1 maja 2017

Wakacyjna chciejlista I Summer wishlist

Dziś mamy pierwszy dzień maja, mojego ulubionego miesiąca. Jeszcze tylko trzy miesiące i lecę na urlop, więc stopniowo zaopatruję się w odpowiednią odzież. Uświadomiłam sobie, że mam niedobór kostiumów kąpielowych oraz innych akcesoriów, które będą mi niezbędne do funkcjonowania. Ręczniki plażowe już grzecznie czekają w szufladzie, kilka innych rzeczy również, ale to wszystko cały czas niewiele. Więc nadal poszukuję w otchłaniach sklepów internetowych rzeczy, które mogą mi się przydać. Dziś przedstawiam Wam krótką listę odzieży i akcesoriów, które wyszperałam w sklepie SammyDress. Zapraszam do obejrzenia co mi wpadło w oko.

www.sammydress.com?lkid=10641638

Zawsze największym wyzwaniem dla mnie jest znalezienie odpowiedniego kostiumu kąpielowego. Musi być wygodny, nie wiązany na szyję i odpowiednio podtrzymywać mój biust. Z racji sporych rozmiarów biustu wiązania na szyję okazują się zazwyczaj bolesnym wyborem, więc teraz celuję raczej w kostiumy na ramiączkach. Tak jak ten, który znalazłam i poniżej oznaczyłam numerem 4. Jednoczęściowy, ale jednocześnie seksowny i podkreślający kobiece atuty.

Jak wiadomo na urlopie nie biega się tylko cały czas w strojach kąpielowych, więc przydatne są także różnego rodzaju lekkie sukienki czy też tuniki. Poniżej możecie zobaczyć pod numerami 2 i 3 modele, które naprawdę mnie zaciekawiły. Zwłaszcza czarna, ażurowa tunika, którą można luźno zarzucić na kostium. Bardzo praktycznie oraz przewiewnie.

Dodatki są równie ważne jak odzienie. Kapelusz osłoni nasze głowy i ramiona przed ostrym słońcem, a przy okazji doda sporo wdzięku. Okulary przeciwsłoneczne świetnie podkreślą nasz styl, ale także sprawią, że spod nich będziemy mogły niezauważenie zerkać na przystojniaków przy basenie ;)
Modnym ostatnio dodatkiem są chokery, które założone nawet do stroju kąpielowego będą wyglądać naprawdę interesująco i dodadzą nam pazura. 

www.sammydress.com/Wholesale-Swimwear-c-301.html?lkid=10641638

5. Choker

Dajcie znać w komentarzach czy już przygotowujecie się do letnich wojaży? Czy może któraś z prezentowanych rzeczy spodobała się Wam tak jak mi? Czekam na Wasze opinie :) Buziaki!
PS. Tak, już się nie mogę doczekać lata! A Wy? :D

22 marca 2017

Manhattan Wake up concealer 001 Naturelle

Posiadaczki cieni i zasinień pod oczami bez wątpienia są fankami korektorów i kamuflaży. Bo czym zakryć te nieprzyjemne i niezbyt wdzięczne defekty? Najwygodniej i najbardziej praktycznie jest użyć korektora i na kilka godzin pozbyć się tych niedoskonałości.
Dla mnie ważne jest, aby taki korektor był odpowiednio jasny i co najmniej średnio kryjący. Poza tym dobrze jest, aby trzymał fason dobrych kilka godzin, bez przesuszania tej delikatnej strefy oraz bez rolowania się w zmarszczkach pod oczami. Kryteriów jest dosyć sporo, ale zdarzają się korektory, które spełniają moje oczekiwania.


Manhattan Wake up concealer 001 naturelle nie gości w mojej kosmetyczce po raz pierwszy. Jednak po zachwycie nad korektorem Catrice na jakiś czas o nim zapomniałam. Nic straconego, bo warto było odświeżyć naszą znajomość i przypomnieć sobie o jego zaletach. 
Niewątpliwie jest jasny. Jest jaśniejszy od większości posiadanych przeze mnie podkładów. Więc dla osób o bladej cerze będzie jak znalazł. Warto również dodać, że w ciągu dnia nie ciemnieje i nie tworzy plam, dobrze dogaduje się z moimi podkładami do twarzy.


Manhattan Wake up concealer 001 Naturelle przypudrowany dobrym pudrem trzyma się cały dzień na swoim miejscu. Jeśli nałożymy rozsądną ilość, to na pewno nie będzie wchodzić w zmarszczki pod oczami, tylko będzie trzymać fason i zakrywać nasze niedoskonałości. 
Jeżeli chodzi o krycie tego korektora, to muszę przyznać, że nie jest on jakimś gladiatorem wśród korektorów, ale ma krycie co najmniej średnie. Na moje potrzeby wystarczające, ale zaznaczam, że ja nie mam sińców pod oczami, tyko lubię wyrównywać koloryt w tym miejscu. 
Pojemność to 7ml, pojemniczek zaopatrzony jest w standardowy aplikator, którym wygodnie nakłada się korektor na wybrane obszary na twarzy. Cena regularna w drogerii Rossmann to 27,99zł, w drogeriach internetowych na pewno można zakupić go taniej, lub też polować na promocje.


Jak wspominałam, ja do Manhattan Wake up concealer 001 Naturelle wracam co jakiś czas i jestem z niego zadowolona. Moje wymagania spełnia w zupełności, podoba mi się jego jasny kolor i lekkość. Jeśli macie ochotę wypróbować, to ze swojej strony polecam. Jeśli obawiacie się straty prawie 30zł, to warto poczekać na promocję i wtedy skusić się na zakup. Jeśli znacie jakieś inne korektory w jasnych odcieniach, podobne do Catrice oraz Manhattan, to koniecznie polećcie, ja na pewno przyjrzę im się bliżej. Buziaki!

19 marca 2017

Woda micelarna do skóry delikatnej, suchej i normalnej L'Oreal Paris - zamiennik płynu Garnier?

Jako kobieta, która codziennie wykonuje makijaż, stale muszę być zaopatrzona w środki do demakijażu. Od lat jestem też miłośniczką płynów, wód micelarnych, a od dłuższego czasu używałam niezmiennie płynu micelarnego Garnier. Aż niedawno odkryłam w drogerii Rossmann wodę micelarną od L'Oreal Paris. Żądna wypróbowania tej nowości bez wahania sięgnęłam po niego na półkę. Czy się zawiodłam, czy raczej zachwyciłam, o tym przeczytacie poniżej.


Delikatna, bezwonna formuła, która ma chronić wrażliwą skórę, a jednocześnie skutecznie zmywać makijaż. Brzmi świetnie. Otwierając zatyczkę dużej 400ml butli faktycznie nie wyczuwam żadnego zapachu. Wygodny dozownik pozwala na wylanie odpowiedniej ilości płynu na wacik kosmetyczny. Zgodnie z zaleceniem producenta przykładamy nasączony wacik do partii twarzy, które chcemy zmyć, a płyn tą strefę oczyści bez niepotrzebnego pocierania. Tak też się dzieje, woda micelarna L'Oreal Paris rozpuszcza także tusz do rzęs oraz całą resztę makijażu. Skuteczność zdecydowanie na plus.


Płyn micelarny L'Oreal Paris jak już wspominałam jest bezzapachowy, jest też skuteczny, bo dobrze zmywa makijaż, a poza tym jest jeszcze delikatny i nie podrażnia skóry. Z ciekawości porównałam sobie skład wody Garnier z wodą micelarną z L'Oreal i jakież było moje zdziwienie gdy się okazało, że składy są niemal identyczne (różnią się raptem stężeniem jednego składnika).

Skład L'Oreal Paris:  
Aqua, Hexylene Glycol, Glycerin, Poloxamer 184, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Polyaminopropyl Biguanide.

Skład Garnier 3w1 skóra wrażliwa (różowa nakrętka): 
Aqua, Hexylene Glycol, Glycerin, Disodium Cocoamphodiacetate, Disodium EDTA, Poloxamer-184, Polyaminopropyl Biguanide


Słowem podsumowania - jeśli lubicie płyn micelarny Garnier, to ta nowość z L'Oreal Paris również powinna się Wam spodobać. Skład podobny, działanie identyczne, cena również zbliżona. Ja jestem zadowolona i już wiem, że obu płynów będę używać zamiennie w zależności od tego, na który akurat będzie promocja. A może znacie już i wypróbowałyście na sobie ten płyn micelarny? Jestem ciekawa czy macie podobne spostrzeżenia do moich. Buziaki!

14 marca 2017

Mgiełka do ciała Victoria's Secret Pure Seduction red plum&freesia.

Zapach to dla mnie istotny element garderoby. Tak, garderoby, ponieważ uważam, że zapach na siebie ubieramy i dopełniamy nim swoją stylizację.
Czasami nie mam ochoty na żadne konkretne perfumy, chcę czegoś lekkiego, zwiewnego. W tej roli zazwyczaj dobrze sprawdzają się mgiełki zapachowe do ciała.
Miałam już w swoim posiadaniu mgiełki do ciała różnych firm, między innymi Avon, Oriflame, Fruttini oraz inny wariant Victoria's Secret (Amber Romance). Jak wypada wśród nich Pure Seduction?


Kiedy w niemieckim Rossmannie pojawiła się promocja na mgiełki do ciała Victoria's Secret i za butelkę o pojemności 250ml placiło się 9,99€, postanowiłam wypróbować niektóre zapachy. Na pierwszy ogień poszła mgiełka Amber Romance, która już dawno mi się skończyła. Jako drugą kupiłam Pure seduction czerwona śliwka i frezja. Przyznam, że w drogerii zapach bardzo mi się spodobał i uznałam, że chcę koniecznie tak pachnieć. Ale czy na dłuższą metę dobrze znosiłam ten owocowo-kwiatowy aromat? Niekoniecznie.


Jest to produkt, który wzbudza we mnie sporo sprzecznych myśli. Już wyjaśniam dlaczego. Otóż zacznę od tego, że zapach na początku wydawał mi się idealny dla mnie - bardzo słodki, ciężki i uderzający tą słodyczą w nozdrza. Owszem, jego początek jest słodki i nawet rzekłabym mdły, aby za chwilkę zaatakować goryczką i kwiatowością. Po słodyczy pozostaje wspomnienie, zostaje przykry kwiatowy aromat. Dość specyficzny, trudny do opisania. No a za 15 minut zapach wietrzeje i nie pozostaje po nim nic. W przypadku kiedy zapach jest nieprzyjemny, ulgą jest moment w którym przestaję go czuć. Więc to, że jest nietrwały okazuje się być zaletą. Niestety mgiełki Victoria's Secret nie należą do najtańszych i płacenie regularnej ceny (w PL około 60zł) za 250ml mgiełki o słabej trwałości może być nieprzyjemnym doświadczeniem. 
Zaletą jest zdecydowanie elegancka butelka, wyróżniająca się na tle innych mgiełek do ciała. Przyznam, że bardzo mi się podoba i tworzy ładną ozdobę mojej łazienki.


Moja rada dla Was - zawsze dokładnie sprawdzajcie zapach w drogerii czy też perfumerii i odczekajcie trochę zanim zdecydujecie się na zakup. Wiadomo, że "co nagle to po diable", więc i w tym przypadku się z tym powiedzeniem zgodzę. Ja, zawiedziona trwałością i zapachem tej mgiełki nie skuszę się na kolejne mgiełki Victoria's Secret. Uważam, że w niższej cenie można znaleźć tego typu produkty, być może nawet o przyjemniejszym zapachu oraz lepszej jakości. Za sam wygląd butelki chyba nie warto płacić takich pieniędzy jakie życzą sobie producenci za mgiełki Victoria's Secret.
Dajcie znać jakie są Wasze doświadczenia z tego typu produktami. Znacie, lubicie mgiełki do ciała? Jakich marek produkty tego typu polecacie? Buziaki!

11 marca 2017

Rumiankowy żel do twarzy - Sylveco

Jeszcze do niedawna wcale nie używałam produktów do mycia twarzy. Uważałam, że po demakijażu płynem micelarnym wystarczy przemyć twarz wodą. Niestety zaczęło się to odbijać na stanie mojej cery i dało nieco do myślenia. Od tamtego czasu żele do mycia twarzy stały się u mnie stałym punktem oczyszczania i mycia twarzy zarówno rano jak i wieczorem po wykonaniu demakijażu. I cera jest mi za to wdzięczna.


Podczas grudniowych odwiedzin w Polsce zaopatrzyłam się w rumiankowy żel do mycia twarzy Sylveco. Uznałam, że naturalna marka, która do tej pory mnie nie zawiodła, pewnie wypuściła równie dobry żel do mycia twarzy i nie straszne mi było wydać około 15zł za butelkę o pojemności 150ml.
Jest to żel hipoalergiczny zawierający w składzie rumianek lekarski oraz kwas salicylowy w stężeniu 2%, który ma za zadnie oczyszczać skórę, odblokowywać pory oraz regulować wydzielanie sebum.
Jest on zamknięty w niedużej, uroczej buteleczce, która ma pojemność 150ml oraz zaopatrzona jest w wygodną pompkę z którą jak do tej pory nie miałam żadnych kłopotów, a wręcz uprzyjemnia mi dozowanie produktu. Zazwyczaj na jedno mycie twarzy poświęcam jedną ewentualnie dwie pompki żelu.


Nie bez powodu zacznę od zapachu. Jest on bardzo mocno ziołowy. A że żel służy do mycia twarzy, więc będziemy go rozprowadzać w okolicach nosa, co dla niektórych może być niekomfortowe. Ten mocno ziołowy aromat wydaje się być taki...zdrowy. Kojarzy mi się z jakąś zielarnią bądź apteką z naturalnymi produktami. Ja sobie z tą wonią jakoś radzę, ale Was zwyczajnie ostrzegam i mówię na co trzeba być przygotowanym w razie zakupu.
Konsystencja jest bardzo rzadka, wodnista. Jestem przyzwyczajona do bardziej "zwartych" żeli do mycia twarzy, więc nieco się zdziwiłam. Jednak można nim bez problemu umyć buzię, bo nie spływa on między palcami. Jeśli spodziewacie się piany, to Was rozczaruję. Myjąc twarz piany nie uzyskujemy, a pojawia się lekka piana podczas zmywania żelu wodą. Ot, taka ciekawostka.
Jego działanie oczywiście będzie uzależnione od rodzaju cery jaki posiadamy. Ja mam cerę normalną w kierunku mieszanej, sporadycznie pojawiają się na mojej twarzy wypryski, borykam się jednak z zaskórnikami. Czy żel pomógł mi w załagodzeniu któregoś problemu? Otóż nie. Sebum w strefie T jakie było, takie nadal jest. Zaskórniki nie zniknęły, ale też nie pojawiają się nowe. Ale rumiankowy żel do mycia twarzy Sylveco pomaga mi pozbyć się resztek makijażu wieczorem, oraz świetnie odświeża skórę rano. Delikatnie ją oczyszcza, ale nie podrażnia i nie wysusza. Jestem zadowolona z tego, że żel nie jest agresywny, skóra po jego użyciu nie piecze, nie jest zaczerwieniona, ale za to jest odświeżona i miękka w dotyku. Sama przyjemność.


Krótko mówiąc żel do mycia twarzy Sylveco pomaga delikatnie oczyszczać twarz. Nie spodziewajmy się jednak cudów, bo nie jest to lek na całe zło jakie dzieje się na skórze twarzy, tylko produkt do jej mycia. Wydajność jest całkowicie w porządku, skład przyjemny, działanie odpowiednie. Czego chcieć więcej? Dla mnie jest to kolejny produkt marki Sylveco z którego jestem zadowolona i chętnie zaopatrzę się w niego ponownie przy okazji kolejnej wizyty w Polsce.
Dajcie znać czy znacie ten żel. A jeśli tak, to czy się z nim polubiłyście, czy spodziewałyście się po nim czegoś więcej? Buziaki!

7 marca 2017

Peeling do ciała Avon - czekoladowy

Używanie peelingów do ciała to dla mnie sama przyjemność. Nie przywiązuję się do nich i często sięgam po peelingi różnych firm, o różnych zapachach, konsystencjach i działaniu. Cenię sobie zawsze ich zapach, bo on dodatkowo umila stosowanie produktu. Lubię czuć się podczas kąpieli dopieszczona i lubię otaczać się przyjemnymi aromatami. Zwłaszcza wieczorem, kiedy po ciężkim dniu chcę się naprawdę zrelaksować.


Peeling do ciała Avon o zapachu czekoladowym zamówiłam z ciekawości. O ile nie lubię produktów spożywczych o smaku czekoladowym, tak w kosmetykach uwielbiam zapach czekolady. Dlatego też skusiłam się na ten peeling. I jeśli chodzi o zapach, to się nie zawiodłam. Peeling pachnie czekoladą, ale w kierunku pralinek, bądź też trufli. Nie jest to typowy słodki, mdlący aromat. Jest przełamany nutką kwaskowatości, goryczki gorzkiej czekolady. Dla mnie wręcz idealnie. Szkoda tylko, że zapach spływa ze skóry wraz z produktem i nie utrzymuje się na skórze.


Konsystencja produktu jest dość specyficzna, coś jak kremowy żel pod prysznic z zatopionymi mikro-drobinkami. Drobinki złuszczające są niestety bardzo drobne i nie spełniają swojego zadania. Co mogą zdziałać drobinki, które są prawie niewyczuwalne na skórze? No nic. W roli żelu pod prysznic raczej też nie zda egzaminu, gdyż nie daje uczucia odświeżenia i nie ma odczucia, że skóra po umyciu nim jest czysta. Ewentualnie można go używać jako dodatek do wykonywania masażu ciała i korzystać z efektu aromaterapeutycznego. Być może sprawdzi się do skóry wrażliwej i delikatnej, ale to nie będzie mi dane sprawdzić, gdyż skórę na ciele mam normalną, bez skłonności do podrażnień.

Pojemność - 200ml
Cena - około 10zł.

Krótko mówiąc peeling do ciała Avon o zapachu czekoladowym czaruje zapachem, ale działanie już nie jest oszałamiające. Osobiście do ciała preferuję mocniejsze zdzieraki o bardziej wyrazistych drobinkach. Po skończeniu opakowania na pewno nie sięgnę po niego ponownie, bo po pierwsze mnie nie zachwycił, a po drugie lubię próbować nowych peelingów.
Dajcie znać czy znacie ten kosmetyk. I czy polecacie jakieś inne peelingi o nieco mocniejszym efekcie ścierania naskórka. Chętnie przyjrzę się innym produktom które mi polecicie. Buziaki!

5 marca 2017

Baza pod cienie do powiek NYX.

Posiadaczki problematycznych powiek, ze skłonnością do nadmiernego przetłuszczania się przyznają mi rację, że dobra baza pod cienie do powiek jest koniecznością jeśli chcemy aby makijaż oka przetrwał nieco dłużej niż godzinę-dwie. Przez moje ręce przeszło już wiele różnych baz pod cienie, a niedawno skusiłam się na bazę pod cienie formy NYX. Biała, satynowa, uniwersalna do każdego makijażu.


Na bazę pod cienie NYX zdecydowałam się zupełnie przypadkiem, kiedy wyrzuciłam stare, przeterminowane kosmetyki, a w tym i bazy. Niestety u mnie makijaż oka nie utrzyma się bez bazy dłużej niż dwie godziny, więc jest to dla mnie konieczność. Nie chciałam też kupować czegoś drogiego, gdyż makijaż wykonuję tylko kiedy mam na to czas, zazwyczaj tylko w weekendy. Więc na pewno nie dam rady zużyć całego opakowania bazy przed utratą ważności produktu. Dlatego baza NYX, która kosztuje około 33zł/7€.
Baza pod cienie NYX występuje w trzech odcieniach do wyboru: biała, biała perłowa oraz nude, czyli w odcieniu skóry. Ja zdecydowałam się na białą, satynową, nie potrzebuję rozświetlenia, a wydawało mi się, że biała bardziej podbije kolor cieni niż ta w odcieniu skóry.


Baza ma maślaną konsystencję, najwygodniej nakłada się ją zwyczajnie - palcem. Dla niektórych może się to wydać nieestetyczne i niehigieniczne, ale wystarczy wcześniej umyć dłonie, potraktować je żelem antybakteryjnym i nie trzeba mieć obaw o bakterie. Baza dobrze rozprowadza się na powiekach, przyjemnie się rozsmarowuje i dobrze pokrywa powiekę. Nakładając ją palcem można odpowiednio dozować jej ilość, z którą też nie można przesadzać. Jeśli nałożymy zbyt dużą ilość bazy, to istnieje ryzyko, że nie spełni swojej roli i sama w sobie spowoduje rolowanie się cieni na powiece. Rozsądnie nałożona nie powinna czynić szkód na oku.


Dobra baza pod cienie powinna także w jakiś sposób podbijać kolor i intensywność cieni do powiek. Baza NYX naturalnie również sprawia, że cienie jakby "przyklejają się" ładnie do powieki i zyskują nieco na intensywności. Widzę to głównie kiedy używam cieni Makeup Revolution, które pigmentacją nie grzeszą, a na bazie NYX zyskują na sile i ich kolor staje się bardziej wyrazisty, wyraźny. Różnicę możecie zaobserwować na zdjęciu poniżej. Najpierw nałożyłam sam cień, później samą bazę, a trzecia wersja to cień nałożony na bazę.


Baza pod cienie NYX spełnia swoją rolę jeśli chodzi o uwydatnianie koloru, ale także podtrzymanie trwałości. Na bazie NYX makijaż oka trzyma mi się spokojnie dobrych 8-9 godzin, później zaczyna się coś dziać od strony wewnętrznego kącika oka. Muszę jednak zaznaczyć w jaki sposób wykonuję makijaż. Otóż najpierw nakładam palcem bazę pod cienie, a następnie gruntuję to cielistym cieniem do powiek. Zwyczajnie w bazę wklepuję pędzlem nudziakowy cień, a dopiero potem robię właściwy makijaż oka. W ten sposób wykonany makijaż trzyma mi się cały dzień na oku, przy czym wieczorem widzę, że przydałoby się ów makijaż zmyć lub w razie potrzeby poprawić.


Dla mnie baza pod cienie NYX jest bardzo przyzwoita i łatwa w użyciu. Spełnia swoje zadanie, sprawia, że cienie na powiece trzymają się długo i wyglądają dobrze. Wersja biała, satynowa jest godna polecenia. Nie wiem do której bazy mogłabym ją porównać, bo do tej pory nie miałam bazy w kolorze białym, zazwyczaj kupowałam takie w odcieniu skóry. Jeśli zastanawiacie się nad zakupem, to warto po nią sięgnąć. Za niewielką cenę otrzymujemy ciekawy produkt.
Dajcie znać czy używacie baz pod cienie, a jeśli tak, to jakich? A może znacie już bazę NYX i macie coś o niej do powiedzenia? Buziaki!

2 marca 2017

Peeling enzymatyczny Sylveco - Papaina, bromelaina, olejek geraniowy.

Peelingi enzymatyczne są szczególnie polecane dla cery suchej, wrażliwej oraz naczynkowej. Ale nie tylko, bo tak naprawdę powinny się sprawdzać przy każdym rodzaju cery. Dlatego ja również lubię czasami po nie sięgać. Podczas ostatniej wizyty w Polsce z ciekawości sięgnęłam po peeling enzymatyczny Sylveco. Zazwyczaj kosmetyki Sylveco dobrze się u mnie sprawdzały, więc i tym razem miałam nadzieję, że tak się stanie. Czy miałam rację?


Peeling o pojemności 75ml zamknięty jest w małym, ale uroczym plastikowym słoiczku tak bardzo charakterystycznym dla tej marki. Słoiczek dodatkowo opakowany jest w uroczy kartonik z pełnym opisem produktu oraz opisem składników aktywnych.
Jego ważność to pół roku od otwarcia opakowania. Przy tym jak bardzo jest wydajny, te 6 miesięcy wydaje się być krótkim terminem. Ale może uda mi się go skończyć w tym określonym czasie.
Zapach peelingu od razu po otwarciu słoiczka jest mocno wyczuwalny, jakby cytrusowo-ziołowy. Dla mnie jest dość interesujący i przyjemny, bynajmniej nie drażniący.


Konsystencja peelingu enzymatycznego Sylveco jest bardzo zwarta, wręcz maślana. Pod wpływem ciepła dłoni i palców peeling staje się bardziej miękki i w rezultacie gładko rozprowadza się po skórze twarzy. Peelingi enzymatyczne mają to do siebie, że nie posiadają drobinek, tylko enzymy złuszczające naskórek, więc nie jesteśmy w stanie podrażnić sobie mechanicznie skóry. Jednak tak jak producent zaznacza, po nałożeniu peelingu możemy poczuć lekkie szczypanie, co jest właśnie efektem działania owych enzymów. Ja u siebie nie zauważyłam szczypania, tylko swędzenie w okolicy żuchwy oraz policzków. Nie jest to jakieś intensywne uczucie, czy powodujące dyskomfort, ale zauważalne. Na szczęście przeczytałam przez użyciem instrukcję oraz zalecenia producenta, więc byłam na to przygotowana.


Peeling należy nałożyć na zwilżoną skórę twarzy i masować przez około 3-5 minut co jakiś czas zwilżając dłonie wodą. Przyznaję, że sam masaż twarzy jest bardzo przyjemny, a już włączając do tego peeling o przyjemnym zapachu i maślanej konsystencji czuję się jak w SPA. Po zmyciu peelingu osuszam twarz i od razu czuję miękkość skóry. Cera jest wyraźnie przyjemniejsza w dotyku. Przy regularnym stosowaniu raz do dwóch razy w tygodniu można zauważyć poprawę stanu cery. Staje się ona wyraźnie wygładzona, a koloryt ujednolicony. Przyznaję, że na początku byłam sceptycznie nastawiona do peelingu Sylveco głównie przez konsystencję i jego oleistość. Ale stosując się do zaleceń producenta udało mi się ten kosmetyk ujarzmić, a przy tym widocznie polepszyć stan mojej cery.


Przez przypadek trafiłam na świetny kosmetyk, z którego jestem naprawdę zadowolona. Ponownie nie zawiodłam się na kosmetyku firmy Sylveco. Za cenę 26zł udało mi się kupić bardzo wydajny i dobrze działający kosmetyk. Dajcie znać czy znacie ten peeling, a może macie innych ulubieńców w tej kategorii? Buziaki!

Skład:
Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Elaeis Guineensis Oil, Theobroma Cacao Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Glyceryl Stearate, Lauryl Glucoside, Papain, Bromelain, Hydroxystearic Acid, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Tocopheryl Acetate, Pelargonium Graveolens Oil, Citrus Limonum Peel Oil, Allantoin, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Geraniol