28 stycznia 2015

Zużyte, wyrzucone po raz trzeci.

Oj dawno już nie wrzucałam tutaj swoich zużyć. Wstyd się przyznać, ale ostatnio taki post pojawił się w czerwcu 2014... Przez ten czas nazbierałam spooooro pustych opakowań po kosmetykach, ale niestety kilka przez nieuwagę zdążyłam wyrzucić. Ale i bez nich kolekcja śmieci jest spora i mam co pokazywać ;)


Suche szampony - Batiste (jakże osławiony) oraz Syoss. Nieco się od siebie różnią, o dziwo na korzyść Syoss. Był bardziej wydajny, nie pozostawiał na włosach białego nalotu. Choć wolę myć włosy tradycyjnymi szamponami i przy użyciu wody, to lubię mieć taki szampon w zapasie w razie sytuacji, gdzie szybko muszę odświeżyć włosy. Raczej będę teraz szukać szamponu Syoss, ale kto wie, czy nie sięgnę jeszcze kiedyś po inny wariant od Batiste.


Tutaj mamy szampony tradycyjne. Alterra z granatem i aloesem oraz brzoskwiniowy z pszenicą. Jednak jakoś już przestały mnie zachwycać i mam obecnie w użyciu kilka innych szamponów ;) Niewątpliwą zaletą szamponów Alterra jest ich cena - są nieprzyzwoicie tanie. Co prawda dobrze oczyszczają też włosy, ale ja lubię urozmaicenie w pielęgnacji włosów.


Odżywki i maski do włosów.
Gliss Kur ekspresowa 1-minutowa odżywka, która z moimi włosami robiła...niewiele. Jest przeznaczona do włosów suchych i ma je dobrze pielęgnować, ale na moich włosach się nie sprawdziła.
Alterra z granatem i aloesem kiedyś była moją ulubioną odżywką, ale ostatnio zaczęła mi obciążać włosy, nawet po bardzo dokładnym spłukaniu. Muszę sobie zrobić od niej mały odwyk. 
Alverde z aloesem i hibiskusem też już nie służy moim włosom tak jak kiedyś. Zanim zaczęłam je farbować była dla mnie idealna, ale teraz obkleja moje włosy co w efekcie wygląda bardzo niekorzystnie. 
Henna Wax z Pilomaxu dla odmiany dobrze mi służyła. Szkoda, że miałam tylko takie małe opakowanie, bo chętnie poużywałam bym jej jeszcze trochę :)


Dłonie i paznokcie.
Zmywacz do paznokci to dla mnie kosmetyk, który muszę mieć zawsze w domu. Te z Isany świetnie zmywają lakier i nie wysuszają mi skórek i paznokci. Teraz zaopatrzyłam się w dużą butlę w wersji zielonej. 
Peeling do rąk Eveline to mój ulubieniec i właśnie mam w użyciu drugą tubkę. Nie dość, że ładnie pachnie, dobrze ściera naskórek, to jeszcze dodatkowo nawilża skórę. Jeśli chcecie więcej poczytać na jego temat, to zapraszam do recenzji TUTAJ
Krem do rąk Eveline w okresie letnio-jesiennym tez się u mnie dobrze spisywał. Jest lekki, nie zostawia tłustej warstwy, ale obecnie używam nieco bardziej treściwych kremów do rąk. 
Masło do paznokci w sztyfcie od Oriflame bardzo sobie oszczędzałam. Konkretne, treściwe i świetnie natłuszczające paznokcie. Dobra alternatywa dla olejków, bo takie masełko można wrzucić do torebki i używać w ciągu dnia.


Olejki do kąpieli od Bielendy nie były dla mnie nowością. Bardzo je lubię za zapach i za uprzyjemnianie kąpieli :) Bardziej spodobała mi się wersja z mandarynką i werbeną, ale ten z zieloną herbatą i trawą cytrynową też był niczego sobie. Z tym, że każdy ma zadanie robić co innego. Mandarynka ma uspakajać i będzie idealna na wieczorną kąpiel. Natomiast zielona herbata pobudza i świetnie nadaje się na poranną kąpiel.


Żele pod prysznic Lirene. Fajne, przyjemne, ale bez efektu "WOW". Używałam ich jesienią, a co za tym idzie w tym okresie bardziej odpowiadała mi wersja gruszkowa. Naturalne zapachy, pozytywnie nastrajające kolory i formuła nie wysuszająca skóry przemawia za tymi produktami. Na minus jedynie słaba wydajność.


Kolejne produkty kąpielowe.
Żel pod prysznic od Isana z jogurtem i witaminami był nijaki. Fakt, da się nim umyć, ale ja lubuje się w intensywnych zapachach, czego tutaj nie doświadczyłam. Miałam już inne wersje zapachowe, które były nieco lepsze. Tutaj też kremowa formuła nie do końca mnie do siebie przekonała. 
Olejek do kapieli Tutti Frutti od Farmony to było bardzo przyjemne doświadczenie. Cudowny zapach, kolor i wydajność. Tak intensywna wiśnia to dla mnie coś pięknego. Jeśli nie zapomnę , to podczas kolejnego wyjazdy do Polski zaopatrzę się w te olejki i może skuszę się na inne wersje zapachowe. 
Kremowy żel pod prysznic Dove okazał się być naprawdę kremowy i w tym przypadku ta formuła mi nie przeszkadzała. Zapach typowy dla Dove, delikatny i odprężający. Kiedy nie miałam ochoty na żaden konkretny, intensywny zapach, sięgałam po ten żel.


Płyny micelarne idą u mnie jak woda.
Loreal Hydra Active 3 okazał się być u mnie godnym następcą tego z serii Ideal Soft. Świetnie radzi sobie z makijażem, domywa go dokładnie i nie powoduje nieprzyjemności typu pieczenie na twarzy. Dwie zużyte buteleczki świadczą o tym, że chętnie do niego wracam, a zarazem polecam po niego sięgnąć :)
Micel 3w1 od Nivea jest również nie najgorszy. Z makijażem twarzy radzi sobie wyśmienicie, ale do demakijażu oczu już go nie używam. Nie wpływa negatywnie na stan mojej cery i używam go zamiennie z micelem od L'Oreal. Ale tylko dlatego, że mam do niego łatwiejszy dostęp ;)
W słynny micel od Garnier zaopatrzyłam się w sierpniu, kiedy to byłam w Polsce na urlopie. W ciemno wzięłam dużą butlę 400ml , ale ryzyko mi się opłaciło. Zmywał dobrze makijaż, wystarczył na długo i już wiem skąd tyle pozytywnych opinii się wzięło ;) 


Coś do mycia twarzy.
Emulsja do twarzy z granatem od Alterra niczego mi nie urwała. Nie będę się znowu rozpisywać, bo notka na jego temat pojawiła się TUTAJ.
Żel do mycia twarzy firmy Eva też okazał się przeciętniakiem, o bardzo rzadkiej, płynnej konsystencji. Nie odpowiadało mi to, bo żel przelewał mi się przez dłonie i ciężko było mi umyć w ten sposób twarz. Specjalnych właściwości tez nie miał, więc ostatecznie zużyłam do do mycia pędzli do makijażu :) 
Fluid do mycia twarzy Rival de Loop okazał się być najlepszym z całej tej trójki. Gęsta konsystencja, nie wysusza twarzy, delikatnie pachnie i jest wydajny. Ten kosmetyk jeszcze na pewno zagości w mojej łazience.


Dwie tubki zużytego peelingu do twarzy Neutrogena mówią same za siebie. Pieśń pochwalną wysmarowałam temu peelingowi w TYM wpisie, więc odsyłam do poczytania :) 
Peeling do twarzy L'Oreal Triple Active okazał się strasznym zdzierakiem - drobinki były ostre i nieprzyjemne. Męczyłam go długo i byłam prze-szczęśliwa jak już dobiłam do dna ;)


Kremy do twarzy.
Siarkowa moc krem antybakteryjny matujący na początku nawet mi odpowiadał, ale z czasem jego zapach zaczął mnie mocno denerwować. Odstawiłam go, zapomniałam o nim i jego termin przydatności przepadł. Nie zużyłam go do końca, ale mimo to wylądował w koszu. 
Effaklar Kod La Roche-Posay miał być u mnie następcą Effaclaru Duo, ale mimo zużycia całej tubki sama nie wiem co mam o nim myśleć... Producent określa go mianem odnawiającego kremu do cery tłustej, który ma przeciwdziałać nawrotom niedoskonałości. A u mnie z tymi niedoskonałościami bywało różnie. Raz się pojawiały, raz było spokojnie. Effaclar K nie miał na nie żadnego wpływu, bo po jego odstawieniu cera zachowywała się tak samo. Z moich obserwacji wynika, że na moją cerę ten krem nie działa, nie robi z nią nic.
Clinique krem-żel nawilżający i zatrzymujący wodę w skórze. To mój mały hit. Mimo iż miałam tylko mały słoiczek o pojemności 15ml, to zdążyłam się zachwycić działaniem, wydajnością i ciekawą konsystencją. Jakoś na wiosnę, w okolicy marca chcę zaopatrzyć się w pełen wymiar.


Nivea płyn do demakijażu oczu. Kosmetyk, który idealnie nadaje się na wyjazdy - jest nieduży, zmieści się do każdej kosmetyczki. Przy tym radzi sobie z demakijażem oczu (nie używam tuszy wodoodpornych) i nie podrażnia oczu.
Kapsułki z tygodniową kuracją do suchej skóry od Rival de Loop nie są dla mnie żadną nowością. Sięgam po nie w momencie, kiedy czuję, że moja cera potrzebuje czegoś więcej, jest sucha i mało elastyczna. Kapsułki faktycznie działają, poprawiają stan skóry, a do tego są tanie i łatwo dostępne (Rossmann).


Ochrona w postaci antyperspirantów. 
Żelowy Lady Speed Stick miałam po raz pierwszy, ale już raczej na taką formułę się nie skuszę. Drażni mnie mokra formuła żelu, która długo wysycha i nie daje mi poczucia świeżości. Owszem, chroni przed nadmiernym poceniem, ale standardowe sztyfty też sobie z tym nieźle radzą.
Rexona Invisible Diamond. Zoila straszyła mnie, że one duszą niemiłosiernie i po aplikacji trzeba uciekać. Mnie na szczęście nie dusiły :) Zapach jest dla mnie znośny, ale ochrona niewystarczająca. W ciągu dnia moja świeżość ulatnia się i niestety czuję się tak, jakbym rano nie użyła żadnego antyperspirantu.


Wkłady do mojej golarki Wilkinson Intuition. Zaręczam, że było ich o wiele więcej, ale że są małe i niepozorne, to zapodziały się gdzieś w akcji. Szczerze mówiąc obojętnie jaką wersję kupowałam, to nie różniły się one zbytnio między sobą, no ewentualnie zapachem. Wszystkie mydełka w tych wkładach działają tak samo, są tak samo wydajne. Po więcej informacji odsyłam Was do wpisu na temat mojej golarki TUTAJ.


Nareszcie coś z kolorówki ;)
Podkład Manhattan Easy Match Make Up w kolorze Soft Porcelain 30. Najjaśniejszy z podkładów drogeryjnych jakie kiedykolwiek miałam. Co prawda jest lekki, ale słabo kryje. Dla mnie na zimę idealny, więc zaopatrzyłam się w kolejną butelkę. 
podkłady Rival de loop Natural Lift Make-up. Nie są tak jasne jak Manhattan, ale dużo lepiej kryją i ujednolicają cerę. Szkoda, że w Polsce nie są dostępne, bo to naprawdę dobre i tanie podkłady.
Korektor Maybelline EverFresh w kolorze light beige pojawił się już u mnie w ulubieńcach sierpnia 2014. Używam go pod oczy i na niedoskonałości, rozprowadzam go gąbeczką-jajkiem od Ebelin i efekt jest dla mnie satysfakcjonujący. Nie ciemnieje w ciągu dnia, a przypudrowany nie zbiera się w zmarszczkach.


Dwie wody toaletowe.
Yves Rocher Flower Party Summer EDT, którego używałam latem. Flower Party służyło mi przez dwa letnie sezony i ze smutkiem dobiłam do dna buteleczki. Jeśli jesteście ciekawe mojej opinii na temat tej wody, to zapraszam do przeczytania recenzji TUTAJ.
Amber Eliksir od Oriflame miałam już naprawdę długo, o czym świadczyć może fakt, iż znalazł się w moich ulubieńcach roku 2012 :) Miłośc do tego typu ambrowych zapachów nadal we mnie płonie i będę szukać dla tej wody toaletowej godnego następcę. Może macie dla mnie jakieś interesujące propozycje?


Pozostałe.
Kryształki, perełki do kąpieli Kneipp są równie świetne jak ich płyny, olejki czy żele do kąpieli. Mam wrażenie, że czego by ta firma nie wypuściła, to będzie po prostu wspaniałe! Kryształki do kąpieli mają bardzo intensywny kolor i zabarwiają wodę, pięknie i mocno pachną, a kąpiel w takiej atmosferze naprawdę relaksuje i odpręża.
Drogocenyy olejek z awokado 3w1 od Bielendy zużywałam na różne sposoby - do rąk, do ciała i na włosy. Bardzo polubiłam oleiste formy kosmetyków i ostatnio częściej sięgam po olejki niż po balsamy czy masła do ciała. W efekcie mam ogromną ilość otwartych i niedokończonych maseł, a ja sięgam po olejki.
Na temat próbek nie powiem Wam zbyt wiele, bo miałam tylko pojedyncze egzemplarze. Obie próbki były poprawne i mnie nie uczuliły. Zapach ich też był znośny.

Jak na pół roku zbierania opakowań po zużytych kosmetykach nie wiem czy to dużo. Ale lubię redagować te wpisy, bo zawsze można przypomnieć sobie o jakimś ciekawym kosmetyku, bądź też polecić Wam coś, co do tej pory nie doczekało się z jakiegoś powodu recenzji. Znacie może któryś z opisanych tu dzisiaj produktów? Albo może skusicie się na zakup któregoś kosmetyku? :)
Wybaczcie mi tego dzisiejszego "tasiemca", mam nadzieję, że komuś uda się przez to przebrnąć ;)

21 stycznia 2015

Invisi - buble...

Jakiś czas temu głośno było o innowacyjnych i jedynych w swoim rodzaju gumkach do włosów, które tak naprawdę gumkami nie są. Mowa o Invisibobble. Powstały na zasadzie kabla od telefonu i mają być świetną alternatywą dla tradycyjnych gumek do włosów. Cudowne, nie plączące się we włosy, nie odgniatające ich, przyjemne w użytkowaniu i zdobiące nasze włosy. Ale czy tak jest faktycznie? Czy na każdych włosach się sprawdzą i czy każda dziewczyna/kobieta będzie z nich zadowolona? Dzisiaj będę to weryfikować! 


Pomimo wielu pozytywnych recenzji gumek Invisibobble długo broniłam się przed ich zakupem. Niestety często mam tak, że te wielkie "hity internetów" u mnie się nie sprawdzają. Ale, że podczas mojej ostatniej wizyty w DM gumki wołały do mnie z półki "weź mnie", to postanowiłam zaryzykować. Bo "kto nie ryzykuje, szampana nie pije" - nie sposób się nie zgodzić.
Za opakowanie o zawartości 3 sztuk cudownych kablowych gumek zapłacimy około 14-16zł. Mamy do wyboru cała gamę kolorów, od żywych i krzykliwych po takie stonowane jak te moje - czarne. Jako, że jestem nudna i zachowawcza, to sięgam po "bezpieczne" kolory.
I zanim zabierzecie się za czytanie mojej opinii, to weźcie pod uwagę, że mam włosy cienkie i gładkie. Długość do łopatek, ciężkie i niepodatne na stylizację. 

Plusem jest to, że gumki nie mają metalowych skuwek, więc nie będą dodatkowo niszczyć włosów. Materiał z którego są zrobione to również zaleta, ponieważ plastik/guma nie nasiąkną wodą, czy olejem, a w wypadku zabrudzeń wystarczy je opłukać pod wodą i gotowe. Hmmm, no i to by było chyba na tyle zalet tych kabelków. 


Gdzieś, kiedyś czytałam, że w opakowaniu są trzy gumki, żebyśmy mogły używać ich zamiennie. W czasie noszenia kolejnej, poprzednia ma wrócić do swojego poprzedniego kształtu. Ale albo ja mam jakiegoś wybitnego pecha, albo te moje gumki zaczęły strajkować, bo ni hu hu nie chcą wrócić do swojego pierwotnego kształtu :( I możecie mi wierzyć na słowo, że czekam już doooobrych kilka dni, a gumki nadal wyglądają fatalnie. 

Co do trzymania włosów... Kwestia sporna w zależności od rodzaju włosów. Mogę Wam tylko powiedzieć, że na moich włosach te gumki nie wyglądają i nie trzymają dobrze kucyka. Kiedy robię sobie tzw."koński ogon", to lubię mieć go tak mniej więcej na wysokości uszu, lub wyżej. Kiedy robię go niżej to wyglądam jakbym była łysa, przylizana i miała dwa razy wyższe czoło niż w rzeczywistości. Niestety Invisibobble nie trzymają moich włosów dobrze, a kucyk smętnie wisi w dół, co mi zdecydowanie nie odpowiada. Kiedy robię sobie w domu fryz "na cebulę", to też nie trzyma mi się tak jak powinien i po jakimś czasie gumka zjeżdża, a włosy niechlujnie opadają. Tutaj zgadza się to, że gumki nie ciągną i nie odgniatają włosów - bo jak mają to zrobić, skoro mi nawet tych włosów nie trzymają?


Podobno gumki mogą też udawać bransoletki... Pięknie okalając nadgarstek... Tjaaa. Ani na moich włosach ani na nadgarstkach ten innowacyjny twór nie wygląda dobrze. Po raz kolejny przekonuję się, że moje włosy są bardzo oporne jeśli chodzi o współpracę. Ani ich pokręcić, ani ładnie związać... Chyba jednak zostanę przy moim ulubionym warkoczu dobieranym i nie będę już kombinować.

19 stycznia 2015

Galaretka do kąpieli o zapachu kandyzowanego jabłka. The Body Shop.

Uwielbiam próbować różnego rodzaju produktów do kąpieli. Różne rodzaje, formuły, zapachy to jest to, co mnie kręci. Dlatego też mocno napaliłam się na galaretkę do kąpieli od The Body Shop. Szczególnie kuszący był dla mnie zapach kandyzowanego jabłka. Dlatego też składając zamówienie nie mogłam oprzeć się pokusie i kliknęłam z ciekawości tą galaretkę.


Galaretka pochodzi z edycji zimowo-świątecznej The Body Shop, która na razie jest dostępna w sklepach. Kosmetyk jest zamknięty w plastikowym słoiczku, do którego dołączona jest drewniana łyżeczka, którą wygodnie można wydobyć kosmetyk i swobodnie dozować.
Konsystencja jest faktycznie niczym galaretka, jednak spokojnie można ją wydobywać z opakowania. Osobiście najbardziej lubię nabierać kosmetyk na dłoń i rozpuszczać bezpośrednio pod wodą. W ten sposób automatycznie tworzy się cudowna piana.


Zapach galaretki jest fenomenalny. Słodkie jabłuszko z powiewem rześkiego aromatu. Zapach unosi się w całej łazience, otula zmysły i ciało podczas kąpieli. Delikatna piana dodatkowo uprzyjemnia kąpiel, aż nie ma się ochoty opuszczać wanny. Kąpiel z tą galaretką to sama przyjemność! 
Kosmetyk jest wydajny. Wystarcza odrobina rozpuszczona pod strumieniem wody, żeby uzyskać zadowalający zapach i pianę. Opakowanie o pojemności 250ml przy rozsądnym dozowaniu wystarczy naprawdę na długo. 
Czy wysusza czy pielęgnuje skórę jest mi trudno powiedzieć, bo po kąpieli używam balsamów, olejków lub maseł do ciała. 

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, PEG-150 Distearate, Parfum, Sodium Chloride, Polysorbate 20, Mel, Polyglyceryl-2 Caprate, Sodium Benzoate, Citric Acid, Sucrose, Disodium EDTA, Limonene, Linalool, Pyrus Malus Fruit Extract, Denatonium Benzoate, Citral, Potassium Sorbate, CI 19140, CI 42090, CI 17200.


Regularna cena galaretki to 49zł/250ml.
Nie orientuję się jak wygląda sprawa promocji TBS w Polsce, ale w Niemczech aktualnie są spore przeceny na niektóre kosmetyki. Więc jeśli czujecie się skuszone, ale odstrasza Was cena, to warto zainteresować się promocjami. Ja zakupu nie żałuję, a Wam polecam wypróbować - to naprawdę ciekawy produkt o cudownym zapachu. Osobiście zastanawiam się którą galaretkę kliknąć przy następnym zamówieniu :)

12 stycznia 2015

Mówię NIE kawiorowi na paznokciach.

Dzisiaj pokażę Wam, że nie zawsze starannie zaplanowany manicure okazuje się tym, czego oczekiwałyśmy. Mimo iż do kawioru na paznokciach zawsze byłam dość sceptycznie nastawiona, to uznałam, że spróbuję sama u siebie, a dopiero potem będę mogła krytykować. No i niestety miałam rację. Bo ani to ładne, ani wygodne podczas noszenia. No chyba, że się tylko siedzi i pachnie ;)


Lakiery wykorzystane do wykonania tego średnio udanego zdobienia:
  • Astor Perfect Stay Gel Studio nr 504 You Are Grey-T
  • Wibo Art Liner w kolorze czarnym
  • Ados Nail Art nr 2 w kolorze szarym/srebrnym
  • Srebrne kuleczki do manicure kawiorowego
  • Brokatowy top coat China Glaze 951 White Cap
  • Bezbarwny top coat Astor 002 Already Dry!



Uważam, że wszystkie paznokcie oprócz tych nieszczęsnych serdecznych z kawiorem wyglądają jako tako. Ale niestety sam kawior wydaje mi się być mało elegancki, wygląda mało estetycznie i jest niepraktyczny. Kuleczki mimo iż utrwaliłam topem, to kuleczki i tak mocno przeszkadzają, nawet w odgarnianiu włosów z twarzy. Po tym jak kilka razy się potargałam po włosach, od razu ściągnęłam tą nieszczęsną warstwę kawioru. Niby nie odpadają tak szybko, ale są naprawdę niewygodne. No i niezbyt ładnie wyglądają. Może na długich i smukłych paznokciach efekt będzie przyjemniejszy, ale tego już nie sprawdzę ;)


Jaki jest Wasz stosunek do kawioru na paznokciach? Próbowałyście może na swoich paznokciach tego zdobienia? Dajcie koniecznie znać jak się sprawdziło!

PS. Ostatnio dostałam kilka pytań o ten różowy kubek w kwiatki, który znajduje się w tle na zdjęciu. Kupiłam go u siebie w Niemczech w drogerii Rossmann :)

10 stycznia 2015

Gliss Kur ekspresowa odżywka regeneracyjna Liquid Silk.

Włosy włosom nierówne, a i odżywka odżywce nierówna. Od kiedy zaczęłam farbować włosy, musiałam nieco zmienić ich pielęgnację. Zawsze po farbowaniu stają się suche i sianowate. Najwygodniej jest mi używać odżywki ekspresowej, bez spłukiwania, bo po pierwsze oszczędzam czas, a po drugie oszczędzam wodę ;) Po kilku latach przerwy od odżywki Gliss Kur niedawno znów po nią sięgnęłam. Miałam obawy, czy się sprawdzi, bo podobno została nieco zmieniona od czasu kiedy jej ostatnio używałam. Ale zaryzykowałam, kupiłam i z powodzeniem jej teraz używam :) 


Jest to odżywka dwufazowa (czego nie widać na zdjęciu), dlatego przed użyciem należy ją energicznie wstrząsnąć. Rozpylamy ją na wilgotne lub suche włosy, rozczesujemy i cieszymy się miękkimi i gładkimi włosami ;)

Odżywka zawiera proteiny jedwabiu oraz płynną kreatynę, które to mają poprawiać kondycję włosów. Osobiście nie wierzę w teorię, że istnieją odżywki, które nam posklejają uszkodzone włosy, odnowią je i będzie cudownie. To co zniszczone należy ściąć, a potem prewencyjnie używać odpowiednich kosmetyków pielęgnacyjnych i ochronnych. Dla mnie ta odżywka ma pełnić bardziej funkcję ochronną w zimie oraz ułatwiać rozczesywanie włosów. Wiadomo, że w okresie zimowym zakładam czapkę, szalik, jest zimno, wietrznie, a to nie sprzyja zachowaniu dobrej kondycji włosów.

Atomizer w opakowaniu działa sprawnie, rozpyla dużą chmurę odżywki i nie zacina się podczas aplikacji. Zapach jest w moim odczuciu bardzo przyjemny, identyczny jak w starej wersji (od razu obudziły się we mnie wspomnienia), ale nie utrzymuje się długo na włosach.
Działanie (w przeciwieństwie do jej fioletowego brata) również mnie zadowoliło. Uznajmy, że ułatwia rozczesywanie włosów (które u mnie i tak jest kłopotliwe), a po wyschnięciu włosy wyglądają ślicznie! Są gładkie, ale nie obciążone, miękkie i lejące. Jednak mam świadomość, że jest to jedynie wierzchnia powłoka, pod którą kryją się nieco mniej urodziwe włosy. Mnie to wystarcza, bo od tego typu odżywek nie wymagam niczego więcej jak tylko doraźnej ochrony przed zewnętrznymi czynnikami o których wcześniej wspominałam.

Odżywka jest bardzo wydajna. Butla ma dużą pojemność 200ml i wystarcza na co najmniej pół roku regularnego używania, co przy cenie 11-15zł jest jak najbardziej do przyjęcia. Nawet jeśli uznacie, że to jednak nie jest odżywka dla Was, to zawsze możecie ją oddać mamie, koleżance czy teściowej ( :D ) bo wiem, że u wielu kobiet/dziewczyn zdaje ona egzamin tak samo dobrze jak u mnie. Ręczę, że ktoś z Waszego otoczenia się w niej zakocha ;)


Skład: Aqua, Cyclomethicone, Phenyl Trimethicone, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Hydrolyzed Silk, Sericin, Panthenol, Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Keratin, Dimethiconol, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Lactic Acid, Polyquaternium-16, Laurdimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein, Cetrimonium Chloride, Parfum, Sodium Benzoate, Limonene, Phenoxyethanol, Hexyl Cinnamal, Citronellol, Coumarin, Linalool, CI 17200

7 stycznia 2015

Astor Perfect Stay Foundation 24h - 100 Ivory + 102 Golden Beige.

Dawno już nie pokazywałam na blogu żadnego podkładu. Sama nie wiem dlaczego, jakoś tak...nie złożyło się ;) Ale jako, że ostatnio dorwałam się do nowych podkładów Astor i mam dwa odcienie, to chciałam Wam powiedzieć kilka słów na ich temat. Na pewno zainteresują Was też swatche, bo wiem, że wiele z Was szuka jasnych podkładów do bladych cer.


Podkład znajduje się w solidnej, szklanej buteleczce, która zaopatrzona jest w wygodną, bezproblemową pompkę. Kosmetyk ma utrzymywać się 24 godziny na skórze i być jednocześnie połączeniem bazy i podkładu. Posiada on też filtr SPF 20 chroniący przed promieniowaniem słonecznym.


W okresie zimowym używam odcienia 100 Ivory, czyli najjaśniejszego z całej gamy. Mimo to jest dla mnie nieco za ciemny i neutralizuję go pudrem. W takiej odsłonie spisuje się świetnie. Jednak ostrzegam, że dla mega bladziochów nie będzie on dobrym rozwiązaniem, no chyba, że zastosujecie mój patent z rozjaśnianiem go bledszym pudrem.
Podkład jest dosyć płynny i do uzyskania zadowalającego mnie efektu potrzebuję dwóch warstw. Poza tym najlepiej aplikuje mi się go palcami. Pędzlem nie wychodzi mi to tak, jakbym tego chciała. 


Jeśli chodzi o utrzymywanie się na skórze, to po utrwaleniu go wcześniej wspominanym pudrem trzyma się na twarzy cały dzień. Ściera się tylko z miejsc na twarzy, których często dotykam czy pocieram, czyli okolice nosa. Jestem posiadaczką normalnej cery w kierunku mieszanej i w ciągu dnia nie błyszczę się jak latarnia, tylko strefa T wymaga nieco poprawki bibułkami matującymi. Poza tym wygląda na twarzy świeżo, nie tworzy efektu maski i ładnie wyrównuje koloryt cery.
Montage stworzony Bloggif

Jak już wcześniej wspominałam mam też odcień nieco ciemniejszy, czyli 102 Golden Beige. Używałam go jeszcze pod koniec lata i już wtedy mi się spodobał. Dlatego zdecydowałam się na zimę na zakup 100 Ivory.


Dla ciekawych wklejam swatch z porównaniem obu kolorów podkładu. Różnica jest spora i widoczna na pierwszy rzut oka. Jednak oba mają w sobie żółte tony, nawet ten jaśniejszy nie ma w sobie różowych podtonów. Więc nie musicie się obawiać, że będziecie wyglądać jak różowa świnka ;)
Na plus jest też to że podkład nie ciemnieje w ciągu dnia, ani też nie podkreśla suchych skórek, które mają to do siebie, że bez podkładu są niewidoczne, a po nałożeniu niektórych podkładów ukazują się w pełnej krasie ;)


Znacie może ten podkład? Jeśli kiedyś się nad nim zastanawiałyście, to polecam wypróbować. Bardzo przyzwoity produkt, który powinien sprawdzić się w przypadku większości cer. Odcień też pewnie jakiś dla siebie znajdziecie (bo nie wierzę, że wszyscy są strasznymi bladziochami i nie będzie Wam odpowiadać nawet najjaśniejszy wariant) :) Sama jestem zadowolona, chętnie po niego sięgam i do codziennego makijażu sprawdza się u mnie znakomicie.

6 stycznia 2015

Manicure z odrostem kontrolowanym ;)

Jako, że miałam ostatnio nieco więcej czasu dla siebie, to wykorzystałam go i przelałam kilka swoich wizji zdobień na paznokcie. Dziś mam dla Was jedną z tych "wizji". Może nieco inaczej to sobie wyobrażałam, ale jak wyszło tak noszę. Mam tylko nadzieję, że na ich widok nikt się nie wystraszy ;) 


Zapytacie może skąd tytuł "odrost kontrolowany"? A jakoś skojarzyło mi się to zdobienie z sytuacją, kiedy mamy pomalowane paznokcie i u nasady zaczyna on nieco odrastać. Być może skojarzyłam tak dlatego, że jako bazę wykorzystałam różowy lakier, czyli zbliżony w jakimś stopniu do naturalnego koloru płytki paznokcia. Stąd właśnie ten odrost :)


Lakiery, które zostały wykorzystane do zdobienia:
  1. Pierre Rene no 328 Angel - jako różowa baza
  2. Essie nr 1 Blanc - śnieżnobiały lakier nałożony na różową bazę
  3. China Glaze 951 White Cap - brokatowy top z zatopionymi złotymi drobinkami
  4. My Secret Nail Art nr 221 Polite Dots - brokatowy top coat z zatopionymi białymi, czarnymi i jasnoróżowymi drobinkami
  5. Top coat przyspieszający wysychanie paznokci Astor 002 Already Dry!


Samo zdobienie jest nieskomplikowane, ale decydując się na nie trzeba być zaopatrzonym albo w anielską cierpliwość związaną z czasem wysychania lakierów, albo w dobry top coat, który skutecznie przyspieszy ten proces. Może to zabawne, ale sięgnęłam po dwa brokatowe lakiery tylko dlatego, że nie mogłam się zdecydować na jeden z nich ;) Ale myślę, że i tak nie wygląda to źle, bo nie są to jakieś skrajne w kolorach lakiery. 

PS. Udajcie, że nierówności nie widzicie :D



5 stycznia 2015

Wypełnianie zmarszczek własnym tłuszczem?

Czasu nie da się oszukać, biologii też nie. Zmarszczki prędzej czy później pojawią się na naszych twarzach. Odpowiedzialne za to są między innymi geny, tryb życia, promieniowanie słoneczne UVA i UVB, wahania wagi ciała, nieodpowiednia pielęgnacja skóry, klimatyzacja i wiele innych czynników. Także wraz z wiekiem słabną włókna kolagenu i elastyny w naszej skórze, które są odpowiedzialne za napięcie naszej skóry. Same nie oszukamy tego procesu i albo się z tym pogodzimy, albo spróbujemy w jakiś inny sposób z tym zawalczyć. Medycyna estetyczna oferuje wiele różnych sposobów na zniwelowanie zmarszczek. Między innymi botoks, czyli jad kiełbasiany, złote nici, czy też wypełnianie zmarszczek własnym tłuszczem. Dziś w ramach ciekawostki chcę Wam nieco przybliżyć ostatnią wymienioną metodę, czyli wypełnianie zmarszczek tłuszczem.


Może sama nazwa zabiegu brzmi nieco...drastycznie, ale jest to łatwy i bezpieczny zabieg. Dlaczego bezpieczny? Otóż dzięki temu, że pobierana jest własna tkanka, unikniemy reakcji alergicznej.
Pewnie zastanawiacie się w takim razie skąd pobierany jest tłuszcz. Otóż jest on pobierany z miejsc, gdzie jest go wystarczająco dużo, czyli z okolic ud bądź brzucha. Nie cieszcie się jednak, że można przy okazji schudnąć, bo do zabiegu wystarcza około 10ml przygotowanego preparatu :)
Po pobraniu tłuszczu i przygotowaniu preparatu wpuszcza się go wzdłuż linii zmarszczek. Po tym zabiegu dokonuje się masażu w celu wymodelowania twarzy. Po zabiegu nie zostają nam żadne blizny, a opuchlizna schodzi samodzielnie po kilku dniach od zabiegu.

Efekt zabiegu utrzymuje się kilka lat, zabieg można powtarzać, ale także łączyć z innymi zabiegami medycyny estetycznej, czy chirurgii plastycznej. Wykonuje się go w znieczuleniu miejscowym, a ponadto jest bezbolesny. W przypadku gdy zabieg wykonuje się na młodej osobie, to proces starzenia skóry twarzy, przez co ta wygląda dłużej świeżo i młodo. Jednak nie tylko młode osoby będą zadowolone, bo jak się okazuje zabieg wygładza też znacznie płytsze zmarszczki.
Cena takiego wypełnienia oscyluje wokół 2000-7000zł w zależności od kliniki i od tego jakie zmarszczki chcemy sobie wygładzić.
Jak Wam się podoba taki pomysł na redukcję zmarszczek? Jeśli miałybyście wybór, to z jakiej metody wypełniania zmarszczek skorzystałybyście? Przyznam, że dla mnie jest to dość ciekawa metoda, bo wpuszczany tłuszcz jest naszym tłuszczem i nie ma możliwości, żeby zaszły jakieś reakcje alergiczne, co w innych przypadkach jest już loterią.




4 stycznia 2015

10 kosmetycznych hitów 2014 roku.

Ciężko było mi wybrać spośród wszystkich kosmetyków topową dziesiątkę po którą najczęściej i najchętniej sięgałam. Skupiłam się głównie na tym ile opakowań danego produktu zużyłam, jak mi się z nim pracowało i jak działały na moją cerę czy też jak sprawowały się podczas ich aplikacji. Drogą eliminacji udało mi się ostatecznie zdecydować. Zobaczcie same, które kosmetyki sprawdziły się u mnie najlepiej. 


Wśród moich ulubieńców 2014 roku znajdziecie po trochu z każdej kategorii. Odrobina pielęgnacji, kolorówki, coś do paznokci i jeden zapach. Nie będę do każdego kosmetyku pisać długiej recenzji, chcę Wam w skrócie przybliżyć te produkty. Jednak jeśli któryś kosmetyk już się pojawiał na blogu, to odeślę Was do danej notki i jeśli jesteście zainteresowane nim nieco bardziej, to możecie sobie wtedy poczytać.


1. Płyny do kąpieli Kneipp. To mój hit wśród kosmetyków do kąpieli. Intensywnie pachną, umilają czas w wannie, barwią wodę na bajeczne kolory i dzięki nim woda cudownie się pieni. Kneipp ma w swojej ofercie wiele różnych wariantów zapachowych, ale mają też na przykład olejki do kąpieli czy też żele pod prysznic. Jednak ja ponad wszystko wielbię ich płyny do kąpieli. Sama nie wiem ile buteleczek już zużyłam, a pewnie w niedalekiej przyszłości zużyję jeszcze więcej ;)


2. Peeling do twarzy Neutrogena. Zużyłam już dwa opakowania tego peelingu i nadal nie mam go dość. Jest na tyle delikatny, że można go używać codziennie, ale także na tyle skuteczny, że buzia po nim jest widocznie gładsza i milsza w dotyku. Zresztą jest na tyle dobry, że doczekał się już osobnej notki na blogu, dlatego po więcej odsyłam TUTAJ :)


3. Zapach, który towarzyszy mi od marca 2014 roku. Od lat się na niego czaiłam, ale kiedyś było mi szkoda płacić za zapachy więcej niż 30zł (nie pytajcie co miałam w głowie). Amor Amor Cacharel to mój ukochany słodziak, którego używam kiedy chcę się czuć wyjątkowo, lub też kiedy mam wyjątkowo dobry humor i czuję, że będę mieć dobry dzień. Niewiele już mi go zostało, ale na pewno kupię go ponownie.


4. Top coat przyspieszający wysychanie paznokci od Astor to niekwestionowany ulubieniec, który widziałyście już w akcji przy okazji wielu zdobień na paznokciach jakie pojawiały się na blogu. Faktycznie przyspiesza wysychanie lakierów, nie ściąga ich na końcach i daje piękne wykończenie tafli na paznokciach. Spokojnie może konkurować z innymi jego droższymi przyjaciółmi typu Seche Vite i innymi. Ze swojej strony polecam i nie zamienię na nic innego. 

5. Lakier Essie Sand Tropez to mój nudziakowy ideał. Nie zliczę ile razy w tym roku miałam go na swoich paznokciach. Sięgam po niego zawsze kiedy nie mam pomysłu na manicure, lub kiedy chcę postawić na bezpieczny kolor. Jeśli chcecie poczytać o nim więcej lub zobaczyć jak wygląda na paznokciach, to zapraszam do TEGO WPISU


6. Truskawkowa pomadka ochronna do ust od The Body Shop. Najpierw mnie zachwyciła, potem zszokowała, żeby na końcu znów pozachwycać. W skrócie pisząc - cudowny zapach, miękka konsystencja, ekstra działanie. Do tego jest słodziutka i ma ciekawy design opakowania. Nic, tylko używać :) Więcej o tej pomadce TUTAJ.


7. Róż do policzków Astor trafił do mnie w lipcu 2014 i od tej pory regularnie trafia na moje policzki. Jest to mój dzienny ulubieniec, bardzo uniwersalny, dobrze sprawdza się na moim bladym licu. Swatche i kilka słów więcej o nim przeczytacie w TEJ NOTCE.


8. Z tym pudrem Alterra jestem nierozłączna. O ile zdarzają mi się flirty z innymi, to zawsze pokornie i z podkulonym ogonem wracam do mojego ukochanego pudru. Nie mam mu nic do zarzucenia. Jest idealnie jasny, matuje twarz, utrwala makijaż, jest niedrogi, poręczny i ma lusterko w opakowaniu. Najjaśniejszy odcień 01 light jest praktycznie biały i będzie idealny do skrajnie jasnych cer. Więcej zdjęć TUTAJ.


9. Catrice Infinite Shine Lip Gloss przywróciły mi wiarę w to, że są na świecie trwałe błyszczyki, które nadają ustom piękny kolor, subtelny blask i nie kosztują majątku. Osobiście bardziej lubię ten w kolorze oranżowej czerwieni, ale róż też jest niczego sobie. Na moich ustach trzymają się spokojnie ze 3 godzinki (jeśli nie jem akurat obiadu). Nie wysuszają ust, wyglądają bajecznie, ale nie polecam nakładania ich bez lusterka, bo można z siebie zrobić niechcący klauna ;)


10. Hit do konturowania twarzy, który przywiozłam ze sobą z urlopu w Polsce. Jest to Inglotowy puder do modelowania twarzy potocznie zwany bronzerem, a opatrzony jest numerkiem 502. Jest to świetny produkt, warty swojej ceny, wydajny i uniwersalny. Nie ma w sobie ani grama brokatu czy innych drobinek, nie jest pomarańczowy, dobrze się go rozciera na twarzy. Jeśli jeszcze nie widziałyście produktów do konturowania twarzy Inglot, to polecam się przejść do sklepu i przyjrzeć im bliżej. Ja się jeszcze napaliłam na jeden puder i mam nadzieję go dorwać przy następnej wizycie w Polsce :)