22 lutego 2016

Pomadka (wy)trwała. Astor.

Kiedy pierwszy raz trzymałam pomadkę Astor w ręce i spojrzałam na jej kolor przeraziłam się. Już widziałam oczyma wyobraźni siebie umalowaną jak klaun, z ustami niczym rasowy krwiopijca zaraz po krwawej degustacji. Rzuciłam nią w kąt i zapomniałam o jej istnieniu. Po to, żeby zimową porą ją znaleźć i odkryć na nowo. Zdecydowanie podczas chłodniejszych miesięcy lepiej czuję się w takich kolorach, a opracowawszy system nakładania pomadki nie obawiam się wpadek z rozmazanym konturem ust.


Mowa będzie dziś o trwałej szmince do ust firmy Astor, opatrzonej numerkiem 008 Spicy, zaprojektowanej przez Heidi Klum. Z tego co zdążyłam sprawdzić, to szminki te są cały czas dostępne w sprzedaży, na przykład w drogerii internetowej Lady Make Up, w cenie około 28 zł.


Odcień 008 Spicy, jak sama nazwa wskazuje, ma być pikantny. I coś w tym jest, muszę przyznać. Po jej nałożeniu na usta czuję się kobieco, wyjątkowo. Kolor jest trudny do określenia. Coś na kształt burgundu czy też czerwonego wina. Dużo też zależy od aplikacji pomadki i tego ile jej nałożymy na usta.
Kwestia aplikacji. Nie da się tej pomadki nałożyć prosto na usta smarując sztyftem. Wychodzi wtedy karykaturalny, przerysowany efekt. Ale już używając pędzelka do ust można stopniować nasycenie koloru, dokładać po trochu pomadkę aż do uzyskania pożądanego efektu. W ten sposób okiełznałam szminkę, która na początku mnie przerażała. 


Producent obiecuje nam tutaj wyjątkową trwałość produktu i trzeba przyznać - trwałość jest niesamowita. Pomadka utrzymuje się na ustach przez kilka do kilkunastu (!) godzin. W moim przypadku jest to zazwyczaj cały dzień i to bez poprawek. Ściera się tylko delikatnie i równomiernie. Coś wspaniałego.  Po dłuższym czasie wysycha i wtapia się w usta dając matowe wykończenie. Podczas jedzenia i picia tylko delikatnie traci na intensywności. Jedyny minus jest taki, że dzięki swej długotrwałej formule wysusza usta. Ja niweluję to wysuszenie nakładając na pomadkę balsam ochronny. Zyskuję wtedy nawilżenie oraz dodatkowy połysk. 

Dla mnie ta szminka to hit. Daje ładny, intensywny i długotrwały kolor na ustach. Za cenę 28zł warto się skusić. W całej serii jest do wyboru 5 różnych odcieni. Jeśli obawiacie się takich intensywnych i ciemnych odcieni, to na pewno znajdziecie wśród pozostałych kolorów w tej serii coś bardziej odpowiedniego dla siebie. Choć czasami warto zaszaleć i zaryzykować z kolorem. 

12 lutego 2016

Ulubieńcy | Styczeń 2016.

Postanawiam poprawę i częstsze odwiedzanie bloga. Niniejszym chcę Wam przedstawić moich kosmetycznych bądź około-kosmetycznych ulubieńców minionego miesiąca. Dużo wygodniej jest mi zamieścić 5 krótkich i zwięzłych recenzji niż rozwlekać to na 5 oddzielnych wpisów. W ten sposób mam nadzieję, że każdy z odwiedzających znajdzie produkt, który go zainteresuje. Bo tak się składa, że w styczniu moimi ulubieńcami były zarówno produkty kolorowe, jakiś zapach, ale i akcesoria. Zapraszam do lektury!


Patrząc teraz na zdjęcia, doszłam do wniosku, iż styczeń stał u mnie pod znakiem barwy różowej. Co ciekawe to zupełny przypadek, który dostrzegłam dopiero po zgraniu zdjęć na bloga :) Niemniej jednak uważam róż za pozytywny kolor i nawet w tej chwili mam na paznokciach różowy lakier. Przypadek? Nie sądzę...


1. Kompaktowa szczotka do włosów Ebelin. 
W grudniu odwiedziłam w Polsce moich rodziców i przypadkowo zostawiłam u nich moją wysłużoną szczotkę Tangle Teezer. Uznałam to za znak, że czas wreszcie zaopatrzyć się w nowego TT. W tym celu udałam się do drogerii DM, jednak stojąc przy półce z szczotkami ogarnęło mnie zwątpienie czy aby na pewno chcę TT, czy może jednak coś innego. I tak wybór padł na kompakt od Ebelin z którego jestem niesamowicie zadowolona. Szczotka jest wykonana z solidnego, twardego plastiku. Włosy rozczesuje porównywalnie do Tangle Teezera. Tylko tyle, że jest od TT nieco tańsza. W każdym wypadku w styczniu był to mój numer jeden jeśli chodzi o pozbywanie się kołtunów z moich niesfornych włosów.


2. Astor Lip Laquer 135 Punk Style.
Niby ma to być lakier do ust, a u mnie działa jak normalny błyszczyk. Z tą różnicą, że ma lepsza pigmentację niż większość znanych mi błyszczyków, a ponadto nie klei się ekstremalnie po nałożeniu na usta. Kolor mnie zadziwił, bo byłam przekonana, że nie jest to mój odcień. I owszem, kiedy nałożę grubą warstwę czuję się jak lalka Barbie, ale z ostrożnie wyważoną ilością tego kosmetyku usta potrafią wyglądać subtelnie i ponętnie. Sięgałam po niego często i nie zawaham się go używać nadal. Od razu muszę zaznaczyć, że nie będzie to produkt dla każdej kobiety, bo ma w sobie perłowe drobinki. Nieźle odbijają światło, ale wiem, że wiele kobiet ma uraz do wykończenia perłowego na ustach czy powiekach. Jako, że ja lubię kombinować, to nie żałuję tego, że sięgnęłam po ten lakiero-błyszczyk.


3. Benefit miniatura maskary They're Real! 
Wielkie odkrycie, mój mega - hit! Miniaturę tego tuszu zakupiłam wraz z gazetą Cosmopolitan na początku grudnia zeszłego roku. Jego szczoteczka i formuła mnie olśniły. To co robi z moimi rzęsami jest niesamowite. Są one zagęszczone, pogrubione i wydłużone. Mogłabym nawet rzec, że po jego użyciu rzęsy wyglądały jak z reklamy. Czarne, gęste, długie. Pełen zachwyt, pełna miłość, na pewno kiedyś kupię pełnowymiarowe opakowanie.


4. Oriflame Pretty Swan woda toaletowa.
Tutaj też pojawi się nieco dłuższa historia. Otóż kilka lat temu, kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce byłam konsultantką Oriflame. Jakoś tak się złożyło, że z tego okresu zachowało mi się do dziś kilka próbek ich zapachów. I raz z braku laku sięgnęłam po próbkę Pretty Swan. Przepadłam. Odpłynęłam w krainę delikatnego, słodkiego, kobiecego i uwodzicielskiego zapachu. Od razu zaczęłam kombinować jak tu zdobyć pełen wymiar. Uruchomiłam kontakty w Polsce i udało się! Zakupiłam dwie małe buteleczki tego zapachu. Nie dość, że zapach nieziemsko mi się podoba, to jak na wodę toaletowa jest niezwykle trwały. Niektóre nawet drogie perfumy nie trzymały się na mojej skórze tak długo jak Pretty Swan. W ciągu dnia sama czuję, że pachnę tym zapachem, co jest dla mnie niesamowitym doświadczeniem.
Dla zainteresowanych nuty zapachowe:
nuta głowy: mandarynka, różowy pieprz, bergamotka
nuta serca: heliotrop, biały jaśmin, brzoskwinia
nuta bazy: ryżowy proszek, piżmo, jasne drzewo.



5. Catrice Multi Matt Blush 020 La-Lavender
Róż, który powstał z połączenia czterech różnych odcieni - od jasnego aż po lawendowy. Można używać mieszając wszystkie razem, ale też przy pomocy wąskiego pędzelka sięgać po jeden wybrany odcień. Moja cera po jego użyciu wygląda na świeżą, naturalnie zaróżowioną. Jest drobno zmielony, świetnie się daje aplikować, nie robi nieestetycznych plam na twarzy, nie ściera się w ciągu dnia. Ja mam wersję wpadającą w fiolety, która wydaje mi się odpowiednia dla brunetek, ale jest jeszcze opcja nieco bardziej różowa, w której to widziałabym raczej blondynki. W każdym razie 020 La-Lavender u mnie sprawdza się wyśmienicie i w styczniu niemal codziennie gościł na moich policzkach. Zresztą na zdjęciach możecie zobaczyć niemałe już zużycie produktu. 

9 lutego 2016

Stoisz w miejscu? Nie! Cofasz się!

Nigdy nie zrozumiem fenomenu ludzi, którzy żyją ubogo, jest im z tym ciężko, cały czas narzekają, ale nie zrobią NIC w kierunku, żeby to zmienić. Mało tego - swoją stagnację tłumaczą: "A, bo u nas nie ma pracy", "A, bo tu się trzeba ciężko napracować", "A, bo tu słabo płacą". Serio??? Mówisz tak, bo chcesz przekonać mnie, czy może raczej usprawiedliwiasz się sam przed sobą? Nie uwierzę w to, że się nie da. Da się! Tylko trzeba się nieco ogarnąć, ruszyć głową, a potem ruszyć swój szanowny tyłek. Tylko tyle, a dla niektórych "aż" tyle...


Skąd moje przekonanie, że tak jest? Opowiem Wam na swoim przykładzie. Jeszcze kiedy mieszkałam w Polsce miałam skłonności masochistyczne. Pracowałam na cały etat w hotelu, a oprócz tego złapałam dorywczą pracę w restauracji jako kelnerka. Co prawda szybko mi się znudziło, ale gdybym naprawdę potrzebowała pieniędzy, to dalej bym to pociągnęła. 

Jeżeli chodzi o szukanie pracy, to wiecie, ona sama do nikogo nie przyjdzie. Nie zapuka do drzwi. Trzeba się nieco zainteresować, poszukać, wyjść z inicjatywą. Nie liczcie na Urzędy Pracy, oni Wam pracy nie znajdą. Już szybciej coś znajdziecie przez znajomych czy z pomocą kogoś z rodziny. Dobrze, uznajmy, że szukasz pracy i nie możesz nic znaleźć. A może weź i skuś się na pracę, która nie będzie tak ambitna, ale da Ci jakiś grosz? Zawsze to jakiś początek, start, nadzieja, że coś się może zmienić. I co z tego, że masz lepsze wykształcenie, większe ambicje? Nie rozumiem tego wybrzydzania. Choć i tak jest mi ciężko uwierzyć, że tak trudno jest znaleźć jakąś sensowną pracę. 

Co do szukania pracy, takiego aktywnego, to polecam nie wysyłanie e-maili, a stawianie się osobiście. Idź, pokaż, że Ci zależy, zrób pierwsze dobre wrażenie, zanieś swoje CV. Wysyłanie wiadomości drogą elektroniczną mija się z celem. Firmy mogą dostawać w najlepszym wypadku od kilku do kilkuset takich maili codziennie. Nawet jeśli akurat teraz nie szukają nikogo, to może w niedługim czasie zwolni się jakieś stanowisko. Idąc osobiście możesz zapytać, porozmawiać, zobaczyć jak wygląda sytuacja w danej firmie. A z tego co obserwuję, to wiele osób wysyła swoje CV mailowo i liczy na cud. Ja bym nie liczyła. 

 
Sama mieszkając w Polsce znalazłam pacę w swoim zawodzie. Co prawda była to umowa na zastępstwo, ale zyskałam dzięki temu dwa lata doświadczenia. Potem, po kilku miesiącach wegetowania na bezrobociu i przejściu przez raptem dwie rozmowy kwalifikacyjne dostałam kolejną propozycję pracy w swoim zawodzie. Odmówiłam, bo już wiedziałam, że za 3 miesiące wyjeżdżam do Niemiec. Nie było sensu zawracać głowy temu pracodawcy, bo na moje miejsce mógł znaleźć dziewczynę, która przepracuje tam kolejnych kilka, bądź kilkanaście lat. W każdym razie do czego zmierzam. Na tym przykładzie - da się? Da się! 

Teraz, mieszkając w Niemczech, też już przeszłam przez kilka firm. Ale, że zależy mi na podniesieniu standardu swojego życia, to walczę. Pracuję. Pracuję od rana do wieczora, na dwie umowy. W międzyczasie uczę się nadal języka niemieckiego i przypominam sobie angielski. Owszem, mówię swobodnie w języku niemieckim, ale wymagam od siebie czegoś więcej. Gdybym niczego od siebie nie wymagała, to siedziałabym w domu, pobierała zasiłek socjalny i olałabym się na wszystko, ale nie! Chcę kiedyś do czegoś dojść, więc pracuję nad tym. Wam polecam to samo zamiast narzekać, płakać, w dalszym ciągu nie robiąc nic. 
Bo stojąc w miejscu nieświadomie cofasz się w tył. Inni ludzie idąc do przodu wyprzedzają Cię i zostajesz w tyle. Zostajesz w ich cieniu. 

Narzekasz, że w Twoim miejscu zamieszkania nie masz możliwości rozwijania się? A co Cię tam trzyma? Wyjedź! Do większego miasta, gdzie jest więcej możliwości, do innego kraju, jeśli czujesz taką potrzebę. Patrząc na ludzi, którzy przyjeżdżają do Niemiec wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wiele osób podziwiam za odwagę. Przyjeżdżają tutaj bez znajomości języka, bez grosza przy duszy, z całymi rodzinami, z małymi dziećmi. I co? I udaje im się! Wychodzą z życiowego bagna, radzą sobie. Małymi krokami dochodzą do czegoś. Bo grunt to chcieć. A chcieć to móc. I tego ja też się trzymam. Wiem też, że będę mieć to, na co sobie sama zapracuję. Nikt mi za piękne oczy niczego nie podaruje. Wam też nie. 

Mam nadzieję, że mój wpis nie zostanie zrozumiany opacznie. Nie mówię Wam jak macie żyć, tylko chcę dać do myślenia ludziom, którzy narzekają, a nie robią nic. Niby jest im źle, ale z tym nie walczą. A może powinni, zamiast się użalać nad sobą.