28 lutego 2017

Gąbka do podkładu Nanshy Marvel blender.

Kolejna moja gąbka do nakładania podkładu dokonała żywota. Do tej pory namiętnie używałam gąbek Ebelin. Ale przy okazji zakupów na stronie Douglas.de postanowiłam wziąć na wypróbowanie inną, również niedrogą gąbeczkę, tym razem Nanschy Marvel blender. Gdzieś, kiedyś o niej słyszałam i wydaje mi się, że były to raczej pozytywne opinie, więc stwierdziłam, że nie powinnam się rozczarować. Czy tak faktycznie jest? Czy gąbka spełniła moje oczekiwania?


Od razu po odpakowaniu gąbki poczułam jej miękkość, która po namoczeniu jeszcze została spotęgowana. Gąbka jest niemal pluszowa. Miękka, przyjemna w dotyku. Skoro mowa o namaczaniu, to gąbeczka znacznie zwiększyła swoją objętość. Dosłownie rosła mi w rękach. Kształt i kolor widać chyba wyraźnie - pastelowo-zielone, ścięte jajo. Kształt ma ułatwiać nakładanie zarówno podkładu jak i korektora. No to odciskamy i bierzemy się do pracy :)


Jajeczko ma bardzo miękką, delikatną strukturę. Jest naprawdę bardzo przyjemne dla skóry. Zdecydowanie dużo bardziej przyjemne niż jakikolwiek pędzelek do podkładu z tych, które mam w swoim posiadaniu.
Rozprowadzanie podkładu na skórze przebiega gładko, bardzo szybko i bezproblemowo. Nic się na twarzy nie rozmazuje, gąbka idealnie wtłacza podkład w cerę. Pozostawia na skórze satynową, lekko mokrą poświatę. Jeśli komuś nie odpowiada takie wykończenie, zawsze może się przypudrować pudrem matującym, co i ja czynię.
Czyszczenie gąbki jest nieco czasochłonne, a i nie do końca da się ją wyszorować. Po kilku użyciach widocznie odznacza się miejsce, którym zazwyczaj najintensywniej pracuję. Obawiam się, że im częściej gąbka będzie w użyciu, tym mniej estetycznie będzie wyglądać. Mimo iż po każdym użyciu dokładnie ją szoruję. Wydaje mi się, że odbarwienia powstają także dlatego, że sama gąbeczka ma niepraktyczny, jasny, pastelowy odcień na którym wszystko będzie z czasem widoczne.
Cena nie jest też jakaś zawrotna, bo z tego co się orientuję kosztuje niecałe 30zł w sklepach internetowych. 


Porównując gąbkę do podkładu Nanshy z jajkiem Ebelin mogę jednoznacznie stwierdzić - wygrywa gąbka Nanshy Marvel Blender. Jest dużo bardziej delikatna i przyjemna dla skóry twarzy. Ale i jest mniej podatna na uszkodzenia, bo mimo iż jej nie oszczędzam, nieraz zahaczę paznokciem, to na razie nie udało mi się jej uszkodzić.
A jakie są Wasze doświadczenia z tego typu gąbkami? Czy jednak wolicie nakładać podkład innymi metodami i akcesoriami? Przyznaję, że ja jestem zadowolona i z przyjemnością sięgam po jajko Nanshy Marvel blender. Mam nadzieję, że jeszcze trochę mi posłuży :) 

26 lutego 2017

Podkłady dla bladolicych I Po raz trzeci

Podkład to dla mnie baza, podstawa makijażu. Dobrze dobrany sprawia, że czuję się pewnie i swobodnie przez cały dzień. Dlatego istotna sprawa, to odpowiedni odcień podkładu. Inną sprawą jest jego formuła, wykończenie, czy krycie.
Podkład ma być jak druga, lepsza skóra, ale przy tym nie może sprawiać, że będziemy wyglądać jak po zatrzaśnięciu się w solarium na pół godziny z ekstra naświetlaniem na twarz. Znalezienie ideału jest trudne, zwłaszcza dla kobiet o bardzo jasnej cerze. Nawet najjaśniejsze podkłady niejednokrotnie okazują się być zbyt ciemne. Dlatego dziś pokażę Wam kolejne podkłady, które posiadam, a są w tych najjaśniejszych odcieniach.


Jak widzicie na zdjęciu powyżej, w zestawieniu znajdują się zarówno kultowe już podkłady, ale także takie mniej znane, nie zawsze powszechnie dostępne. Sama byłam ciekawa różnic pomiędzy poszczególnymi produktami. Interesujące są także tony w jakie wpadają owe podkłady. Niektóre z nich są typowo różowe, inne bardziej neutralne. Moim sposobem na używanie ich wszystkich jest zwyczajne mieszanie.


Omówimy po krótce każdy z podkładów, oczywiście skupiając się na ich kolorach, bo pozostałe właściwości dzisiaj nas nie interesują. 
  1. Catrice All matt plus 010 light beige - jasny, beżowy, wpadający w neutralne tony, bardziej z tych szarych niż różowych. Patrząc na swatch na grzbiecie dłoni można zaobserwować, że nawet nieźle stapia się z moją skórą.
  2. Rival de Young 01 ivory - w tym podkładzie widać już wybijające się żółto-pomaraczowe tony. Nie jest to nic przyjaznego dla totalnych bladziochów, więc polecam ewentualne rozjaśnianie innymi produktami. 
  3. Catrice HD  liquid coverage 010 light beige - tutaj wygląda przyjemnie jasno i beżowo. Jednak po nałożeniu na twarz lubi oksydować, więc tak całkiem fajnie z nim nie jest. Różowych tonów w nim nie znajdziemy.
  4. Maybelline New York Fit me! Nr 102 - mój najnowszy i jednocześnie najjaśniejszy nabytek. Wydaje się być lekko różowy, ale na twarzy wtapia się i nie robi z buzi różowej świnki. Przyjemny, jaśniutki egzemplarz.
  5. L.O.V. LOVtime long lasting 010 ivory elegance - jeszcze go na twarzy nie miałam. Okazał się być ciemniejszy niż wyglądał w świetle drogeryjnym. Trochę się go obawiam, ale spróbuję go pomieszać z podkładem Maybelline i może coś z tego będzie. Najjaśniejszy odcień z serii niestety okazuje się znów być zbyt ciemny.

Jak widzicie wśród drogeryjnych podkładów trudno jest znaleźć coś naprawdę jasnego. Trzeba szukać i metodą prób i błędów znaleźć swój ideał, lub też zaopatrzyć się w produkty typowo rozjaśniające podkład. Kilka dni temu Basia opublikowała porównanie kilku kosmetyków umożliwiających rozjaśnianie zbyt ciemne podkłady. Wpis znajdziecie TUTAJ. Serdecznie Was tam zapraszam, bo sama z zaciekawieniem czytałam i rozważam zakup rozjaśniacza NYX Pro Foundation Mixer (White).


A czy Wy też macie taki kłopot ze znalezieniem dla siebie odpowiedniego odcienia podkładu? Przyznam, że ja już obawiam się zakupu nowego podkładu, bo często okazuje się, że ostatecznie i tak jest on dla mnie o odcień lub dwa za ciemny. Może znacie jakiś dobry i jasny produkt godny polecenia? Buziaki!

Przypominam dwa poprzednie wpisy:
 

19 lutego 2017

Dresslink - Pędzle do makijażu

Tak jak niedawno wspominałam, po raz drugi już złożyłam zamówienie w sklepie internetowym DressLink. Wybór produktów jest zawsze trudny, ale zrobiłam selekcję i zdecydowałam się na nowe pędzle. Wybrałam dwa zestawy oraz dwa pojedyncze pędzle do makijażu.Pędzle szczęśliwie dotarły do mnie w planowanym czasie, do tego całe, niezniszczone, więc jestem na starcie dobrej myśli. Intensywnie je eksploatuję, część z nich przeszła już kilka prań, więc coś tam już u mnie zdążyły przejść.

http://www.dresslink.com/?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Przyznam, że najbardziej zależało mi na zestawie pędzli, które są inspirowane Real Techniques Bold Metal. Jednak tutaj o metalowych trzonkach możemy zapomnieć. Choć na zdjęciach pędzle wyglądają całkiem przyzwoicie, to kiedy się na żywo przyjrzycie trzonkom, to widzicie wyraźnie niedoskonałości i niedoróbki. Po wzięciu w rękę zaskoczenie, bo pędzle są bardzo lekkie, a wyglądają na metalowe i ciężkie. Ale przyznajcie same, że ta imitacja nieźle się tutaj udała i pędzle cieszą oko, a i na zdjęciach robią fajny efekt. Tak, chciałam też mieć pędzle do makijażu, które będą mi dobrze służyć do robienia zdjęć, np.na Instagram ;) Cena zestawu to 13,40$.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Odchodząc już od tematu trzonków, bo nie one stanowią o całej funkcjonalności pędzli, przejdę do skuwek i włosia. Skuwki są oczywiście elementami metalowymi, jednak najdoskonalsze nie są i przy pędzelkach do oczu (te w kolorze srebrnym) już się nieco luzują i wygląda to tak, jakby chciały spaść z trzonka. W sytuacji kryzysowej skleję je klejem Magik, który utrzyma je na miejscu, a że po wyschnięciu staje się przezroczysty, to nie będzie widoczny.
Włosie w tych pędzlach jest oczywiście syntetyczne, ale o dziwo nie śmierdziało po wyjęciu z paczki. Spodziewałam się smrodku chińszczyzny, ale pozytywnie się zaskoczyłam. Jeżeli chodzi o miękkość, to są to naprawdę przyjemne puchacze. Nie drapią po twarzy, przyjemnie ją omiatają, są miękkie, ale jednak sprężyste. Nie są wybitnie mocno zbite, ale to jest dla mnie zaleta, bo z doświadczenia wiem, że zbite pędzle gorzej jest myć i czyścić z pozostałych na nich kosmetykach.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Pierwsze dwa złotka są naprawdę urocze. Podoba mi się generalnie zamysł, że złote trzonki połączone są z biało-żółtym włosiem. Wygląda to naprawdę ładnie.
Największy puchacz służy mi do nakładania pudru w kamieniu i innych suchych kosmetyków. Jest ładnie ścięty i dobrze się z nim pracuje. Po kilkukrotnym myciu nie stracił miękkości ani kształtu.
Drugi egzemplarz to pędzel dziwny, w przekroju trójkątny. Szukam dla niego odpowiedniego zastosowania, kombinuję, ale nie znalazłam jeszcze na niego sposobu. Nie jest zły, po prostu mam kłopot z tym, do czego go używać, żeby w pełni wykorzystać jego potencjał.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Kolejne dwa pędzle do twarzy, tym razem w kolorystyce miedzianej. Tutaj miedź trzonków połączono z biało-różowym włosiem.
Pierwszy z lewej strony to nieco spłaszczony pędzelek zbliżony kształtem do języczkowych, ale jednak jest nieco grubszy i bardziej puchaty niż typowe pędzle języczkowe. Znajdzie on wiele zastosowań - od nakładania pudru w trudniej dostępne miejsca przez nakładanie różu na policzki, aż po nakładanie rozświetlacza. Lubię takie wielofunkcyjne pędzelki i tego też bardzo często używam.
Drugi egzemplarz przedstawiony na zdjęciu ma nieco krótsze i bardziej zbite włosie. Dla mnie jest idealny do nakładania brązera pod kości policzkowe. Jest dość miękki, ale precyzyjnie pozwala mi trafić z brązerem tam gdzie trzeba.

http://www.dresslink.com/7-pcs-face-item-3830832927.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Ostatnie trzy pędzle z tej kolekcji mają kolor trzonków srebrny. Ich włosie jest śnieżnobiałe i na razie się nie odbarwia, dobrze się je dopiera, nawet po ciemnych cieniach. Wszystkie trzy nadają się świetnie do wykonywania makijażu oczu.
Pierwszy z lewej strony to typowy płaski, ścięty skośnie pędzel, którym zarówno zrobimy kreskę wzdłuż linii rzęs, ale także nałożymy nim cienie na dolną powiekę. Sprawdza się w obu [rzypadkach naprawdę dobrze.
Dwa pędzle po prawej stronie to puchate kuleczki, którym rozetrzemy, ale i nałożymy cienie na powiekę. Blendowanie cieni tymi pędzlami jest bajecznie proste i do tego przyjemnie. Włoski nie kłują powiek, gładko i przyjemnie rozcierają cienie.

http://www.dresslink.com/makeup-brushes-category-928.htmlutm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Kolejne dwa pędzle, które zamówiłam, to pędzel typu duo fiber, czyli tak zwany skunks, oraz popularna swego czasu szczoteczka do podkładu lub korektora. Obu pędzli byłam niesamowicie ciekawa i chciałam sprawdzić jak się u mnie spiszą. Do tej pory nie miałam jeszcze w posiadaniu skunksika ani tego typu szczotki.

http://www.dresslink.com/black-makeup-face-item-2662440243.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Pędzel typu duo fiber to tak naprawdę pędzel uniwersalny i wielofunkcyjny. Można nim nakładać i podkład, i róż, i puder, i to, co żywnie nam się podoba. Przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie walki z podkładem i takim pędzlem, więc sobie odpuszczam próby. Za to kombinowałam nieco z różem i stwierdzam obiektywnie, że nałożony tym pędzlem róż wygląda bardzo delikatnie, skóra jest tylko muśnięta produktem. Jeśli ktoś ma ciężką rękę do różu, to powinien koniecznie sięgnąć po takiego skunksa i poćwiczyć z nim nieco nakładanie delikatniejszej warstwy. Dwa rodzaje włosia, w dwóch kolorach, cienkie, długie i delikatne jest bardzo specyficzne i muszę się go tak naprawdę nauczyć. Cena - 2,39$.

http://www.dresslink.com/new-1pc-face-item-2252452503.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Pędzelek typu szczotka. Długo byłam sceptycznie nastawiona, ale z czasem zaczął mnie kusić ten wynalazek. I już wiem, że dla mnie to hit!
Zacznę od rączki, która jest z plastiku, ale ten plastik jest bardzo elastyczny. Nie sądzę, że może się połamać, bo nieco już ją wyginałam, naciskałam i na razie nic się nie wydarzyło. W razie obaw, zawsze można trzymać szczoteczkę tuż przy samym włosiu i w ten sposób nie ryzykować.
Obawiałam się, że to gęste, zbite i krótkie włosie będzie rozmazywać podkład po twarzy. Nic bardziej mylnego! Szczoteczka świetnie wpracowuje podkład w twarz, daje bardzo naturalny efekt, skóra po nałożeniu podkładu jest matowa (ale to też pewnie kwestia rodzaju podkładu).

http://www.dresslink.com/new-1pc-face-item-2252452503.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Miałam też obiekcje co do wielkości samej szczotki i myślałam, że tak małą szczoteczką będę nakładać podkład o wiele dłużej niż na przykład gąbką czy innym pędzlem. Jednak mimo iż szczotka jest nieduża, to szybko się nią pracuje i w kilka minut podkład mamy idealnie nałożony na buzię. Rozmiar szczotki jest też atutem, bo możemy ją również wykorzystywać do aplikacji korektora. W tej roli sprawdza się równie dobrze. Dociera do trudno dostępnych zakamarków twarzy i dobrze sobie radzi z rozprowadzaniem produktów kosmetycznych zarówno pod oczami jak i przy skrzydełkach nosa. Cena - 3,29$.

http://www.dresslink.com/new-fashion-face-item-3915744841.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Ostatni już zestaw, o którym na ten moment mam najmniej do powiedzenia. Drewniane rączki, metalowe skuwki, ciemne włosie, wyprofilowane na końcach. Trzonki są krótkie, ale przy tym poręczne. Pędzle wzięłam bardziej z myślą o wyjazdach, kiedy to trzeba oszczędzać miejsce w walizce, a takie maluchy za dużo miejsca nie zajmują. Komplet był zapakowany w lniany woreczek, który poszedł w odstawkę, gdyż nieprzyjemnie pachniał i uznałam, że nie jest zbyt poręczny.

http://www.dresslink.com/new-fashion-face-item-3915744841.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Trzy pędzelki o najdłuższych i najwygodniejszych trzonkach. Pierwszy to nieco spłaszczony pędzel wielofunkcyjny, podobny do tego z pierwszego zestawu. Bardzo przyjemny, dobrze się go trzyma w łapce i włosie równie przyjemnie służy skórze twarzy. Puder, róż, rozświetlacz dobrze się rozumieją z tym pędzelkiem i chętnie z nim współpracują.
Środkowy egzemplarz to już typowy pędzel języczkowy. Można go używać do podkładu, ale u mnie posłuży do nakładania maseczek na twarz.
Trzeci to z kolei taka powiększona kuleczka. Nakładanie korektora mu niestraszne, ale i przy suchych produktach daje radę. Precyzyjny, mięciutki, dobrze też służy do oczyszczania okolic oczu po wykonaniu makijażu oka.

http://www.dresslink.com/new-fashion-face-item-3915744841.html?utm_source=blog&utm_medium=si&utm_campaign=esther099

Te trzy maleństwa niewiele się od siebie różnią. Jedynie nieco przycięciem włosia i kształtem trzonków. O ile ten środkowy jest świetny do pudru, to dwa pozostałe są dla mnie zagadką i cały czas szukam dla nich zastosowania. Niby są płaskie, więc teoretycznie powinny być dobre do podkładów, jednak ja ich w tej roli nie widzę. Być może nadawałyby się do produktów mineralnych? No sama nie wiem, ale będę kombinować :)  Cena - 9,46$.

To by było na tyle jeśli chodzi o moje ostatnie zamówienie ze strony Dresslink. Postawiłam na pędzle, bo tych nigdy nie jest za dużo. Zawsze warto mieć większy wybór i więcej opcji. Osobiście najbardziej polecam ten pierwszy zestaw - okazał się być najbardziej praktyczny.
Dajcie znać które z tych pędzli najbardziej Was zainteresowały. A może macie już któreś z nich i możecie coś więcej o nich powiedzieć? Czekam na Wasze komentarze! :) Buziaki :)

16 lutego 2017

Zoeva Naturally Yours - swatche i pierwsze wrażenia.

Tak jak wspominałam w notce z ostatnimi zakupami, poczyniłam czystki w kosmetykach kolorowych. Tym sposobem pozbyłam się starych cieni do powiek i kilku palet do makijażu. Aby uzupełnić braki, zakupiłam uniwersalną paletę cieni do powiek Zoeva Naturally Yours.
Dziś pokażę Wam jak ta paleta wygląda, jak prezentują się swatche, oraz opowiem krótko o moich pierwszych wrażeniach.


Jako, że ostatnio stawiam na naturalne makijaże, nie szaleję z kolorami, to postawiłam na paletkę cieni, która ułatwi mi wykonywanie takich naturalnych makijaży. Nie pomyliłam się. Kolory w palecie Zoeva Naturally Yours są tak dobrane, że można swobodnie wykonywać dzienne makijaże, ale w razie potrzeby można też pokusić się o zrobienie mocnego, wyrazistego, wieczorowego makijażu oka.


Cienie w palecie są tak podzielone, że znajdziemy w niej pięć matowych cieni, oraz pięć metalicznych. Zauważyłam również taką zależność, że cienie w górnym rzędzie są delikatniejsze, a te w dolnym rzędzie są zdecydowanie bardziej soczyste i wyraziste. Niżej omówimy sobie każdy cień po kolei, od górnego rzędu i lewej strony, przechodząc do dolnego rzędu od lewej do prawej strony.


  1. Pure - bazowy, cielisty, bardzo naturalny cień odpowiadający wręcz odcieniowi mojej skóry. Świetny do rozcierania górnej powieki i czyszczenia powieki tuż pod brwiami. 
  2. Soft&sexy - ciepły brąz, który świetnie wygląda w załamaniu powieki, ale nie tylko. Swobodnie można go też nakładać na całą powiekę, a zewnętrzny kącik przyciemnić innym brązem, lub czernią.
  3. Smooth harmony - trudny do opisania metaliczny kameleon, który mieni się od złota, przez róż aż po delikatny brąz. Delikatny, ale ma coś w sobie, co sprawia, że chętnie zatapiam w nim pędzel.
  4. Forever yours - kolejny metaliczny kameleon, już nieco ciemniejszy. Jest w nim harmonia brązu, khaki, a nawet nutka różu. Cudowny cień o wielu zastosowaniach. Myślę, że nada się także do wykonania na mokro kreski na oku. 
  5. Slow dance - drugi matowy brąz w tym zestawieniu, ale już o wiele chłodniejszy i ciemniejszy. Można nim idealnie "przydymić" oko, ale także podkreślić załamanie powieki.


  1. First love - nasycona biel, mocno kryjąca, idealna na bazę, aby podbić kolor kolejnych cieni. Ja użyłam go też jako bazę pod wykonanie wyrazistej, czarnej kreski i na tym poprzestałam. 
  2. Casual elegance - złotko! Przyjemne, ciepłe złotko, które ładnie wygląda nałożone na sam środek powieki. Pięknie błyszczy i oko wygląda świeżo.
  3. Sweet sound - niemal miedź, ale jeszcze nie miedź. Metaliczny rudo-brązowy cień mający ogromny potencjał i wiele zastosowań. Jest śliczny! 
  4. Lovely monday - metaliczny, drapieżny ciemny brąz, nadający oku "pazura". Chłodny, głęboki i nadający się do prawie każdego makijażu.
  5. Timeless chic - myślałam, że będzie to głęboka czerń, ale bardziej wpada w szarość, po roztarciu jakby grafit. Nada się zarówno do typowego smooky eyes ale także do wykonania roztartej kreski na powiece. Aby uzyskać lepszy efekt warto dokładać ten cień stopniowo i wklepywać go w powiekę.


Na razie cieniami z palety Zoeva Naturally Yours wykonałam jakieś trzy makijaże i ze wszystkich byłam zadowolona. Cienie dobrze się rozcierają, można stopniować ich intensywność dokładając je na powieki, lub wklepując pędzlem. Za paletkę zapłaciłam około 20€ (miałam zniżkę), co daje około 2€ za jeden cień o wadze 1,5g. Ważność palety to 36 miesięcy od otwarcia. Myślę, że dam radę zużyć wszystkie cienie do tego czasu.

Dajcie znać jak Wam się podoba paleta Zoeva Naturally Yours. A może macie ją w swojej kosmetyczce? Ja na razie jestem zadowolona i pozytywnie zaskoczona tym, że wszystkie cienie z palety są dla mnie użyteczne.

14 lutego 2017

Burberry Body - Uwodząca słodycz

Nieprzypadkowo na dzień publikacji tego posta wybrałam 14 lutego, święto zakochanych, czyli tak zwane Walentynki. Zapach o którym chcę dziś opowiedzieć, Burberry Body, kojarzy mi się z czymś uwodzicielskim, romantycznym, typowo walentynkowym. Ale nie uprzedzając treści wpisu, powiem Wam, że za tym zapachem kryje się coś więcej, więc warto zagłębić się w dalszą część posta. Zapraszam!


Perfumy Burberry Body miały swoją premierę 1 września 2011 roku, więc w tym roku minie już 6 lat od kiedy są na rynku. Akcja marketingowa była szeroko zakrojona, na każdym kroku można było spotkać próbki tych perfum, zamówić je darmowo przez Facebook. I ja wtedy dałam się ponieść i dostałam swoją próbkę. Już wtedy zapach mnie oczarował, lecz nie skusiłam się na całą butelkę, bo i cena perfum nieco mnie odstraszała. Ale niedawno przypomniałam sobie o mojej dawnej sympatii. I jak to mówią "stara miłość nie rdzewieje", moja też nie zardzewiała, a wręcz przeciwnie - rozpaliła się z podwójną mocą. W minione święta zrobiłam sobie prezent w postaci flakonu Burberry Body.


Film promujący perfumy Burberry Body, z Rosie Huntington-Whiteley w roli głównej, z muzyką zespołu The Feeling. Przyznam, że jest nieco statyczny, ale pasujący do samego zapachu. Bo jest to zapach cielisty, jeśli miałabym go opisać kolorem, to byłby to pudrowy róż.

Nuty głowy : piołun, brzoskwinia i frezja;
Nuty serca : irys, róża i drzewo sandałowe;
Nuty bazy : drzewo kaszmirowe, piżmo, ambra i wanilia.


Już sam flakon perfum Burberry Body robi dobre wrażenie. Ciężka butelka z grubego szkła, zdobiona złotym napisem i złotym korkiem wygląda minimalistycznie, a zarazem elegancko. Intryguje i zachęca do sięgnięcia po flakon.
Perfumy Burberry Body rozwijają się na skórze dość specyficznie. I choć początkowe akordy mnie nie zachwycają, to już po godzinie noszenia na skórze jestem nimi zachwycona.
Od razu po aplikacji perfum czuję się przyduszona ostrym zapachem kwiatów, w tle można ledwo wyczuć jakieś pudrowe tło. Ja nie bardzo lubię kwiatowe perfumy, więc ta pierwsza faza, choć bardzo krótka, nieco mnie męczy. Ale już po kilkunastu minutach to, co było w tle, staje się wyraźne i czuję już przydymioną słodycz, zaczyna wybijać się ambra i piżmo. To jest to, co kocham najbardziej w perfumach. Więc napawam się tym zapachem i chciałabym go czuć przez cały dzień. Jednak później, kiedy perfumy nieco zwietrzeją, to na skórze pozostaje słodka, waniliowa poświata. Zapach drugiej skóry, która nie uwiera, a delikatnie uwodzi i podkreśla kobiecość. Dla mnie ten zapach jest niesamowity, totalnie "mój" mimo nieprzyjemnego początku.


Zapach idealny na randkę, wieczorne wyjście. Ale nie tylko. Użyty z umiarem nada się do pracy i na co dzień. Ja oczekuję od perfum, aby dodawały mi czegoś wyjątkowego. I pachnąc Burberry Body czuję się wyjątkowo, czuję się kobieco i pewnie.
Znacie Burberry Body? A może są kompletnie nie w Waszym guście? Dajcie znać czym Wy ostatnio pachniecie! Udanych Walentynek Wam życzę! :)

12 lutego 2017

Zakupy kosmetyczne - uzupełnienie braków.

Do zakupów kosmetycznych podchodzę z dużą rozwagą i nie kupuję produktów, których tak naprawdę nie potrzebuję i będą leżeć po jednym użyciu. Stawiam na to, żeby zaopatrzyć się w kosmetyki, które wiem, że zużyję, a nie tylko są moim kaprysem. Kiedyś było nieco inaczej, ale z wiekiem podejście mi się nieco zmieniło. Zredukowałam ilość produktów w mojej kosmetyczce, raczej stawiam na pielęgnację, a kolorówkę mam stałą i sprawdzoną. Rzadko też wchodzę do drogerii, a kiedy z niej wychodzę, to zazwyczaj mam w siatce więcej produktów spożywczych, chemii domowej niż kosmetyków dla siebie. Ale że ostatnio kupiłam kilka moim zdaniem ciekawych rzeczy, to pokażę Wam tych moich kilka nowości. 


Na początek skromne zakupy z drogerii Rossmann. Skorzystałam z promocji na wszystkie pudry i wzięłam na zapas swój ulubiony puder w kamieniu Alterra 01 light. Mój stały punkt w kosmetyczce, o którym więcej pisałam TUTAJ.
Do kompletu podkład, który mam ochotę przetestować. Maybelline Fit Me matujący i niwelujący pory do skóry normalnej i mieszanej w odcieniu najjaśniejszym, czyli 102. Na razie nic Wam o nim nie mogę powiedzieć, bo dopiero czeka na użycie.


Aktualnie szukam dobrej maskary wodoodpornej, z myślą o urlopie. Mam trochę czasu, więc będę powoli testować różne. Na pierwszy ogień poszła maskara Manhattan Volcano explosive volume. To, że jest wodoodporna to już sprawdziłam. Użyłam jej dwa razy i na razie sama nie wiem co o niej myśleć. Muszę dłużej poużywać, żeby się z nią "dotrzeć".
Do kompletu, czyli do zmywania makijażu wodoodpornego zakupiłam płyn micelarny Garnier dwufazowy. Przyznam szczerze, że demakijaż da się nim wykonać, ale trwa nieco dłużej niż standardową wodą micelarną. Poza tym producent obiecuje brak tłustej powłoki na twarzy, a ja ją jednak odczuwam. Chyba miłości z tego nie będzie.


Znowu skuszona promocją sięgnęłam po szampon do włosów Schauma. Zawiera on 7 olejków kwiatowych i jest przeznaczony do włosów suchych oraz zniszczonych. Sięgam po niego co jakiś czas i już wiem, że moje włosy się z nim lubią. Nie plącze ich, nie szkodzi, a dobrze myje. I to mi wystarcza, bo resztę "cudów" mają robić odżywki i maski do włosów.


Zrobiłam totalny porządek w starych paletach cieni i cieniach pojedynczych, to co stare i przeterminowane wylądowało w koszu. Żeby uzupełnić deficyt w kolorówce zamówiłam paletę cieni Zoeva Naturally Yours z pięknymi nudziakowymi cieniami. Myślę, że tyle cieni mi wystarczy i mam nadzieję, że będę z nich zadowolona. Oczywiście przygotuję dla Was oddzielny wpis ze swatchami cieni i moimi wrażeniami na jej temat.
Dodatkowo zamówiłam bazę pod cienie NYX. Jest biała i nawet nie czytałam recenzji, więc sama sobie wyrobię zdanie na jej temat. Póki co nie używałam jej, więc nie wiem jak będzie się sprawować na powiekach i czy dodatkowo podbije kolor cieni oraz czy przedłuży ich trwałość.


No i moja ulubiona część zakupów w perfumerii Douglas, czyli darmowe próbki, które są dołączane do każdego zamówienia. Wybrałam jak zwykle dwie próbki perfum. Są to Chloé oraz Lancome La Vie Est Belle. 
Tak wyglądają moje ostatnie zakupy. Nie jest tego może zbyt dużo, ale jak wspominałam zwyczajnie uzupełniłam braki w kosmetyczce. A co Wy ciekawego ostatnio kupiłyście? Pochwalcie się koniecznie :) Buziaki! 

PS. We wtorek 14.02. pojawi się nowy wpis na blogu. Wpadnijcie koniecznie po dawkę cudownego zapachu walentynkowego :)

8 lutego 2017

Catrice HD Liquid Coverage Foundation 010 light beige

Bywają kosmetyki, które już po kilku pierwszych użyciach okazują się być hitem, na stałe lądują w mojej toaletce, po które często i chętnie sięgam. Ale bywają też takie, które mimo iż dla innych kobiet są kosmetykami wszech czasów, to ja niekoniecznie jestem do nich przekonana. Kilka, a nawet kilkadziesiąt użyć nie jest w stanie sprawić, że nagle zapałam do nich miłością. 


Tak też się stało z bardzo znanym i pożądanym podkładem Catrice HD liquid coverage. Trochę czasu zajęło mi znalezienie go na drogeryjnej półce, bo tak jak w Polsce, tak i w Niemczech znikał on w tempie ekspresowym z szafy Catrice. Zanim jednak się na niego skusiłam, zasiegnęłam opinii kilku osób i zdania na jego temat były podzielone. Od skrajnie pozytywnych po te skrajnie negatywne. Więc zaintrygowana tym, ile szumu jest wokół tej niedużej, szklanej butelki, sama postanowiłam sprawdzić o co tutaj chodzi.


Pojemność - 30ml
Cena - 28,99zł
Butelka - szklana
Aplikacja - pipetka 
Kolory - 4 odcienie do wyboru:
* 010 light beige
* 020 rose beige 
* 030 sand beige 
* 040 warm beige 
Właściwości - kryjące, matujace, przedłużona trwałość 


Zacznijmy od zalet tego podkładu. Niewątpliwie jest on mocno kryjący, można też budować krycie nakładając kolejną, cienką warstwę na skórę. Wtedy jednak podkład staje się bardziej widoczny na twarzy. Ja wolę nałożyć mniej, a niedoskonałości typu zaczerwienienia przykryć korektorem. 
Trwałość jest świetna, podkład trzyma się na twarzy cały dzień. Ja zazwyczaj mam makijaż na twarzy ponad 12 godzin i podkład wygląda cały czas dobrze. Ściera się w miejscach, które dotykamy lub często pocieramy, ale ściera się równomiernie.  
Przejdziemy teraz do wad. Mała ilość odcieni do wyboru. Najjaśniejszy kolor jest dla mnie nieco zbyt ciemny i w ciągu dnia oksyduje. Nie wygląda to najlepiej. Zawsze go przypudrowuję i próbowałam różnych pudrów, a zawsze kończy się to w ten sam sposób. Moją metodą na ujarzmienie tego koloru jest mieszanie tego podkładu z innym, jaśniejszym.  
Ponadto kiedy nałożymy na twarz nieco grubszą warstwę podkładu, to ma tendencję do zbierania się np.w zmarszczkach mimicznych - u mnie są to okolice ust (bardzo często się śmieję, chyba powinnam spoważnieć).
Matowa cera towarzyszy mi przez około połowę dnia, później zaczynam się świecić w miejscach strategicznych, czyli na czole i brodzie. Jak dla mnie to już standard i jak mam tylko czas oraz chęć, to poprawiam makijaż, a jak nie, to chodzę i straszę ;) 


Nie wiem czy mam go polecać. Moim zdaniem podkład Catrice HD liquid coverage jest nieco przechwalony i na rynku są dostępne podkłady w podobnej cenie oraz podobnych właściwościach. Tutaj chyba zadziałał marketing, przez co też ciężko jest zakupić ten produkt. Nie mówię, że jest zły. Ale moim hitem nie został. Głównie przez nie do końca pasujący mi kolor. No ale jaśniejszego niż 010 light beige nie ma w ofercie Catrice.
Dajcie koniecznie znać czy używałyscie i jakie są Wasze spostrzeżenia na ten temat. 
Miłego dnia! Buziaki  :) 

24 stycznia 2017

Maseczka oczyszczająca Glamglow Youth Mud

Która z nas nie chciałaby zachować pięknej i gładkiej cery na całe lata i cieszyć się młodzieńczym wyglądem do późnej starości? Na rynku kosmetycznym pojawiają się coraz nowsze i ciekawsze kosmetyki, które mają nam w tym skutecznie pomóc. Cena niektórych specyfików jest porażająca, ale czego się nie zrobi dla pięknej cery? Tylko czy warto zawsze inwestować w drogie kosmetyki? Czy są one warte swojej ceny? Czy ich działanie faktycznie jest tak powalające jak obiecują nam ich producenci? 
Dziś zajmę się omówieniem kosmetyku, który kosztuje sporo (choć jest to stwierdzenie względne) i obiecuje równie dużo. 


Maska do twarzy GlamGlow, która w 10 minut ma przywrócić twarzy witalność, piękno i młodzieńczy blask. Podobno jest stosowana w Hollywood, przez filmowców i gwiazdy oraz modelki biorące udział w pokazach mody. Czy jest tak naprawdę? Tego nie sprawdzimy. Ale kosmetyk lepiej się sprzeda z taką reklamą.  


Ja zaopatrzyłam się w nieduży słoiczek o zawartości 15g maski. Za to maleństwo zapłaciłam niecałe 10€. Taka gramatura wystarcza na jakieś 4 aplikacje produktu. Biorąc pod uwagę zalecane używanie jej raz w tygodniu wystarcza na około miesiąc stosowania.


Konsystencja maski do złudzenia przypomina bardzo gęsty peeling do twarzy. Ma w sobie zatopione maleńkie drobinki oraz pokruszone listeczki. 
Dla zainteresowanych wklejam skład: 
Aqua, Montmorillonite (Volcanic Minerals),Kaolin (French Sea Clay),Magnesium Aluminum Silicate (Purified Clay),Polyethylene, Pumice (Micro Volcanic Rock),Camellia Sinensis Leaf (Green Tea Leaf),Camellia Oleifera Leaf Extract,Chamomilla Recutita Flower Extract (Chamomile),Calendula Offi­ci­na­lis Flower Ex­tract,Cucumis Sativus Extract, Hedera Helix Extract,Symphytum Officinale Leaf Extract,Lavandula Hybrida Oil, Glycerin, Parfum,Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool,Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethyl-,P ropylparaben, isobutyl-paraben, Diazolidinyl Urea.


Czy czułam się jak gwiazda aplikując sobie tą maseczkę? Czy po jej zmyciu zauważyłam efekt "WOW!"??? 
Zacznijmy od tego, że podczas aplikacji drobinki i listki zatopione w masie spadają spektakularnie, więc polecam nakładać maseczkę nad umywalką. Nakładając maskę już wykonujemy swoisty peeling, później zostawiamy ją na 10 minut na twarzy i pozwalamy działać. I choć nie mam cery wrażliwej, to pierwsze 3 minuty po nałożeniu cierpię na wściekłe pieczenie skóry twarzy. Co wycierpię to moje, potem jest już tylko lepiej. Maska zasycha w tempie zastraszająco szybkim przy czym jednocześnie czuć ściągnięcie  skóry twarzy. Czuję się jakbym była akurat liftingowana. Aby zniwelować nieco ten stan musiałabym lać sobie litry wody termalnej na twarz. A chyba nie o to w tym chodzi. Jednak te 10 minut z maską GlamGlow na twarzy jest do przeżycia. 
Zapomniałabym dodać kilku słów na temat zapachu. Jest to intensywny kwiatowo-perfumowy zapach. Dla mojego nosa jest to zapach całkiem przyjemny i rzekłabym nawet, że kojarzy się z czymś ekskluzywnym. No ekskluzywna jest też zdecydowanie cena regularna tej maski. 



Punkt kulminacyjny, czyli działanie. Moja cera od razu po zmyciu maski była zaczerwieniona, acz gładka. Kiedy zaczerwienienie straciło nieco mocy, mogłam organoleptycznie stwierdzić, że skóra jest wyraźnie oczyszczona i wygładzona. Przed wielkim wyjściem, ważną randką, ślubem czy inną imprezą przyjemnie jest użyć takiej maski i poczuć się dobrze w swojej skórze. 
Czy polecałabym ją na co dzień? Niekoniecznie. Uważam, że na rynku istnieje wiele innych, dobrze oczyszczających maseczek i nie trzeba koniecznie inwestować w GlamGlow. Jednak jeśli ktoś ma na to ochotę, to czemu nie. 
Dla mnie fajny sposób na poprawienie sobie samopoczucia i stanu cery przed imprezą, jak również na domowe, sobotnie SPA, kiedy chcę się poczuć wyjątkowo bez okazji, a przy tym zyskać cerę mięciutką i przyjemną w dotyku. Jest to oczywiście działanie krótkofalowe, nie sama maska uczyni nas pięknymi.  Choć nieco ułatwia uzyskanie tego stanu. 

Dajcie znać, czy znacie maseczki GlamGlow, jakie wersje polecacie. A może okazały się u Was bublem i nigdy więcej po nie nie sięgnięcie? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii. Pozdrawiam!