29 listopada 2015

Kosmetyczni ulubieńcy I Listopad 2015.

Nie mam w zwyczaju publikować wpisów na temat moich comiesięcznych ulubieńców. Ale jako, że ostatnio mało na blogu piszę, rzadko widujecie kosmetyki, których używam, to w jednym poście możecie zobaczyć aż 5 produktów. Są to kosmetyki po które sięgałam bardzo często i byłam z nich (lub nadal jestem) zadowolona. Bez owijania w bawełnę, szybko i konkretnie opiszę to, co odkryłam w listopadzie.


Jak widać na załączonej fotografii, udało mi się trafić w produkty z różnych kategorii - kolorówka, pielęgnacja ale i akcesoria. Myślę, że każdy znajdzie tu coś interesującego dla siebie. Choć nie wiem jak jest z dostępnością niektórych kosmetyków w Polsce, ale jestem przekonana, że drogerie internetowe są wystarczająco dobrze zaopatrzone i będzie można gdzieś te rzeczy wygrzebać z czeluści internetu.


Za najciekawsze odkrycie uważam olejek. Weleda olejek migdałowy. Teoretycznie przeznaczony do pielęgnacji skóry twarzy, ale jak wiemy - oleje można wykorzystywać na wiele innych sposobów. Niemniej jednak ja używam go do twarzy. Codziennie wieczorem, na oczyszczoną i jeszcze wilgotną buzię nakładam kilka kropel olejku. Owszem, na skórze pozostaje tłusty film, ale mnie to nie przeszkadza, bo nie jest to jakaś strasznie gruba warstwa, a poza tym zanim kładę się spać, moja cera zdąży już pochłonąć sporo olejku. Wstając rano mam poczucie, że moja skóra jest miękka, zadbana i w nocy wypoczęła. Skład jest krótki i treściwy, działanie świetne. Czego chcieć więcej?


Pędzli w kosmetyczce nigdy nie będzie zbyt dużo. Dlatego też jakiś czas temu skusiłam się na zakup pędzla do pudru Ebelin. W całym moim zbiorze pędzli mam już od Ebelin pędzelek do rozcierania cieni i dlatego, że jestem nim zachwycona, sięgnęłam po ten do pudru. I to był dobry wybór. Pędzel jest miękki, delikatnie omiata twarz pudrowym puchem. Nie mam problemu z dopraniem pędzelka, nie odkształca się, jest wygodny i do tego ładnie wygląda. Mam już do pudru pędzel Hakuro, ale Ebelin jest mniej "zbity" i ma bardziej owalny kształt. Jak widać pędzel pędzlowi nierówny i nie zawsze tańszy znaczy gorszy. Pędzle Ebelin polecam z czystym sercem. Sama mam ochotę na kolejne, ale nie szaleję i najwyżej co kilka miesięcy mogę dokupować kolejny. 


Jesienią i zimą zużywam całe masy kremów do rąk. Dlatego gdy zobaczyłam nowy (nie wiem na ile jest nowy, ale na tubce stoi jak byk "NEU") krem Florena z olejem z pestek winogron i olejem sojowym w promocji, od razu po niego sięgnęłam. Producent obiecuje pielęgnację dłoni w naturalny sposób. Przyznam, że dzięki regularnym stosowaniu kremu Florena można uzyskać efekt delikatnych, nawilżonych dłoni. Konsystencja jest cudowna, krem jest odpowiednio gęsty, nie wycieka samoistnie z tuby, idealnie rozprowadza się na rękach i bardzo szybko się wchłania. Nie pozostawia paskudnej, lepkiej warstwy na łapkach. Uwielbiam i polecam wypróbowanie. 


Od rąk idziemy nieco wyżej, prosto w kierunku włosów. Bo czasami wypada włosy umyć. A że wypada, to fajnie jest mieć dobry szampon. Tutaj kierowałam się węchem, który nigdy mnie nie zawodzi i padło na szampon Garnier z miodem. Zrobiłam już wywiad i z moich tajnych informacji wynika, iż w Polsce stacjonarnie go nie dorwiecie, a jedynie drogą internetową, przez Drogerię Niemiecką. Nie, żebym reklamę robiła, tak tylko dla ciekawych podaję info. A wracając do produktu i jego właściwości. To nie żadnej naturalny, cudowny specyfik, a zwykły drogeryjny szampon z SLS na drugim miejscu w składzie, Ale mnie to nie razi, nadal go lubię ;) Pięknie, słodko, delikatnie pachnie miodem, ma kremową konsystencję, dobrze się pieni (patrz SLS) i myje włosy. Ponadto po jego użyciu nie muszę każdorazowo sięgać po odżywkę, bo nawet bez jej użycia daję radę rozczesać moje wredne włosy, a nie po każdym szamponie potrafię tego dokonać. No i co działa na jego korzyść to wydajność. Wystarczy odrobina szamponu by umyć moje włosy (długości krótko-, średnio-nieokreślonej), a dzięki temu wystarczy mi go na długo. 


Tutaj serwuję sobie powrót do przeszłości. Odkurzyłam starą paletkę Inglot ze skompletowanymi przeze mnie cieniami do powiek. W listopadzie miałam nieco więcej czasu i ochoty na wykonywanie na sobie pełnych makijaży, a dzięki temu pokochałam na nowo paletę i cienie Inglot. Idealna do stworzenia zwykłych, codziennych makijaży. Więcej o niej możecie poczytać TUTAJ. Wiem, że mam je już dokładnie 2 lata, ale póki co nie zmienia się ich zapach, konsystencja, a ja je dezynfekuję, więc nie obawiam się o uczulenie. To tak gwoli wyjaśnienia :) 

Tymczasem życzę Wam spokojnego wieczoru, udanego startu w nowy tydzień i mocy pozytywnej energii! :) Trzymajcie się ciepło i dajcie znać jakie kosmetyki tudzież akcesoria skradły Wasze serca w listopadzie. Może znajdzie się coś co mnie oczaruje i sama po to sięgnę? Jestem podatna na wpływy, więc wiecie... ;) 

21 listopada 2015

Zapachowy weekend (11) I Woski Yankee Candle. Zapachy niekoniecznie jesienne.

Kiedy tylko dni zrobiły się chłodniejsze, szybko zapada zmrok, jedyne o czym marzę po powrocie z pracy to gorąca herbata, koc i kominek z jakimś ładnie pachnącym woskiem zapachowym. Jeszcze przed "sezonem palenia w kominku" zamówiłam sobie trzy interesujące mnie zapachy Yankee Candle. Zamawiałam w ciemno, przez stronę internetową, ale o dziwo udało mi się trafić w zapachy, które moim nozdrzom mocno się spodobały. 
Nie należę do osób goniących za nowinkami, nie zależy mi na posiadaniu wszystkich zapachów z najnowszych kolekcji Yankee Candle. Wolę poczekać, poczytać recenzje i ewentualnie nimi sugerować się podczas zamawiania wosków czy też świec. Tak też było tym razem. Odczekałam, poszperałam w sieci i znalazłam swoje perełki. 


Zacznijmy od moim zdaniem najmniej intensywnego zapachu, czyli Yankee Candle Oud Oasis. Dlaczego najmniej intensywny, zapytacie? Otóż na początku otula nas słodkim, mocnym zapachem, ale po jakimś czasie zapach wietrzeje i traci na mocy. Na samym początku palenia obawiałam się, że będzie zbyt mdły i mnie zabije, ale naprawdę po jakichś 45 minutach zapach zanikał. 
Jeżeli chodzi o sam zapach, to jest on trudny do opisania. Nieco orientalny, z mocno wyczuwalną słodyczą karmelu oraz paczulą. Takie zapachy trzeba lubić, bo inaczej po odpaleniu wosku można nabawić się bólu głowy czy innych nieprzyjemności. Dla mnie Oud Oasis jest naprawdę ładnym, ciekawym zapachem. Ale jednak nie zdecydowałabym się na zakup świecy o tym zapachu. To nie ten zapach, który chciałabym często wąchać. To aromat na specjalne okazje. Jednak podczas palenia tego wosku naszła mnie myśl, że chętnie zaopatrzyłabym się w perfumy o takim zapachu.


Yankee Candle Maroccan Argan Oil kupiłam z ciekawości. Zastanawiałam się jak może pachnieć tak nazwany wosk. Myślę, że nie ma on nic wspólnego z olejem arganowym, gdyż można w nim wyczuć mocne perfumy, nutkę orientu, a tak raczej żaden olej nie pachnie. Definitywnie wpisał się w mój gust, oczarował mnie swoim zapachem. Jest charakterny, mocno wyczuwalny i nadaje mieszkaniu niepowtarzalny charakter. Trudno mi określić bliżej o co mi chodzi, jednak Maroccan Argan Oil ma coś w sobie. Coś takiego, że chętnie skusiłabym się na świecę w średnik słoiku o tym zapachu. Jest idealny na ponure, jesienne dni, bo daje kopa i energię do działania.


Yankee Candle Aloe Water to mój ulubieniec z tej trójki zapachów. Według mnie ma najdłuższą trwałość, bo paliłam go dobrych kilka razy po dobrych kilka godzin i zapach nie chciał zwietrzeć. A zawsze szkoda mi wyrzucać wosk, który jeszcze pachnie ;) Co prawda koło aloesu ten zapach nawet nie leżał, ale i tak jest dla mnie idealny. Uwielbiam odpalać Aloe Water od razu po sprzątaniu mieszkania, gdyż pachnie tak świeżo, że ta czystość mieszkania aż widać w powietrzu! Porównałabym zapach tego wosku do miksu świeżego, zielonego ogórka z melonem i arbuzem. Skojarzenie jakie nasuwa mi się wąchając Aloe Water to cudowny, świeży płyn do płukania tkanin. Uwielbiam go i jak tylko będę mieć okazję, to kupuję świecę. Zdecydowanie!


Jako, że są to już "stare" zapachy, to pewnie część z Was już je zna. Dajcie znać który z nich wydaje się dla Was być najciekawszym. A jeśli któryś z nich posiadacie to opowiedzcie jakie są Wasze wrażenia. Jestem zawsze ciekawa jak inni odczuwają te same zapachy, które ja znam. Miłego weekendu Wam życzę! :)

20 listopada 2015

Trzy drogeryjne rozświetlacze I Essence, My Secret, Lovely.

Jeszcze kilka lat temu nie było w naszych drogeriach kosmetyków typu pudry rozświetlające. Na nasze szczęście sytuacja na rynku kosmetycznym bardzo się zmieniła i teraz mamy już jakiś wybór. Osobiście bardzo cieszy mnie ten fakt i chętnie zaopatrzyłam się w kilka rozświetlaczy, których używam zamiennie. 


Rozświetlacze które posiadam pochodzą z firm, które do drogich nie należą - nie oszukujmy się, jest to raczej niska półka cenowa. Jednak mimo to uważam, że są naprawdę świetne i mogą spokojnie konkurować ze swoimi droższymi rywalami.


Widzimy tutaj kolejno rozświetlacze:
- My Secret face illuminator powder Princess Dream
- Essence Merry Berry highlighter powder 01 I love my golden pumps
- Lovely Gold highlighter


Na pierwszy ogień idzie puder, który mam w swoim posiadaniu najdłużej - My Secret face illuminator princess dream. Od pierwszego użycia jestem nim zachwycona. Ma złoty odcień, jest mocno napigmentowany i odpowiednio użyty daje efekt tafli na policzkach. Sam w sobie ma nieco "mokrą" konsystencję, ale wystarczy muśnięcie pędzlem, żeby nabrać odpowiednią jego ilość. 
Na moje oko baza rozświetlacza jest złota, ale nawet przy bladej cerze może wyglądać świetnie. Kwestia ilości nakładanego produktu oraz umiejętności, która przychodzi z czasem.
Utrzymuje się na twarzy cały dzień, nie osypują się z niego żadne brokatowe drobinki ani nic podobnego. Płacąc za niego 15zł nie spodziewałam się tak świetnej jakości.


Drugi produkt jest u mnie praktycznie świeżynką, ale zdążyłam go już odpowiednio przetestować. Jest to Essence Merry Berry highlighter powder 01 I love my golden pumps. Zła wiadomość jest taka, że seria limitowana Merry Berry nie będzie dostępna w Polsce. Ale jeśli czyta mnie ktoś kto wybiera się np.do Niemiec lub mieszka tu na stałe, to mam dobrą wiadomość - tutaj są te rozświetlacze jeszcze dostępne. A warto się w takowy zaopatrzyć. Śliczna, jasna baza będzie tutaj idealna dla bladolicych kobiet. Jest zdecydowanie mniej złoty niż poprzednik z My Secret i jest też nieco mniej napigmentowany, dzięki czemu nie zrobimy sobie nim krzywdy. Tłoczenie w gwiazdki jest niesamowicie urocze i przyznam, że szkoda mi było zacząć używać tego pudru, żeby nie zniszczyć tych gwiazdek ;) Ten rozświetlacz również się nie osypuje i jest przyjemny we współpracy, choć w ciągu dnia nieco traci na swojej mocy. Cena również jest kusząca, bo oscyluje wokół 3 Euro, czyli jest to około 12-13zł w przeliczeniu.


Ostatnim, trzecim i zarazem najmniejszym rozświetlaczem jest Lovely Gold highlighter. Takie maleństwo do którego wręcz trudno jest się dostać pędzelkiem. Przyznam, że używam go sporadycznie, a to głownie dlatego, że opakowanie jest mało praktyczne - odkręcane. To różni go od konkurentów, bo w poprzednich rozświetlaczach zastosowany jest system zamykania na klapkę z zatrzaskiem. Kolor pudru to coś pomiędzy tym z My Secret i Essence, można powiedzieć wpadający w odcień szampana. Jeśli chodzi o efekt, który można nim uzyskać to również ładna tafla. Puder jest jednak nie tak drobno zmielony jak poprzednicy. Przez to w trakcie używania na powierzchni tworzą się jakby grudki. nie przeszkadza to jednak w dalszym użytkowaniu go. Poza tymi wyżej wymienionymi nie mam do niego innych zastrzeżeń. Za 10zł jest to bardzo przyjemny kosmetyk, który warto wypróbować.


Tak wygląda moja gama drogeryjnych pudrów rozświetlających. Zdecydowanie każda kobieta znajdzie tutaj coś dla siebie. W zależności od odcienia skóry i okazji na jaką chcemy użyć rozświetlacza możemy sięgać po te mniej lub bardziej intensywne, po te mniej lub bardziej złote. Dajcie znać czy Wy używacie rozświetlaczy, a jeśli tak, to po jakie sięgacie. 

PS. Znowu próbuję sił na YouTube. Jeśli chcecie zobaczyć moje najnowsze zakupy z DM, to zapraszam na filmik :) Mery Strawberry dzięki za Suba :*