31 października 2013

Październikowy instagram-mix.

Dzisiejsza notka to tak naprawdę notka o wszystkim i o niczym. 
Piszę do Was prawdopodobnie ostatni raz z mojego aktualnego miejsca zamieszkania. Pakuję się właśnie i w niedzielę z rana ruszam na podbój świata. 
Nie wiem jak długo nie będę pisać, ale podejrzewam, że trochę to potrwa. Mam nadzieję, że do Facebooka i Instagramu będę mieć dostęp, więc polecam śledzenie mnie na tych portalach. 

A dziś kilka zdjęć z mijającego miesiąca października. Zdjęcia oczywiście jak tytuł notki wskazuje, pochodzą z Instagramu :)


1. Czasami trzeba sobie dosłodzić życie. Ja uwielbiam Rafaello, a Wy???

2. Znalezione na spacerze. Jesienne liście z kuleczkami. Do dziś nie wiem o co chodzi z tymi kulkami ;)

3. Taki tam manicure na moich króciakach. 

4. Spontaniczne zakupy poczynione we Wrocławiu.


5. Wieczór przy świeczce La Rissa i z nauką języka niemieckiego ;) 

6. Suszone jagody goji, dorwane w Kauflandzie. Smakują jak siano :( Smuteczek...

7. Delikatny manicure urozmaicony flejksami.

8. Duży kubek kawy zawsze jest dobry! Termo-kubek tym bardziej.


9. Prezent na "pożegnanie" od dobrej koleżanki :) Dziękuję Ewa, wiem, że to czytasz :*

10. Makijaż na poprawiny. Krecha musiała być :D Swoją drogą nieźle się wybawiłam :)

11. Nowa dostawa wosków. Do nowego mieszkania będą jak znalazł. Przynajmniej tak myślę...

30 października 2013

Czym Rodzynka włosy myje. A przy okazji dba o planetę ;)

Szampon do włosów Yves Rocher trafił do mnie trochę przypadkiem. 
Sceptycznie podchodzę do kosmetyków do włosów od YR. 
Ale jak wiadomo - tylko krowa nie zmienia zdania. A że krową nie jestem, toteż zdanie odnośnie tych kosmetyków zmieniłam.


Może nie jest to szampon z kategorii super- hiper- ekstra- idealnych, zwłaszcza dla włosomaniaczek. Jednak ja nie cierpię na alergię SLSową, więc silikony i inne detergenty nie są mi straszne. 
Szampon ma myć, znośnie pachnieć i nie podrażniać skóry mojej głowy. Czy ten sprostał moim oczekiwaniom??? 
Zobaczmy najpierw co szamponie mówi nam producent:


Moje stałe czytelniczki wiedzą, że mam włosy, które wiecznie się plączą. Dlatego zazwyczaj bez odżywki ani rusz, chyba że chcę sobie wyrwać połowę włosów. Dobry szampon to już połowa sukcesu. I takim szamponem jest właśnie Yves Rocher Radiance Shampoo.

Jeżeli chodzi o butelkę, to jest ładna, zielona, zwyczajna. Widać ubytek szamponu, a także nie ma problemu ze zużyciem kosmetyku do ostatniej kropelki. Otwór wygodny, możemy dozować ilość szamponu według własnej potrzeby.

Bez owijania w bawełnę - dobrze myje włosy i skórę głowy. Pachnie delikatnie i świeżo. 
Po umyciu włosów nie muszę stosować odżywki, żeby rozczesać włosy. Jest sukces :) 
Na dłuższą metę nie podrażnił mi skóry głowy, nie nabawiłam się łupieżu ani innych sensacji. 


Butelka ma 300ml i zapłacimy za nią około 16zł. Szampon jest bardzo wydajny, więc cena jest tutaj adekwatna do wydajności. Wystarczy odrobina szamponu, żeby umyć średniej długości włosy, przy czym szampon pięknie się pieni i otula nasze włosy. 
Nie spodziewałam się, że tak się polubię z szamponem Yves Rocher, po wcześniejszym sparzeniu się na odżywce z pszenicą. Ten szampon na moich włosach się sprawdził.

27 października 2013

Zapachowy weekend part 6. Tym razem z Shakirą.

Uwielbiam otaczać się słodkimi zapachami. Najlepiej żeby towarzyszyły mi cały czas. Żebym mogła upajać się nimi, rozkochiwać się w nich wciąż na nowo. Uwielbiam zapachy orientalne, słodko-orzeźwiające, ale także te ciężkie, ambrowe czy piżmowe. Myślałam, że nie znajdę niczego pomiędzy tym wszystkim. Jednak się myliłam. 


Wodę toaletową S by Shakira, sygnowaną nazwiskiem znanej piosenkarki dostałam w prezencie. Mimo iż obawiam się tego typu prezentów, bo zazwyczaj wolę sama wybrać dla siebie zapach, to okazał się on trafnym wyborem. 

Na początku poczułam woń kwiatową. Odurzyły mnie kwiaty, mocny zdecydowany zapach jakbym weszła wprost do ukwieconego ogrodu. Musiałam trochę ochłonąć i złapać oddech. Przespacerowałam przez ten ogród - zrobiłam to czym prędzej, bo nie przepadam za zapachem kwiatów. Zaraz potem moje nozdrza zostały uraczone słodką wanilią, ambrą i nutami drzewnymi. Na to właśnie czekałam. Jest słodko, ale nie zbyt słodko. Intensywnie, ale nie dusząco. Idealnie. 

Mam wrażenie, że z tą wodą toaletową nie da się przesadzić. Nawet jeśli skropimy się nazbyt mocno, to nie uzyskamy przesadnie intensywnego zapachu. Jest to raczej woda toaletowa na dzień, bo wieczorem może zaginąć, zamiast wybijać się i uwodzić. Kompozycja dziewczęca znajdzie uznanie wśród kobiet lubiących delikatną słodycz owianą nutą orientu. Nic odkrywczego, ale coś urzekającego mają w sobie. 


Flakon jest pękaty, ale mało oryginalny. Złote metalowe wykończenia chyba miały wyjść "na bogato", ale czy faktycznie wyszły? Zakrawa o kicz. No ale już się nie czepiajmy. Butla o pojemności 80ml wystarczy mi z pewnością na bardzo bardzo długo. Co niesamowicie mnie cieszy. 
Lubię otulać się tym zapachem. Żałuję tylko, że dość krótko utrzymuje się na mojej skórze, bo zaledwie kilka godzin - trzy, w porywach do czterech. 
Co prawda nie jest to zapach nowy, bo miał swój debiut już w 2010 roku, ale ja nie czuję parcia na nowości. Teraz, po trzech latach ta woda toaletowa kosztuje w Polsce około 80-100zł. Nie jest to zawrotna kwota przy pojemności 80ml. Zwłaszcza dla osób wielbiących tego typu zapachy.

 Skład perfum Shakira S:
nuty głowy: jaśmin
nuty serca: benzoes
nuty podstawy: wanilia, ambra, nuty drzewne

26 października 2013

Zwyczajny-niezwyczajny lakier P2.

Rzadko miewam ochotę na niebieskie paznokcie. 
Odnoszę wrażenie, że przy klasycznym niebieskim kolorze paznokci, moje dłonie wyglądają sino i trupio.
Ale kiedy nadchodzi dzień, że chce mi się właśnie niebieskiego, to muszę mieć jakiś egzemplarz w zanadrzu. 


P2 Color Victim, 570 so cool!

Głęboki niebieski kolor, elegancki i uniwersalny. Nie każda kobieta lubi wykończenie typu frost, jednak tutaj ono bardzo pasuje. Nadaje lakierowi charakter. Nie wyobrażam sobie tego lakieru w kremie. Byłoby nudno i zwyczajnie. 

Przyjemny w obsłudze, nie pozostawia strasznie widocznych pociągnięć pędzelka na paznokciach. 
Takie lakiery albo się kocha, albo nienawidzi. 
Muszę przyznać, że osobiście jednak chętniej bym go zobaczyła na długich paznokciach.

Wydaje mi się podobny do lakieru MIYO Nailed it! No 25 Magic, jednak jeszcze nie udało mi się zrobić ich porównania. Postaram się zrobić to jutro, a efekty wrzucę na Facebooka :)

Aha, pamiętajcie koniecznie, żeby pod niebieskie emalie nakładać ze dwie warstwy lakieru podkładowego. W innym wypadku istnieje prawdopodobieństwo, że odbarwicie sobie płytkę.



25 października 2013

Miód na moje usta. Tisane.

Do słynnego Tisane długo było mi nie po drodze. 
Kosmetyk naturalny, zdobywca kilku nagród konsumenckich. 
Nareszcie sama przekonałam się, co ma w sobie ten słynny balsam do ust.


Niepozorne kartonowe pudełeczko, a w nim mały, plastikowy słoiczek. Wszystko to odziane w skromną biało-czerwoną szatę graficzną. Mało krzykliwe, ale i mało zachęcające na pierwszy rzut oka. Ale jak mówi przysłowie "Nie szata zdobi człowieka", tak i w przypadku niektórych kosmetyków znajduje to zastosowanie.


Balsam w kolorze miodowym, pachnie słodziutko niczym laska wanilii. Słodko, ale nie intensywnie i nie męcząco. Wiele osób będzie się czepiać, że opakowanie niehigieniczne, że palcami trzeba gmerać. A mnie to nie przeszkadza. Właśnie dobijam dna i nie narzekam :) 
 
Na plus dodatkowe zabezpieczenie balsamu folią aluminiową. Świetna ochrona zawsze w cenie :) 
A teraz czas na konkrety, czyli aplikacja i działanie. Aplikacja świetna, produkt jest odpowiednio miękki, a właściwie odpowiednio twardy ;) Jakkolwiek. Dobrze się rozprowadza na ustach, nie pozostawia żadnego koloru, tylko delikatny połysk. 
Działa tak jak na dobry balsam do ust przystało. Chroni usta, pielęgnuje je. Po kilku aplikacjach moje usta są miękkie, zregenerowane, natłuszczone i w dobrej kondycji. 
Cena również zachęca do zakupu, bo za słoiczek o wadze 4,7g zapłacimy około 6-8zł. 
Co najlepsze - jeśli nie sprawdzi Wam się na ustach, to zawsze możecie go zużyć na inne wyjątkowo suche miejsca typu łokcie czy kolana. Kosmetyk wielofunkcyjny :) 

24 października 2013

Koralowy nudziak. Ten, którego szukałam.

Nie wiem dlaczego ten lakier przeleżał w mojej szufladzie kilka miesięcy zanim pierwszy raz go użyłam. 
Po pierwszym razie oszalałam na jego punkcie. Śliczny, delikatny, dziewczęcy. 
Jeżeli szukacie ładnego nudziaka, ale nie takiego typowego, to koniecznie zajrzyjcie do tej notki. 


Lakier o którym dzisiaj mowa, wygrzebałam z szafy Pierre Rene w Drogerii Natura.
Muszę przyznać, że w buteleczce nie zapowiadał się na jednego z moich ulubieńców. 
Po nałożeniu na paznokcie zrobił na mnie spore wrażenie. Delikatny, brzoskwiniowo-różowy. 
Elegancki, a jednak dziewczęcy. 
Do jego zalet zaliczam wygodny, szeroki pędzelek i krycie po dwóch warstwach. Oraz moje ulubione, kremowe wykończenie. Bez zbędnych udziwnień.
Za buteleczkę lakieru o pojemności 11ml zapłacimy około 10-12zł. 



Seria Top Flex wydawała mi się przewidywalna i mało ciekawa. 
Odcień z numerem 210 o wdzięcznej nazwie Oriental Coral okazał się jednak strzałem w dziesiątkę.
Lubię mieć kilka takich "bezpiecznych" kolorów w swojej szufladzie z lakierami.

23 października 2013

Kąpiel w kawiorze - luksus, czy wątpliwa przyjemność?

Jak w tytule - czy kąpiel w kawiorze okazała się dla mnie doznaniem luksusowym, czy raczej wątpliwą przyjemnością, o tym możecie się przekonać czytając notkę poniżej. 
Mowa jest oczywiście o kawiorze przeznaczonym stricte do kąpieli. 


Biała czekolada, kuleczki kawioru, wanna... Brzmi co najmniej zachęcająco. I ta wizja skłoniła mnie do zakupu kawioru do kąpieli o aromacie białej czekolady. Stara Mydlarnia kojarzyła mi się raczej pozytywnie, więc długo się nie wahałam i zapłaciłam 15zł za butlę kawioru. 


Zacznijmy od tego, że samo opakowanie jest jakimś nieporozumieniem. Wygląda to tak, jakby ktoś pomylił butelki i zamiast wlać do niej płyn do kąpieli, wsypał tam nieszczęsne kawiorowe kuleczki. Przez przygotowane otwarcie kosmetyku, nie wysypuje się ani jedna kuleczka. Trzeba odkręcić korek i w ten sposób wysypywać kulki. Innego pomysłu nie mam. 


Sam kosmetyk okazał się tak samo wielką pomyłką jak jego opakowanie. Zapach? Jakby go wcale nie było. Niby coś tam słodkiego, tiru riru, ale mało intensywny i mało konkretny. 
Kawior lekko zabarwiał wodę, wyglądała jakby była ubrudzona, piany nie dawał żadnej. Czy wsypywałam go pod bieżącą wodę, czy nie - bez efektu. 
Działanie na skórę - nie zauważyłam. Ani ona nawilżona, ani natłuszczona, ani zapach się nie utrzymał. 
Wydajność? Brak. Co mam na myśli? Kilka użyć i ujrzałam dno. W tym wypadku mnie to ucieszyło. Takich marnych kawiorów w swej łazience już nie chcę widzieć...
Dla mnie to kosmetyk nijaki, nic nie robiący. Zdecydowanie bardziej polubiłam się z solą do kąpieli produkowaną dla Biedronki ;) 

Skład: Urea, Parfum, Coumarin, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Mica, Cl 77492/77891

22 października 2013

Iskrzący manicure z Essie i p2.

Ostatnio bardzo polubiłam się z czernią na paznokciach okraszoną dodatkowo glitterami. 
Uwielbiam efekt roziskrzonych drobinek mieniących się na ciemnej bazie. 
Niczym letnie niebo obsypane tysiącami gwiazd... Można by się rozmarzyć patrząc na paznokcie :) 


Jako bazy użyłam mojej ukochanej czerni - Essie. Jednowarstwowa głęboka czerń, trwała i szybkoschnąca. Nie sposób nie lubić tego lakieru :) 


Piękny kolorowy glitter to emalia niemieckiej firmy P2. Cudowny połysk, multum kolorów, równo rozkładające się drobinki - glitter idealny :) 


Razem tworzą bardzo zgrany duet. Łącząc je, miałam wizję. Jednak ta wizja była niczym w porównaniu do tego, co ostatecznie osiągnęłam. Paznokcie w świetle słonecznym wyglądały wyśmienicie. Możecie mi wierzyć na słowo, że zdjęcia nie oddają uroku tego manicure. 




21 października 2013

Mierzę się z legendą - czarna kredka żelowa Avon SuperShock.

Kredki żelowe do oczu Avon Super Shock od dawna cieszą się powodzeniem. 
Pierwszą kredko żelową Super Shock jaką miałam, była ta w kolorze khaki. Spodobała mi się na tyle, że skusiłam się także na zakup czarnej. Czy jakościowo różnią się od siebie? 


Kredka żelowa z powodzeniem może zastąpić tradycyjny eyeliner. Trzeba tylko zawsze pamiętać o temperówce - bo kredka wymaga częstego ostrzenia jej.
Zdecydowaną wadą jest dostępność, bo tylko można je nabyć przez konsultantki. 
Cena to około 15zł w promocji, w cenie regularnej trochę więcej, ale ja bym więcej za kredkę tego typu nie zapłaciła ;P 


Jak można zauważyć kolor kredki jest kruczoczarny, na powiece wygląda identycznie. Nie zmienia się w coś szaro-podobnego - jest to intensywny, czarny kolor. Pigmentacja na plus.
Kredka jest bardzo miękka - nie drapie powieki, lekko sunie i gładko maluje kreseczkę. 
Po stępieniu się końcówki nie ma większych problemów z ponownym jej zatemperowaniem

Jedynym problemem okazało się odbijanie kreski na górnej powiece. O ile w przypadku kredki w kolorze khaki nigdy mi się to nie zdarzyło, o tyle z tą czarną już miałam kilka niemiłych przygód. Zwłaszcza, kiedy chcę namalować wyrazistą, grubą kreskę, którą kilka razy poprawiam. Wtedy ksero na powiece jest murowane. I na nic tutaj zdaje się baza. Niestety. 

Fajne jest też to, że kredkę można załagodzić, rozcierając ją gąbeczkowym aplikatorem. Często tak robię, kiedy nie chcę ostrej krechy, a jedynie mam ochotę zagęścić optycznie rzęsy. W tej roli sprawdza się genialnie.

Poniżej możecie zobaczyć makijaże, w których kreska została wykonana tą właśnie kredką:


20 października 2013

P2 Color Victim 996 before sunrise - lakier, który łapie za serce.

Lakiery p2 z serii Color Victim nigdy nie wzbudzały we mnie większego zainteresowania.
Jakoś kolory wydawały mi się niespecjalne, nie czułam wewnętrznej potrzeby posiadania ich.
Jednak przypadkiem dwa lakiery p2 Color Victim trafiły w moje ręce. Jak się okazało - wiele traciłam nie interesując się nimi wcześniej. Po pomalowaniu paznokci pierwszym z nich przepadłam. 


Kolor w buteleczce mnie zaintrygował. Ciemny, z refleksami mieniącymi się na złoto, niebiesko, bordowo. 
Mimo iż nie przepadam za ciemnymi kolorami na swoich krótkich paznokciach, tak te mogę nosić. Podoba mi się bardzo. Pewnie przez to, że ma kolor, który w każdym świetle wygląda inaczej. 
Swoją drogą urzekła mnie nazwa lakieru i przyznam, że jest bardzo trafna :)


Producent obiecuje szybkie schniecie, wysoki połysk i wygodne malowanie. Z tym ostatnim się nie zgodzę, bo pędzelek dla mnie jest mało wygodny, ale pewnie też znajdzie swoje fanki. 
Buteleczka wielkości tych z Wibo czy też Miyo, zawiera 8ml emalii. 

Kolor na paznokciach jest fascynujący. W świetle to bordo, pod światło śliwka. Między tym iskrzy złoto, błękit i miedź. Coś niesamowitego. Zresztą same popatrzcie.




Jak Wam się podoba? Moim zdaniem wpasowuje się idealnie w obecny, jesienny klimat. 
Oczywiście lakierów p2 szukajcie w drogeriach internetowych z niemieckim asortymentem, bądź w DM ;)

19 października 2013

Zapachowy weekend part 5 - woski YC, które mnie nie zachwyciły.

Teoretycznie znam swój gust. Jeżeli chodzi o zapachy, bywa z tym różnie. 
Czasami po opisie zapachu wydaje mi się, że jest on wprost stworzony dla mnie. 
Ale kiedy przychodzi rozczarowanie, zaczynam wątpić czy faktycznie znam swoje upodobania... 


Dziś kilka słów o woskach zapachowych Yankee Candle, które swym zapachem mnie nie porwały. 
Sądziłam, że lubiąc męskie zapachy, wody toaletowe wprost uwielbiam wąchać, to i woski o bardziej perfumowanych aromatach polubię. No chyba jednak w tej wersji do mnie nie przemawiają. 


November Rain pochodzi z tegorocznej jesiennej serii zapachów Yankee Candle. 
Naczytałam się obietnic, że wosk pachnie jak świeże powietrze po deszczu, że jest w nim mieszanka mokrych liści i bursztynu, że ma w sobie coś ciepłego. A guzik! 
Dla mnie on pachnie morską bryzą zamkniętą w kostce mydła. Zapach jakiś taki płaski, mydlany. Męski? Owszem. Ale to nie jest to, czego szukam w mężczyźnie. 


Beach Wood również kojarzony jest z typowo męską wonią perfum. Co jest dziwne, bo teoretycznie co mają drzewo i plaża do mężczyzny? No coś tam widocznie mają współnego. 
Jest to owszem zapach męski, jednak z kategorii tych bardziej orzeźwiających - świeżych. Nie jest mocny, wręcz wieje od niego delikatnością. Nawet w moim niedużym pokoju czuć go słabo. Nikogo nie rozboli od niego głowa - tego jestem prawie pewna. 
Co w nim czuję? Zapach delikatnych perfum typu unisex, świeżych, nie męczących.
Paliłam go wtedy, kiedy nie miałam pomysłu na coś konkretnego. Taki nijaki wosk idealnie wypełniał moją "dziurę zapachową". Piszę w czasie przeszłym, ponieważ akurat dzisiaj dopaliłam ostatni kawałek tego wosku :) 


Midsummer;s Night to najbardziej męski wosk, jaki posiadam. Już nawet ciemny, mroczny kolor daje do myślenia. Piżmo, paczula, szałwia - dla mnie brzmi obłędnie. Jak się jednak okazało, takie połączenia toleruję tylko w wodach toaletowych. 
Wosk mnie męczy okropnie, po kilku minutach muszę gasić podgrzewacz w kominku, bo nie wiem co mam ze sobą zrobić. Odnoszę wrażenie, że siedzi obok mnie chłopaczek, który wylał na siebie pół butelki tanich perfum. Mam ochotę go niegrzecznie wygonić i zostać sama...

18 października 2013

Nie lubię i nie polecam. Peeling do ciała BeBeauty borówkowy.

Sporo kosmetyków z sieci marketów Biedronka cieszy się sporym powodzeniem. Sama przepadam wręcz za płynem micelarnym BeBeauty, polubiłam się też z odżywką do włosów Elisse. Niestety dwa razy już nacięłam się na peelingi produkowane dla Biedronki. Mówi się, że do trzech razy sztuka, lecz tutaj niestety trzeciego podejścia nie będzie. Mam serdecznie dość po tych dwóch peelingach, które ostatecznie z wielką niechęcią zużyłam. 


Peelingi do ciała BeBeauty wracają często do Biedronek przy okazji gazetek kosmetycznych, ale ja je także widuję pomiędzy tymi akcjami. Ostatnio kilka słoiczków stało sobie na dolnej półce i złowrogo na mnie spoglądały. 
W takim wspominanym plastikowym słoiczku znajduje się 200ml kosmetyku. Jest on dodatkowo zabezpieczony srebrną folią, więc nikt nie umoczy w nim palców. 
Producent obiecuje nam spoooro, rzekłabym iż to byłoby zbyt piękne gdyby mogło być prawdziwe...


O tym peelingu mogę powiedzieć tyle...złego, że sama nie wiem od czego mam zacząć. 
Zacznijmy od zapachu, który uderza w nos od razu po otwarciu. Dla mnie to smród sfermentowanych owoców, bądź też starego, zepsutego kompotu. Ble. 
Konsystencja do kitu. Zbyt rzadka, jak rozwodniony kisiel. Drobinki są, ale lipne. Duże i mało ich, gubią się w tym kisielu, słabo ścierają mimo iż są sporych rozmiarów. Nie czuję po tym peelingu gładkości jaką zazwyczaj odczuwam po innych peelingach.
Wydajność też słabiutka, słoiczek wystarcza zaledwie na kilka razy. Pewnie wpływ ma na to sama konsystencja.
Cena 8zł/200ml.


Pierwszy peeling z tej firmy i serii miałam o zapachu mango - nie sprawdził się. Spróbowałam kolejnego i również nie spełnił moich oczekiwań. Zdecydowanie to nie moja bajka. Wolę dołożyć te 3 złote i kupić peeling Hean, o którym pisałam TUTAJ ;) Teraz męczę peeling solny Hean, niedługo pewnie też Wam trochę o nim opowiem :)

17 października 2013

Dwukolorowy manicure piaskowy.

Jak już ktoś słusznie zauważył - lakiery piaskowe zawładnęły kosmetyczną blogosferą. 
I ja poddałam się ogólnemu poruszeniu i od kilku miesięcy co jakiś czas sięgam po lakiery o wykończeniu piaskowym. Dzisiaj przedstawiam manicure z lakierami firmy P2, z czego jednego już się pozbyłam ;) 


Lakiery piaskowe niemieckiej marki P2 charakteryzują się brokatowymi drobinkami, połyskiem i chropowatą fakturą. Podoba mi się efekt, jaki możemy uzyskać dzięki nim. Choć stosunkowo ciężko się je zmywa, to i tak lubię je nosić na paznokciach. Są tanie, bo kosztują niecałe 2 Euro, czyli około 8zł, a ładne i trwałe. Jeżeli ktoś nie lubi tego typu faktury, zawsze może nałożyć dwie warstwy bezbarwnego top coatu i cieszyć się gładkimi paznokciami i lśniącą taflą. 


Do przedstawionego dzisiaj manicure użyłam dwóch odcieni:
- 010 Adorable, czyli słodki róż. Nieco zalatujący kiczem i kojarzący się z lalką Barbie, ale już w połączeniu z innym kolorem zyskuje klasę i nieco pazura. Tego lakieru już się pozbyłam drogą wymiany :) 
- 060 Strict, czyli żywe sreberko. Szaro-srebrny połyskujący lakier sam w sobie może być nieco smutny i przytłaczający, dlatego połączyłam go z różem. Wydaje mi się, że podołał wyzwaniu i nieco przypiłował ten słodki róż.



16 października 2013

Pachnąca wanna z olejkami Bielendy - relaksujący i antycellulitowy.

Już kiedy zobaczyłam zapowiedzi nowości Bielendy, w oczy rzuciły mi się olejki do kąpieli.
Mimo iż często zdarzają mi się kąpielowe buble, z entuzjazmem wzięłam się za testowanie tych olejków. 
No i nie pożałowałam. Tak jak miłością wielką darzę olejki Kneipp, tak samo pokochałam olejki Bielendy. 


W serii Aromatherapy znajdują się cztery wersje zapachowe olejków:
  1. Zielona herbata + trawa cytrynowa
  2. Mandarynka + verbena
  3. Lawenda + eukaliptus
  4. Cyprys + olejek grejpfrutowy
Ja miałam dwie ostatnie wersje zapachowe. Każda ma mieć inne właściwości, co po części się sprawdziło u mnie. Ja stosowałam olejki do kąpieli w wannie, jednak nadają się one także do stosowania pod prysznicem. Należy na zwilżoną gąbkę wycisnąć trochę olejku i można zażywać kąpieli. Mnie niestety nie było to dane.


Relaksujący olejek lawendowo-eukaliptusowy z założenia miał trafić w ręce mojej mamy. No właśnie, z założenia. Oddałam jej go, ponieważ nie lubię zapachu lawendy. Po otwarciu buteleczki, czuć tylko lawendę. Jednak skusiłam się na własną odpowiedzialność użyć tego olejku. I jak się okazało - przepadłam. Wylewając pod strumień wody odrobinę olejku zaczęłam się rozkoszować zapachem eukaliptusa. Coś pięknego, orzeźwiającego, oczyszczającego górne drogi oddechowe. Polecam osobom zakatarzonym oraz mającym kłopoty z zatokami. Jestem pewna, że po takiej kąpieli będziecie się czuć o niebo lepiej. 
Faktycznie kąpiel relaksuje, z łazienki wychodzę wypoczęta, zostawiam za sobą trudy całego dnia, zapominam o całym świecie. Jestem gotowa na nowe doznania :) 

Skład: Aqua (Water), Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Parfum (Fragrance), Glycerin, Propylene Glycol, Urtica Dioica (Nettle) Leaf Extract, Citric Acid, Polysorbate - 20, Pottasium Sorbate, Sodium Benzoate, Limonene, Linalool.


Drugi z olejków, które posiadałam i z przyjemnością zużyłam to ten o zapachu cyprysu oraz olejku grejpfrutowego. Zapach bardzo ciekawy, do tej pory nie miałam styczności z takim połączeniem zapachów. Przyznam, że połączenie jest udane. Zapach nie jest męczący, ani zbyt intensywny. 
Olejek wylany pod strumień wody świetnie się pieni, do tego pianka jest trwała, nie znika po kilku minutach. 
Tak jak producent obiecuje, po kąpieli na ściankach wanny nie pozostaje tłusty ani brudny osad. 
Czy coś bym zmieniła w tych olejkach? Tylko cenę, bo za 300ml musimy zapłacić około 17zł. To sporo w porównaniu do innych kosmetyków kąpielowych tej pojemności. Mimo iż olejki są dość wydajne, to jednak nadal cena jest nieco zbyt wygórowana. Te 10zł mogę dać, więc będę polować na promocje, żeby złapać jeszcze olejek o zapachu mandarynka-verbena :)
Aha, no i ta nazwa na wyrost - "olejek"... Toć to płyn do kąpieli ;)

Skład: Aqua (Water), Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Coco Glucoside, Parfum (Fragrance), Glycerin, Propylene Glycol, Centella Asiatica Leaf Extract, Aesculus Hippocastanum (Horse Chestnut) Seed Extract, Citric Acid, Polysorbate - 20, Pottasium Sorbate, Sodium Benzoate,Alpha-Isomethyl Ionone, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.