30 listopada 2014

Foto mix. Listopad 2014 + bonusowa przeróbka szafki =)

Listopad, liście opadły, wieczory są długie i ciemne. Wieczorny relaks pod kocykiem, z kubkiem kakao, przy zapalonej świeczce to dla wielu z nas ulubiony czas w ciągu dnia. Ja się bardzo cieszę, że listopad już praktycznie minął, zaczyna się grudzień, a w związku z tym wielkimi krokami zbliżają się święta! Jest to wspaniały, ciepły czas, pełen migoczących światełek, prezentów i spotkań z bliskimi. Dla mnie ten niepowtarzalny klimat jest czymś cudownym i przez cały rok wyczekuję świąt, zbieram inspiracje, pomysły - nawet latem jeśli trafię na coś ciekawego, od razu trafia to do mojego folderu z inspiracjami świątecznymi. Nie lubię budzić się w połowie grudnia, z ręką w nocniku i totalnie nieprzygotowana. Ale nie o ty dziś! Wróćmy jeszcze na chwilę do równie klimatycznego listopada :) 


Nie bez powodu we wstępie wspominałam o długich wieczorach i wiążącymi się z nimi ciepłymi trunkami. Żeby się rozgrzać "od środka" często serwuję sobie pyszne herbatki z miodem czy też kawę z dużą ilością mleka <3 Do tego jakiś film, robótki typu haft, albo coś bardziej ambitnego, czyli wieniec adwentowy DIY, na którym pierwsza świeca już dziś płonie :) Co do haftowania, to nie jestem żadną specjalistką, ale chętnie się bawię w wyszywanie krzyżyków na kanwie. Tutaj widzicie powstającą zakładkę do książki, którą robię dla mojej mamy :)
Herbatka, którą widzicie na powyższym zdjęciu jest naprawdę fenomenalna i jeśli pojawi się w Polskich sklepach, to koniecznie po nią sięgnijcie. To rooibos o świątecznym aromacie pomarańczy, marcepanu i przypraw. Jest naprawdę pyszna i faktycznie czuć w niej marcepan!


Co dobrego jadłam w listopadzie? A kilka ciekawych rzeczy się znalazło ;) Ostatnio polubiłam bardzo kaki i wcinam je nałogowo. Nie dość, że smaczne, nie ma pestek, nie trzeba obierać ze skórki - po prostu ideał :D 
Jakiś czas temu piekłam mężowi do pracy ciasto. I wymyśliłam sobie takie, że wydrążyłam biszkopt jak na kopiec kreta, wypełniłam je jakąś masą i potem mi trochę tego pokruszonego biszkoptu zostało. Więc z resztek powstały bajaderki na wykałaczkach :D U mnie nic się nie zmarnuje! 
Tydzień temu zrobiliśmy sobie z mężem mały wypad i podjechaliśmy do nieznanej nam restauracji. Jakieś było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że właścicielami są Polacy, w menu jest sporo pozycji tłumaczonych na język polski, a do tego wielu gości było polskojęzycznych :D Poczuliśmy się co najmniej dziwnie, bo nie spodziewaliśmy się tego wybierając lokal na ślepo :D Niemniej jednak zamówiłam tam najpyszniejsze piersi z kury ever! Takie soczyste, rozpływające się w ustach i podane z masełkiem ziołowym <3 Muszę wypróbować ten pomysł z masełkiem!


W podsumowaniu nie mogłoby zabraknąć mojej Fizi! Ona zawsze stara się być w centrum uwagi, co można zauważyć na powyższych zdjęciach :D Jak wiele innych kotów uwielbia kartony, uwielbia pakować się do mojej torebki i siadać przed telewizorem w najmniej oczekiwanym momencie :) Ale bez niej byłoby tak nudno, że nie wyobrażam sobie życia bez tej małej rozbrykanej istotki <3


No i takie tam oczko z doklejonymi kępkami - czasami lubię się dłużej pobawić i podłubać przy oczach. Mimo iż lubię swoje naturalne rzęsy, to po doklejeniu kilku kępek wyglądają o niebo lepiej! 
Pędzelki, pudry, podkłady, róże, brązer...taka tam poranna rutyna, która towarzyszy mi codziennie ;) 
A jeśli jeszcze nie widziałyście ostatniego wpisu na blogu, to przygotowałam dla Was wpis ze złoto-czarnym manicure, zapraszam! :) 
Aaaa, no i zabójcza mgła - powiedzcie mi, czy u Was też jest ostatnio tak mgliście??? Ja, kiedy we wtorek jechałam do pracy na rowerze w tej mgle, to dojechałam cała mokra :/ Niekoniecznie odpowiada mi taki stan pogody...


 No i przyszedł czas na bonusik, czyli szafkę, która dostała u mnie nowe życie. Starą szafkę odmalowałam, wkręciłam nowe uchwyty i tym sposobem moje lakiery do paznokci oraz akcesoria zyskały nowy domek. Jak Wam się podoba efekt po odmalowaniu? Ja jestem nieskromnie mówiąc zachwycona :D

27 listopada 2014

Manicure - złoto-czarny zygzak.

Od dłuższego czasu na moich paznokciach gościły tylko zwyczajne lakiery do paznokci, bez żadnych udziwnień w postaci zdobień czy innych malunków. Ale, że czasami zachciewa mi się odmiany, to wczoraj złapałam za lakiery i akcesoria, które schowane były gdzieś na dnie szuflady i zabrałam się do roboty. Udało mi się osiągnąć zamierzony efekt, więc podzielę się z Wami tym co zmalowałam. 


Produkty których użyłam do tego zdobienia to:
- czarny lakier do paznokci Essie 88 Licorice
- złoty lakier do paznokci Sephora 75 I'm a rich girl
- top coat Astor 002 Already Dry

Oprócz tego potrzebowałam jeszcze pomocnika do tego, żeby namalować piękne, równe wzorki. Odręcznie malowane wyglądałyby pewnie jak szlaczki rysowane przez przedszkolaka, więc wspomogłam się gotowymi paseczkami. Uprzedzając pytania, paseczki zakupiłam dawno temu na Allegro, były dostępne różne wzory. Szukajcie pod hasłem "naklejki french", a na pewno coś znajdziecie :) 


W skrócie wygląda to tak, że malujemy paznokcie złotym lakierem bazowym, czekamy do wyschnięcia. Na wyschnięte paznokcie naklejamy dowolnie naklejki do frencha, malujemy czarnym lakierem, odklejamy naklejki. Po chwili pokrywamy lakierem nawierzchniowym i cieszymy się ciekawym wzorem. Takie łatwe, a efektowne, zwłaszcza kiedy połączymy kontrastujące ze sobą kolory lakierów. Dlatego też wybrałam nieśmiertelne chyba połączenie złota z czernią. Te dwa kolory pasują do siebie w każdej sytuacji, złoto nadaje elegancji, a czerń pazura. Mogłabym się tak jeszcze długo rozwodzić nad kolorystyką, ale przejdźmy do rzeczy i gotowego manicure :) 





Koniecznie dajcie znać jak podoba Wam się takie połączenie. Nosiłyście, lub byłybyście skłonne nosić takie zdobienie na swoich paznokciach? Dla mnie to przyjemna odskocznia od jednolitych paznokci i stwierdziłam, że częściej muszę kombinować ze zdobieniami! :)

18 listopada 2014

Cień w kremie P2 Forever Intense, 020 just as you are.

Nie lubię cieni do powiek w kremie. Nie i koniec. Te, które miałam do tej pory okazywały się okropne, nie chciały współpracować z innymi cieniami, rolowały się w załamaniu powieki, a potem znikały z powiek. No koszmar. A jednak będąc w DMie, przystanęłam przed szafą P2 i moją uwagę zwrócił właśnie cień w kremie. Niestety został tylko tester, a ja się napaliłam niesamowicie. Jednak jak się okazało, w magazynie schowane były jeszcze jakieś cienie z tej serii. I tak czekałam aż miła pani ekspedientka wyczaruje mój upatrzony cień. Po jakichś 20 minutach był mój. Czy warto było tak się napalać i oczekiwać na niego??? Przeczytajcie notkę, to się dowiecie :D


Kremowy cień zamknięty jest w szklanym, solidnym słoiczku z plastikową nakrętką.  Sam wygląd opakowania bardzo przypadł mi do gustu. Po odkręceniu nakrętki ukazuje nam się złoto-brązowy, połyskujący cień. Na pierwszy rzut oka wydaje się być metaliczny, ale zawiera w sobie drobinki brokatu (co nie każdej kobiecie będzie odpowiadać). Kiedy przejedziemy palcem po powierzchni kosmetyku, zauważymy, że jest on wyjątkowo miękki i ma nieco maślaną konsystencję. Dzięki temu można go łatwo aplikować zarówno palcem, pacynką, czy też pędzelkiem. Wracając do koloru, to nieco różni się od od tego co widzimy w opakowaniu po tym jak nałożymy go na skórę. W opakowaniu wydaje się być brązowy, a na swatchu możecie zobaczyć jego prawdziwe oblicze. Szampański, jasnobrązowy, taupe, migotliwy i śliczny - nie sposób zaprzeczyć, prawda? :)


Jakość i trwałość cienia P2 pozytywnie mnie zaskoczyła. Nałożony na bazę trzyma się praktycznie cały dzień. Dodatkową jego zaletą jest to, że spokojnie może robić cały makijaż oka. Na co dzień, do pracy, do szkoły - cień na oko, delikatna kreska, tusz na rzęsy i oko gotowe. Ostatnio często robię taki makijaż. Baza, cień w kremie na ruchomą powiekę, rozcieram go nieco jakimś beżowym cieniem, kredką żelową maluję kreskę, którą potem rozcieram, pociągam rzęsy ulubioną maskarą i śmigam do pracy :) 


P2 Forever Intense 020 just as you are przekonał mnie do kremowych cieni. Polubiłam go za łatwość z jaką można go używać, za efekt jaki daje na powiekach oraz za trwałość, której się nie spodziewałam. Za ten słoiczek zapłaciłam niecałe 3 Euro, czyli około 12zł. Jeśli będziecie w pobliżu DM, to koniecznie zobaczcie sobie ten cień z bliska. Nie wiem jak zachowują się inne odcienie, ale postaram się na nie zapolować i przekonać się na własnej skórze :)

16 listopada 2014

Zapachowy weekend (10) - Czym pachnę jesienią?

Wraz ze zmianami pór roku, aury i pogody zmieniają się nasze preferencje zapachowe. Trochę trwało zanim znalazłam swoje jesienne zapachy. Ale teraz już mam skompletowaną swoją kosmetyczkę z zapachami i codziennie sięgam po którąś buteleczkę.


Zacznę może od tego z jakimi zapachami kojarzy mi się okres jesienny. U mnie to aromaty słodkie, ciężkie i otulające wiodą prym. Lubię czuć słodycz, czasami zmieszaną z zapachem owoców, uwielbiam nuty drzewne i ambrowe. Swoją drogą marzę o tym, żeby kiedyś móc skomponować swój zapach wody toaletowej, której zapachem będę mogła się rozkoszować...


Zacznę od propozycji najlżejszej, ale i najtańszej ;) Mowa o mgiełce do ciała Fruttini o zapachu brzoskwiniowo-gruszkowym. Od razu zaznaczam - nie czuć w niej w ogóle brzoskwini, za to eksploduje zapachem świeżutkiej, słodkiej gruszki. Jeśli możecie sobie wyobrazić świeżo zerwaną z drzewa gruszkę, przekrojoną na pół, to tak właśnie moim zdaniem pachnie ta mgiełka. Świetnie odświeża, pachnie intensywnie, ale niestety krótko. Takie uroki mgiełek do ciała ;)
Nie mam pojęcia, czy mgiełki Fruttini są jeszcze gdzieś w Polsce dostępne, ale kiedyś widywałam je w Drogerii Natura (cena ok.14zł za 200ml). Tutaj w Niemczech natknęłam się na te mgiełki w Realu ;)


Idąc dalej, do półki średniej jeśli chodzi o to zestawienie, mamy wodę toaletową Esprit Woman. Minimalistyczna buteleczka kryje w sobie 30ml wody toaletowej o ciekawym zapachu. Znajdziemy tutaj zarówno nuty kwiatowe (ja tu czuję lilie), jak i pudrową lekkość. Całość pięknie się komponuje i rozwija na skórze. Dla mnie to aktualnie ulubiony zapach na co dzień. Nie jest duszący ani przytłaczający, ale ma w sobie coś ciekawego. Wodę Esprit kupiłam w Rossmannie. W drogeriach internetowych widziałam ją w cenie od około 43zł/30ml.


Ostatnią pozycję zajmuje woda perfumowana Guerlain La Petite Robe Noire Couture. Przyznam, że zanim zdecydowałam się na zakup tego zapachu, obwąchałam połowę perfumerii i już zaczynała mnie głowa boleć. Ale jak podeszłam do tej buteleczki i powąchałam tester, to od razu przepadłam. Najpierw poczułam maliny, które rozwinęły się w aromaty kwiatowe, a na koniec pozostają nuty drzewne, paczula. Zapach dla mnie fenomenalny, uwodzący, drzewne tło świetnie tutaj pasuje. Uważam, że na jesień nadaje się idealnie. Taka przyjemność kosztuje nieco więcej niż poprzednie dwie propozycje, bo tutaj za 30ml zapłacimy ok. 160zł.

A Wy czym pachniecie jesienią? Macie jakieś swoje ulubione zapachy na ten okres? Jeśli tak, to chętnie się z nimi poznam bliżej :) Napiszcie koniecznie swoje propozycje!

10 listopada 2014

Dwa cienie do powiek, które są idealnymi rozświetlaczami.

Dobijam dna w dwóch moich ulubionych rozświetlaczach i szukam dla nich godnych zastępców. Niestety często jest tak, że produkty przeznaczone typowo do rozświetlania twarzy niekoniecznie w tej roli dobrze się spisują. Poza tym, szukając w drogerii ciężko jest natknąć się na pudry rozświetlające, które by były w stałej ofercie danej marki. Zazwyczaj wypuszczają je tylko w edycjach limitowanych i albo trzeba na nie polować, albo okazują się totalnymi niewypałami. Dlatego też poszłam nieco dalej i zaczęłam szukać rozświetlaczy wśród tradycyjnych cieni do powiek. I powiem Wam, że szybko znalazłam dwa świetne produkty, które są nie dość, że cieniami do powiek, to jeszcze są doskonałymi pudrami rozświetlającymi. 


Dzisiaj będzie mowa o cieniach do powiek, które są ogólnodostępne i na każdą kieszeń. Nadadzą się dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z makijażem, ale też dla osób, które są już wtajemniczone w sztukę makijażu. Mam nadzieję, że uda mi się pomóc komuś, kto szuka niedrogiego, ale jednocześnie dobrego rozświetlacza.


Zacznijmy od nieco tańszego cienia, ze stajni Essence. Przyznam szczerze, że gdybym go zwyczajnie widziała w szafie to nie zwróciłabym na niego uwagi. Ale że zaczęłam od przejrzenia testerów, to od razu przykuł moją uwagę. Już tłumaczę dlaczego. Otóż ten cień ma na powierzchni strasznie dużo brokatu i wygląda na żółto-złoty. Ale po tym jak przetarłam po nim palcem, od razu wpadłam w zachwyt. Daje on złotą poświatę, ale nie brokatową jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Ostatecznie po nałożeniu go na twarz daje efekt spektakularnej tafli. Pięknie rozświetla, nadaje połysk i zdrowy blask naszej cerze. W ciągu dnia nie ściera się, nie migruje po całej twarzy i wygląda naprawdę ładnie. Jeśli chodzi o aplikację, to bez problemu nabiera się na pędzel, nie pyli i nie jest zbyt miękki.


Cień ma wagę 2,5g, można go spokojnie używać do dwóch lat od pierwszego otwarcia opakowania. Zapłacimy za niego około 7zł. (jeśli się mylę, to proszę, poprawcie mnie). Moim zdaniem warto w niego zainwestować, bo nawet jeśli uznacie, że jako rozświetlacz Wam nie odpowiada, to można go zużyć tradycyjnie - jako cień do powiek :)


Drugim cieniem, który sprawdził się u mnie doskonale jako rozświetlacz jest Manhattan 12N Pina Colada. Ten nie wpada w złoto jak poprzednik, jest bardziej neutralny i zimny. Ma też nieco inną strukturę, jest bardziej zbity i kremowy. Jednak również nie sprawia żadnego problemy podczas aplikacji na twarz i dobrze nabiera się pędzlami - zarówno tymi bardziej jak i mniej miękkimi ;) podobnie jak poprzednik z Essence, tak i cień z Manhattan trzyma się cały dzień na twarzy bez szwanku. Nie ma w sobie żadnego brokatu daje metaliczny błysk i nie migruje po twarzy.


Cena regularna w przypadku tego produktu oscyluje wokół 17zł, ale jak wiadomo, można go kupić za dużo niższą cenę, więc nie przerażajcie się i polujcie. A na pewno będziecie zadowolone :)
Jeśli macie ochotę na porównanie obu cieni, to możecie to zrobić spoglądając na zdjęcie poniżej. Jak widać, Essence wpada w złoto, a Manhattan jest bardziej biały/srebrny.


Jeśli szukacie rozświetlacza, to ja mogę Wam polecić te dwa cienie do powiek, bo sprawdzają się w tej roli naprawdę dobrze. Ja używam ich codziennie, zamiennie w zależności od nastroju. Teraz mam zapas rozświetlaczy, ale już wiem, że kiedy zapasy stopnieją, to kolejnych tego typu produktów znów będę szukać wśród cieni do powiek. Te dwa mnie nie zawodzą, więc mam nadzieję na znalezienie kolejnych perełek :)
PS. Przepraszam za stan cery. Aktualnie walczę z nią, z łamiącymi się paznokciami i wypadającymi włosami :/ Niestety okres jesienno-zimowy nie jest dla mnie zbyt łaskawy...

3 listopada 2014

Foto-mix. Październik 2014.

Miniony miesiąc był dla mnie okresem dosyć pozytywnym, radosnym. Nie wiem z czego to wynika - czy z ładnej pogody, z mojego pozytywnego nastawienia, czy jeszcze jakieś inne czynniki miały na to wpływ. Niemniej jednak trochę zdjęć w tamtym miesiącu zrobiłam, więc i z Wami się nimi podzielę. Nic szczególnego, ale może coś Was akurat zainteresuje :) 


Mam w swojej szkatułce z biżuterią całą masą bransoletek, ale co z tego, skoro noszę je raz na kilka miesięcy ;) Ostatnio odkurzyłam jedną z nich, bo akurat ... pasowała mi do spodni :D 
PS. Tak, mam włoski na rękach i ich nie golę ;) 
Miesiąc październik powitałam małymi zakupami. Nie obyło się bez wizyty w Rossmannie, wpadło kilka ciekawych kosmetyków i nie tylko. Czym byłaby jesień, bez umilaczy kąpielowych? Uwielbiam wszelkie pachnące dodatki do kąpieli!
No i wreszcie wymieniłam swój stary kominek zapachowy. Ten nie dość, że lepiej wygląda, to jest wygodniejszy w "obsłudze", bo jest nieco większy. Póki co zdaje egzamin, ale w zaskakującym tempie ubywa mi wosków zapachowych :(


Jeśli chodzi o to, jakie lakiery nosiłam na paznokciach, to nie miałam jakiegoś swojego ulubieńca. Zawsze sięgam po kolor, który akurat pasuje mi do nastroju ;) Manicure z nudziakowym lakierem już widziałyście na blogu, podobnie z manicure ze stempelkami. A ten czerwony lakier, to nowość w mojej kolekcji. Dostałam go w paczce Ambasadorki Astor, którą pokazywałam TUTAJ.
Jakoś bardziej z paznokciami nie szalałam. Za to w tym tygodniu mam zamiar znowu pobawić się z naklejkami wodnymi :)


Tutaj widzicie moją ulubioną modeleczkę :D Strasznie mnie rozczula ten mały urwis i szybko jej wybaczam, nawet jak napsoci. Kotomaniaczki - łączmy się :D Aha, dla niewiedzących, futro zwie się Fizia :)


Tutaj widzicie trochę jesieni. Mój tematyczny stoliczek z dyniami, jeżykiem i grzybkami przypomina mi o tym, że lato już dawno minęło. No ale jesień też ma swoje uroki, nie sposób temu zaprzeczyć.
Koszula w kratkę, też wydaje mi się taka jesienna. Zanim ją założyłam musiałam ją nieco przerobić, bo świecące elementy na ramionach kompletnie do mnie nie pasują ;) Ale w takim wydaniu uważam ją za całkiem ładną, a do tego mega wygodną. 
No i coś na deser, czyli ciasto mandarynkowe. Piekłam pierwszy raz, ale skusiłam się, bo nie miałam pomysłu na miękkie już mandarynki ;) Może w okolicy świąt Bożego Narodzenia znów się na nie skuszę, kto wie? :)