź. Metaliczny rudo-brązowy cień mający ogromny potencjał i wiele zastosowań. Jest śliczny! 
  4. Lovely monday - metaliczny, drapieżny ciemny brąz, nadający oku "pazura". Chłodny, głęboki i nadający się do prawie każdego makijażu.
  5. Timeless chic - myślałam, że będzie to głęboka czerń, ale bardziej wpada w szarość, po roztarciu jakby grafit. Nada się zarówno do typowego smooky eyes ale także do wykonania roztartej kreski na powiece. Aby uzyskać lepszy efekt warto dokładać ten cień stopniowo i wklepywać go w powiekę.


Na razie cieniami z palety Zoeva Naturally Yours wykonałam jakieś trzy makijaże i ze wszystkich byłam zadowolona. Cienie dobrze się rozcierają, można stopniować ich intensywność dokładając je na powieki, lub wklepując pędzlem. Za paletkę zapłaciłam około 20€ (miałam zniżkę), co daje około 2€ za jeden cień o wadze 1,5g. Ważność palety to 36 miesięcy od otwarcia. Myślę, że dam radę zużyć wszystkie cienie do tego czasu.

Dajcie znać jak Wam się podoba paleta Zoeva Naturally Yours. A może macie ją w swojej kosmetyczce? Ja na razie jestem zadowolona i pozytywnie zaskoczona tym, że wszystkie cienie z palety są dla mnie użyteczne.

14 lutego 2017

Burberry Body - Uwodząca słodycz

Nieprzypadkowo na dzień publikacji tego posta wybrałam 14 lutego, święto zakochanych, czyli tak zwane Walentynki. Zapach o którym chcę dziś opowiedzieć, Burberry Body, kojarzy mi się z czymś uwodzicielskim, romantycznym, typowo walentynkowym. Ale nie uprzedzając treści wpisu, powiem Wam, że za tym zapachem kryje się coś więcej, więc warto zagłębić się w dalszą część posta. Zapraszam!


Perfumy Burberry Body miały swoją premierę 1 września 2011 roku, więc w tym roku minie już 6 lat od kiedy są na rynku. Akcja marketingowa była szeroko zakrojona, na każdym kroku można było spotkać próbki tych perfum, zamówić je darmowo przez Facebook. I ja wtedy dałam się ponieść i dostałam swoją próbkę. Już wtedy zapach mnie oczarował, lecz nie skusiłam się na całą butelkę, bo i cena perfum nieco mnie odstraszała. Ale niedawno przypomniałam sobie o mojej dawnej sympatii. I jak to mówią "stara miłość nie rdzewieje", moja też nie zardzewiała, a wręcz przeciwnie - rozpaliła się z podwójną mocą. W minione święta zrobiłam sobie prezent w postaci flakonu Burberry Body.


Film promujący perfumy Burberry Body, z Rosie Huntington-Whiteley w roli głównej, z muzyką zespołu The Feeling. Przyznam, że jest nieco statyczny, ale pasujący do samego zapachu. Bo jest to zapach cielisty, jeśli miałabym go opisać kolorem, to byłby to pudrowy róż.

Nuty głowy : piołun, brzoskwinia i frezja;
Nuty serca : irys, róża i drzewo sandałowe;
Nuty bazy : drzewo kaszmirowe, piżmo, ambra i wanilia.


Już sam flakon perfum Burberry Body robi dobre wrażenie. Ciężka butelka z grubego szkła, zdobiona złotym napisem i złotym korkiem wygląda minimalistycznie, a zarazem elegancko. Intryguje i zachęca do sięgnięcia po flakon.
Perfumy Burberry Body rozwijają się na skórze dość specyficznie. I choć początkowe akordy mnie nie zachwycają, to już po godzinie noszenia na skórze jestem nimi zachwycona.
Od razu po aplikacji perfum czuję się przyduszona ostrym zapachem kwiatów, w tle można ledwo wyczuć jakieś pudrowe tło. Ja nie bardzo lubię kwiatowe perfumy, więc ta pierwsza faza, choć bardzo krótka, nieco mnie męczy. Ale już po kilkunastu minutach to, co było w tle, staje się wyraźne i czuję już przydymioną słodycz, zaczyna wybijać się ambra i piżmo. To jest to, co kocham najbardziej w perfumach. Więc napawam się tym zapachem i chciałabym go czuć przez cały dzień. Jednak później, kiedy perfumy nieco zwietrzeją, to na skórze pozostaje słodka, waniliowa poświata. Zapach drugiej skóry, która nie uwiera, a delikatnie uwodzi i podkreśla kobiecość. Dla mnie ten zapach jest niesamowity, totalnie "mój" mimo nieprzyjemnego początku.


Zapach idealny na randkę, wieczorne wyjście. Ale nie tylko. Użyty z umiarem nada się do pracy i na co dzień. Ja oczekuję od perfum, aby dodawały mi czegoś wyjątkowego. I pachnąc Burberry Body czuję się wyjątkowo, czuję się kobieco i pewnie.
Znacie Burberry Body? A może są kompletnie nie w Waszym guście? Dajcie znać czym Wy ostatnio pachniecie! Udanych Walentynek Wam życzę! :)