19 sierpnia 2014

Eyeliner (prawie) idealny.

Co lubicie w eyelinerach? Cienki pędzelek? Głęboką czerń? Łatwość aplikacji? Znalazłam eyeliner, który ma w sobie te cechy. Ale niestety nie jest pozbawiony wad. A szkoda, bo mógłby zostać moim ideałem na długo.
Astror Liquid Eyeliner Stimulong 090 Black (kto wymyśla tak długie nazwy?) trafił do mnie w paczce Ambasadorki Astor. I całe szczęście! Bo pewnie szukając eyelinera w drogerii, nie spojrzałabym na szafę Astor. Jakoś nie kojarzę, żeby w blogosferze polecane były eyelinery tej marki. A szkoda, bo stwierdzam, że ten, który dzisiaj opisuję jest niedoceniany. 


Opakowanie jest całkiem zwyczajne, nie różni się od eyelinerów innych firm. Czarne ze srebrnymi napisami. Aplikator w formie pędzelka jest niesamowicie wygodny! Pędzelek jest bardzo cienki (cieńszy od mojego pędzelka do eyelinera Kozłowski EB 957) i dzięki temu precyzyjny. Można nim namalować ekstremalnie cienkie kreski, ale grubsze również nie stanowią problemu. Na pędzelek nabiera się odpowiednia ilość tuszu i choć jest on dość rzadki, to mocno napigmentowany. Wystarczy kilka ruchów pędzelkiem, żeby kreska na oku była gotowa.


Tusz do kresek jest czarny, kruczoczarny. I na szczęście nie blaknie na powiece, nie tworzą się prześwity, a w ciągu dnia nie kruszy się. Kreska na oku wykonana tym eyelinerem wygląda bardzo estetycznie, tusz matowieje na oku i jakby "wpija się" w skórę. Niestety eyeliner ma jedną wadę - nie jest wodoodporny. O czym sama się przekonałam, kiedy podczas jazdy rowerem złapał mnie deszcz. Niestety tej próby eyeliner nie wytrzymał i gdzieniegdzie się rozmazał. A szkoda, bo gdyby nie ten jeden mankament, to serio byłby moim ideałem. 


Oprócz tej niewodoodporności więcej wad się w nim nie doszukałam. Bo przy normalnych warunkach atmosferycznych utrzymuje się na oku nienaruszony przez cały dzień. Dodając do tego dziecinnie łatwą aplikację i głęboką czerń można pokusić się o zakup tego eyelinera. Szukajcie go w drogeriach z szafami Astor, oraz w drogeriach internetowych (doszły mnie słuchy, że taniej można go kupić on-line). Kto szuka, ten znajdzie :) Ceny tego eyelinera wahają się od około 20 do 30zł. Myślę, że będą to dobrze zainwestowane pieniądze :)

17 sierpnia 2014

Delikatnie, ale z błyskiem - manicure na każdą okazję.

Będąc ostatnio w DM skusiłam się na satynowy lakier p2. Jednak po pierwszej aplikacji okazało się, że coś mi w tym lakierze nie pasuje. Sama nie wiem co, ale nie porwał mnie ten satynowy efekt na moich paznokciach. I szukałam pomysłu na urozmaicenie swojego manicure - aż zalazłam zapomniany lakier China Glaze White Cap. Nałożony na satynowy p2 dodał mu innego wymiaru. To połączenie już do mnie trafiło. 


Umówmy się - nie każdemu odpowiada efekt jaki daje ChG White Cap. Dla mnie jednak ten lakier jest fenomenalny i to jak lśni w promieniach słonecznych powala mnie na kolana. Świetnie wygląda też na ciemnych lakierach bazowych - na czerni, granacie czy butelkowej zieleni. Na jasnych bazach nie wygląda może tak spektakularnie, ale i tak nadaje im charakteru. 


Sprawcami tego manicure są kolejno: 
- p2 Satin Supreme 020 sweet elegance
- China Glaze 951 White Cap
- Astor 002 Already Dry! (top coat przyspieszający wysychanie lakieru) 


Myślę, że tak delikatny manicure sprawdzi się u wielu kobiet - i u tych młodszych, ale też u starszych. Jest uniwersalny, ale nie nudny. Bo czasami wystarczy dodać ładny top coat na zwyczajny lakier, żeby cieszyć się ciekawym efektem. Jak Wam się podoba takie połączenie? Może jednak uda mi się wzniecić w kimś miłość do ChG White Cap? :) 

14 sierpnia 2014

Puder rozświetlający Essence Wave goddess.

Tak, limitki przyciągają mnie jak muchę do lepa. Przynajmniej niektóre. Więc kiedy zaczęłam dobijać dna w moim ulubionym rozświetlaczu, w tym samym momencie zaczęłam się rozglądać za innym tego typu kosmetykiem. I akurat pojawił się puder rozświetlający w ofercie limitowanej Essence. Żal byłoby nie kupić, zwłaszcza, że akurat trafiłam w drogerii na świeżutki stand :)


Zacznijmy od tego, że puder pochodzi z limitki Essence Wave goddess, a sam rozświetlacz opatrzony jest numerem 01 i nazwą Sparkling goddess. Kolorystyka nieco infantylna, opakowanie jak zwykle plastikowe, średnio wytrzymałe. No ale nie czepiajmy się, bo nie jest to kosmetyk z wyższej półki. Swój poziom trzyma.


To, co mnie szczególnie zauroczyło w tym pudrze to tłoczone kwiatki - aż żal mi było zacząć go używać ;) Ale odłożyłam sentymenty na bok, wzięłam pędzel w rękę i ... się nieco rozczarowałam. Niby ma w sobie drobinki jakby brokatowe, lśnią w opakowaniu, mienią się w odcieniach brzoskwini, ale już po nałożeniu na twarz jakimś cudem znikają. Ale! Spokojnie może robić za transparentny puder do całej twarzy, który tworzy efekt glow. Typowy rozświetlacz to nie jest, ale można nim także spróbować rozświetlić dekolt czy resztę ciała. Na letnie miesiące powinien się nadać (to nic, że zbliża się jesień).
Co do miękkości, to spokojnie nabieram go miękkim pędzlem i rozprowadzam na twarzy. Używam go już jakoś ponad miesiąc i zużycie jest nieduże, więc wydajność może być zadowalająca.


Zapłaciłam za niego jakieś 3 Euro (ok.12zł). Co prawda spodziewałam się po tym rozświetlaczu czegoś innego, ale i tak go zużyję. Jest przyzwoity, ale mnie nie powala na kolana. 
Podobno ta limitka ma się pojawić też w Polsce, a może już któraś z Was ją widziała? Czujecie się skuszone, czy raczej wręcz przeciwnie?

12 sierpnia 2014

Jajko Ebelin po dwóch miesiącach używania.

Najpierw był wielki szał na BeautyBlender. Potem zaroiło się od wszelakich podróbek. Wiele pozytywnych opinii naczytałam się o jajku Ebelin. Bo tanie, bo wygodne, bo jest prawie jak BeautyBlender. Długo się opierałam tym "cudom", ale jak już mieszkam te kilkanaście kilometrów od Drogerie Markt, to wreszcie uznałam, że czas się przekonać o tym, czy faktycznie to gąbczaste jajo jest takie ekstra. 


Dla tych osób, które jeszcze nie wiedzą z czym tą różową gąbkę się je, już tłumaczę. Otóż jajeczko Ebelin służy do nakładania podkładu na twarz. Podobno można na sucho i na mokro. Ja próbowałam tylko na mokro. A na mokro, czyli - namaczamy gąbkę w wodzie, po czym powiększa ona swoją objętość, puchnie, rośnie - zwał jak zwał. Następnie odciśniętą i wilgotną gąbką nakładamy na twarz podkład. Szerszą częścią traktujemy większe rejony twarzy typu policzki, czoło, a tą cienką, szpiczastą końcówką dochodzimy do trudno dostępnych miejsc jak na przykład płatki nosa. Każdorazowo po użyciu dokładnie myjemy/pierzemy/czyścimy gąbkę i zostawiamy do wyschnięcia. Tak w skrócie to wygląda. A jak jest w praktyce?


Po wyjęciu jajka z opakowania byłam zachwycona jego delikatną strukturą. Dotykanie go jest czystą przyjemnością. Z ciekawości od razu włożyłam je pod kran i odkręciłam kurek z wodą. Faktycznie zwiększyło swoją objętość! Kiedy nadeszła pora na pierwszą próbę tego różowego jajka miałam mieszane uczucia. Osobiście nie lubię na twarzy efektu "glow", a po aplikacji podkładu tym jajkiem efekt ów uzyskałam. No trudno, puder w ruch i to ujarzmiłam. Czas na mycie gąbeczki. No dla mnie katorga. Już wolę prać swoje pędzle ;) Odnoszę wrażenie, że jajko Ebelin trudno jest doprać do czystości i trzeba mu poświęcić więcej czasu niż np. pędzlowi do podkładu. A że ja rano nigdy nie mam dużo czasu, to...jajka używam sporadycznie. No ale jajo nie poszło całkiem w odstawkę. Nie byłabym sobą, gdybym go dokładnie nie przetestowała. I tak wysnułam wnioski następujące: jajo z niektórymi podkładami współpracuje lepiej, z innymi gorzej. Nie odkryłam jeszcze od czego to zależy, ale mam nadzieję, że niedługo do tego dojdę.


To co widzicie na powyższych dwóch zdjęciach, to spustoszenia jakie powstały w wyniku mojego użytkowania różowego jajka. Nie żebym to zrobiła specjalnie! A gdzie tam! dziura powstała podczas jednego z pierwszych myć gąbki, zrobiłam to nieświadomie, choć jakichś długich czy ostrych pazurów nie mam. A na drugiej fotce widać, że nie mogę gąbki do końca doprać, co niekoniecznie mi się podoba. Wypadki chodzą po jajkach, no trudno. Przynajmniej wiem już o co tyle szumu i wiem, że więcej na takowe jajo się nie skuszę. Wracam pokornie do swoich pędzli.

10 sierpnia 2014

Peeling cukrowy DIY.

Latem, skóra narażona na promienie słoneczne i wszystko co z nimi związane wymaga specjalnej pielęgnacji. W związku z tym stworzyłam peeling do ciała na bazie produktów, które miałam w swojej kuchni. A jako, że już go wypróbowałam i okazuje się być świetną alternatywą dla drogeryjnych peelingów, to podzielę się z Wami recepturą. 


O ile peeling kawowy jest bardzo znany i lubiany przez wiele kobiet, tak ten cukrowy jest jakoś mniej popularny. Bo choć mniej "zdziera" skórę, to nie brudzi tak bardzo łazienki jak ten kawowy. I moim zdaniem delikatniej pachnie (ale to już zależy jakie dodatki się do niego dorzuci).
Niżej znajdziecie dokładny przepis na peeling, który idealnie zmieścił mi się do plastikowego słoiczka po maśle do ciała (niestety nie pamiętam ile tego masła pierwotnie w nim było, ale zakładam, że jakieś 200g).

Bazą peelingu cukrowego jest oczywiście cukier. Może być biały, może być trzcinowy, ale zależy nam na tym, żeby kryształki były dosyć duże. Ja dałam 10 kopiastych łyżek cukru, czyli około 170g.


Do przygotowanego cukru dodałam 1 łyżkę miodu naturalnego. Otóż miód pomaga w zachowaniu naturalnej wilgotności skóry, czyli naturalnie dba o jej nawilżenie. Miód mogą stosować także osoby posiadające bardzo delikatną skórę.


Kolejny składnik peelingu to oliwa z oliwek. Peelingowi trzeba nadać jakąś odpowiednią konsystencję. Dlatego użyłam 5 łyżek oliwy z oliwek. O właściwościach oliwy można pisać poematy, ale tym razem sobie darujmy ;)


Jako ostatni naturalny składnik wykorzystałam suszone liście mięty. Miętę hoduję sobie w doniczce na balkonie, suszę, potem zaparzam i piję taką pyszną herbatkę. Ale suszone liście mięty można wykorzystać także na inne sposoby. Tutaj użyłam kilku rozdrobnionych liści mięty, żeby poprawić nieco zapach peelingu. Możecie tutaj dodać dowolne zioła, lub je całkowicie pominąć.


Możecie też dodać do peelingu odrobinkę jakiegoś naturalnego żelu do mycia twarzy. Ja owszem dodałam kilka kropel, żeby peeling łatwiej się nakładało na ciało. Na koniec wszystko dokładnie mieszamy, przekładamy do przygotowanego pojemnika i wkładamy do lodówki. Tam peeling będzie się czuł najlepiej, bo nie jest nijak zakonserwowany. Poza tym fajnie stężeje i będzie wyglądał jak taki drogeryjny peeling.


Dla mnie to hit, zakochałam się w tym peelingu i pewnie będę jeszcze kombinować nad innymi wariantami peelingów cukrowych. Naprawdę fajnie odżywia skórę, nie brudzi wanny, kryształki cukru rozpuszczają się pod wpływem wody, mięta nadaje cudowny aromat, a do tego całość wychodzi bardzo tanio! No i można wykorzystać do wykonania peelingu to, co ma się w kuchni, pod ręką i czerpać satysfakcję z samodzielnie zrobionego kosmetyku :) Polecam!

6 sierpnia 2014

Słodki różowy manicure z Golden Rose.

Dziś przyszła pora na trzeci już i ostatni już lakier Golden Rose z serii Galaxy, który mam w swoim posiadaniu. Do pokazania został mi różowy, delikatny i bardzo dziewczęcy kolor o numerze 33. Można z nim wyczarować połyskliwy i cukierkowy manicure - na taką wersję i ja się skusiłam :)


Lakier Golden Rose Galaxy 33 charakteryzuje się bezbarwną bazą z zatopionymi w niej złoto-różowymi drobinkami brokatu oraz pastelowymi różowymi plastrami miodu. Pięknie mieni się w promieniach słonecznych, co daje niesamowity efekt. Lakier kojarzy mi się z różowymi landrynkami oprószonymi cukrem.


Postanowiłam połączyć ten lakier z delikatną, różową bazą. Wybrałam pół-transparentny lakier bazowy i na niego nałożyłam jedną warstwę lakieru Galaxy. Jedna warstwa wystarcza do równomiernego rozprowadzenia drobinek na paznokciach.
Osiągnęłam zamierzony efekt, czyli słodki, delikatny manicure, w którym czułam się bardzo dobrze. Oczywiście można pójść dalej i eksperymentować z innymi lakierami bazowymi, jak to zrobiłam na przykład z Galaxy 32. Tutaj jednak nie chciałam różowemu lakierowi odbierać jego uroku i słodyczy :)


I jak Wam się podoba taka wersja? Uważacie ten różowy, brokatowy top za ciekawy, czy raczej infantylny?
Mnie osobiście takie kolory przekonują bardziej latem niż zimą, ale na pewno nie raz jeszcze po niego sięgnę i sprawdzę efekt na innych bazach.
Lakierów Golden Rose szukajcie w sklepie internetowym producenta, oraz w drogeriach stacjonarnych, które posiadają w asortymencie kosmetyki Golden Rose. Cena takiego lakieru to około 12,90zł za buteleczkę o pojemności 10,3ml.

5 sierpnia 2014

Ulubieńcy włosowi ostatnich tygodni.

Mała odskocznia od paznokci, zakupów i innych tego typu wpisów. Dawno nie było nic o pielęgnacji włosów, więc czas to nadrobić. Dziś będzie o moich dwóch kosmetykach do pielęgnacji włosów, które spisują się naprawdę świetnie!


Jak wspominałam ulubieńców jest dwóch. A są to: maska regenerująca włosy suche i zniszczone Henna Wax od Pilomax, oraz Marion kuracja z olejkiem arganowym 7 efektów.


Olejek Marion kupiłam w zastępstwie jedwabiu do włosów. Lubię zabezpieczać końcówki włosów przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi (ostatnio jest to słońce i wiatr) oraz przed uszkodzeniami mechanicznymi, które powstają np. w wyniku czesania ich czy zaplatania.

Olejek Marion, a właściwie kuracja (jak to szumnie nazwał jakiś spec) to takie maleństwo o pojemności 15ml. Zaopatrzony jest w świetną pompkę, którą wystarczy raz nacisnąć, żeby wydobyć odpowiednią ilość kosmetyku na pokrycie końcówek włosów. Pachnie bardzo, bardzo, ale to bardzo słodko. Zapach na włosach nie utrzymuje się jednak długo.  
Konsystencja - olejek jak olejek, płynny, tłusty i czego więcej chcieć? Najważniejsze jest działanie. A tutaj kuracja zdaje świetnie egzamin. Włosy są lśniące, sypkie, miękkie i miłe w dotyku. Olejek nie obciąża ich, a często zdarza się, że kosmetyki do włosów, których nie spłukujemy obciążają włosy, w efekcie czego wyglądają one na brudne i sklejają się. Tutaj tego brzydkiego efektu nie zaobserwowałam.
Olejku używam od kilku tygodni, po każdym umyciu włosów i na razie zużyłam 1/3 buteleczki (około 5ml). Polubiłam się z tą kuracją i jak będę w Polsce to rozejrzę się za tym olejkiem w większym opakowaniu. Za swoje 15ml zapłaciłam jakieś 3-4zł.

Skład: Cyclopentasiloxane (and) Dimethiconol, Dimethicone, Phenyltrimethicone, Isopropyl Myristate, Argania Spinosa Kernel Oil, Parfum, Cl 47000, Cl 26100, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Benzyl Cinnamate


Maski do włosów Pilomax są już od dawna bardzo popularne w blogosferze. Ja przekonałam się dopiero niedawno dlaczego tak jest i wcale się nie dziwię ich popularności. Ja miałam tę wersję do włosów jasnych, a na dniach chcę wypróbować tej do włosów ciemnych.

Maska jest zamknięta w plastikowym słoiczku z wygodnym wieczkiem, którego nie trzeba odkręcać/zakręcać. Wydobycie kosmetyku nie jest żadnym problemem, bo maska ma stosunkowo rzadką konsystencję, która ułatwia współpracę. Po otwarciu słoiczka czujemy przyjemną woń maski, która kojarzy mi się z zapachami unoszącymi się w salonach fryzjerskich :) Maska, którą ja posiadam ma wagę 70g i wystarcza na dobrych kilka użyć. Z tym, że nie używałam jej po każdym umyciu, a jedynie raz na tydzień, lub wtedy, kiedy widziałam, że włosy wymagają dobrego odżywienia.
Jest to maska regenerująca włosy suche i zniszczone jasne, ma ograniczać wypadanie, nadawać włosom sprężystość, moc i blask. Muszę przyznać, że nie zawiodłam się. Włosy po tej masce wyglądają na zdrowsze, bez problemu się rozczesują. Do tego nabierają blasku i faktycznie są odżywione! Trzymam ją zawsze na włosach około pół godziny i spłukuję chłodną wodą. Efekt jest naprawdę świetny.
Produktów Pilomax szukajcie w sklepie internetowym producenta oraz w aptekach. 

Skład: Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Parfum (Fragrance), Phenoxyethanol, DMDM Hydantoin, Cetrimonium Chloride, Lawsonia Inermis (Henna) Extract, Anthemis Nobilis (Chamomile) Flower Extract, CI 19140.

Jako bonus dorzucam zdjęcie moich włosów :)

4 sierpnia 2014

Zielony galaxy manicure z Golden Rose #32

Po tym jak zapowiedziałam wpis z galaxy manicure, kilka osób wykazało nim zainteresowanie. Więc nie będę zwlekać i czym prędzej pokażę Wam jaki manicure zmalowałam z galaktycznym lakierem od Golden Rose. 


Tym razem nieco zaszalałam. Poszłam w kierunku żywego koloru łączonego z czernią. W zasadzie wszelakie brokatowe, galaktyczne czy flejkowe lakiery dobrze komponują się z czarną bazą. W tym przypadku także się nie zawiodłam. Okazuje się, że lakier Golden Rose Galaxy 32 świetnie prezentuje się na czerni, ukazując cała swoją krasę. 


Baza lakieru jest przezroczysta, ale pływa w niej ogromna ilość drobnego brokatu mieniącego się wieloma odcieniami. Spomiędzy brokatu wynurzają się nieco większe, jasnozielone drobinki w kształcie plastrów miodu. To połączenie drobnych i grubszych drobinek wygląda bardzo przyjemnie, zwłaszcza po nałożeniu na paznokcie. 


Główną rolę ma tutaj grać właśnie lakier Galaxy, ale dla zainteresowanych powiem, że ten limonkowy lakier na pozostałych paznokciach to Essie The more the merrier ;)
I jak Wam się podoba taki manicure i taka odsłona lakieru Galaxy?

3 sierpnia 2014

Przybyło w lipcu.

Zapraszam na kolejną odsłonę serii, która jasno przedstawia ilość kosmetyków, które w minionym miesiącu trafiły do mojej kosmetyczki drogą zakupu bądź jakąkolwiek inną. W ostatnim czasie stawiam nie na ilość, a na jakość. I tego będę starała się trzymać.


Muszę się przyznać do sklerozy. Niestety zapomniałam zrobić zdjęcie podkładowi Astor, który grzecznie zajmuje swoje miejsce na półeczce łazienkowej. Na początku byłam przerażona jego kolorem (za ciemnym), jednak aktualnie, kiedy moja twarz (i reszta ciała też) nabrała "zdrowszego" kolorytu, to jednak podkład okazał się być w odpowiednim odcieniu :) No i lakier do paznokci Astor został pominięty, a to dlatego, że ostatnio często jest eksploatowany. Na przykład właśnie teraz noszę go na paznokciach. Myślę, że w ciągu nadchodzących kilku dni pokażę Wam go nieco bliżej, więc nic straconego :)


Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć moje skromne zakupy poczynione w The Body Shop. Zapolowałam na truskawki. Woda toaletowa i balsam do ust o zapachu truskawek podbiły moje serce <3 


Całkowicie nieplanowana i przypadkowa wizyta w Drogerie Markt zaowocowała małymi zakupami. Cień w kremie, z którym wiąże się pewna historia, oraz satynowy lakier do paznokci uwiodły mnie swoim kolorem. 


Przechodzimy do kosmetyków z paczki Ambasadorki Astor. Tutaj widzicie róż do policzków oraz błyszczyk. Żadnego z nich jeszcze nie próbowałam, ale na dniach przekonam się czy staną się moimi ulubieńcami, czy raczej rzucę nimi w kąt ;P 


Następne dwa kosmetyki Astor z paczki to czarny eyeliner oraz maskara. O ile tusz jest dla mnie zadowalający, tak eyelinera jeszcze nie miałam okazji wypróbować. 


Magiczny krem BB od L'Oreal oraz korektor z tej samej stajni. Miał być hit, a chyba raczej się nie polubimy. Spróbuję dać mu jeszcze szansę, ale miłości z tego nie będzie...


Tutaj coś z pielęgnacji ciała. Mydełka i słynna już emulsja Alterra. Zapach jak zwykle u Alterry jest powalający. Co będzie dalej, to się jeszcze okaże ;) 


Pamiętacie o tym, żeby latem też dbać o swoje dłonie? Ja pilnuję swoich łapek przez cały rok, dlatego sięgnęłam po krem do rąk z urea od Isana. O higienę też dbać trzeba, więc deo od Rexony ma mi ratować tyłek podczas upałów. Oczywiście nie bierzcie tego dosłownie ;)


Nawilżane chusteczki Alterra z aloesem to już mój stały punkt programu. To moje ulubione chusteczki ever i raczej nic mi ich nie zastąpi. A pod wpływem chwili i emocji wynikłych w efekcie ujrzenia nowej limitki Essence do mojego koszyczka w Rossie trafił puder rozświetlający Wave Goddess. Krótko mówiąc - szału nie ma, tyłka nie urywa. Ale już ja go tam jakoś spożytkuję :)

1 sierpnia 2014

Foto mix - lipiec 2014.

Na szczęście lipiec już się skończył. Mówię tak, bo był to dla mnie bardzo intensywny miesiąc. Dużo pracy, nauki i ostatecznie egzaminy. Nareszcie będę miała czas wrócić do blogowania, a pod koniec sierpnia czeka mnie upragniony urlop. Ale nie czas na rozmyślanie o tym co będzie, a czas podsumować miniony już lipiec. Zapraszam na porcję zdjęć.


1. Uwielbiam kwiaty. I kiedy tylko mam okazję upiększam nimi mieszkanie. A że nie mam "normalnych" wazoników (jeszcze się nie dorobiłam), to kombinuję jak mogę i tworzę własne. Mniej lub bardziej udane ;)

2. Dorwałam rozświetlacz z limitki Essence Wave Goddess. O ile w opakowaniu mnie zachwycił, tak już w praktyce okazał się być co najmniej średni. Ale staram się coś tam z niego wycisnąć i niezrażona używam go często ;) 

3. Milka... Bo czasami osładzam sobie życie ulubioną czekoladą. No dobra, akurat ten smak nie jest moim faworytem, ale z braku laku...  


4. Typowo letni manicure. Żywy, kolorowy. Jeszcze go na blogu nie widziałyście, ale obiecuję zdradzić Wam co to za lakiery. Już za kilka dni spodziewajcie się wpisu poświęconego temu zdobieniu :) 

5. Kawa prosto z ... lodówki. Świetna opcja kiedy w upały koniecznie chce się kawy. 

6. Komu w drogę, temu ... trampki :D Najwygodniejsze obuwie na rower. Wierzcie mi na słowo ;) 

7. Nowy sprzęt i nowa jakość zdjęć na Instagramie :D Jakoś nigdy nie interesowałam się nowinkami ze świata telefonów komórkowych, ale tym razem skusiłam się na S5. Za namową męża :) 

8. Zajrzałam do DM i poczyniłam skromne zakupy. Aż ciężko w to uwierzyć, że wzięłam tylko te dwa kosmetyki ;) 

9. Relaks po ostatnim egzaminie. Kawka, balkon, gazeta, słoneczko - czego chcieć więcej? :)


10. Tutaj macie rzeczowy dowód na to jak bardzo jestem podatna na kuszenie przez inne blogerki ;) Emulsja Alterra weszła z wielkim hukiem do blogosfery. A ja muszę się sama przekonać o co tyle szumu ;P 

11. TBS... Hmmm, miałam kupić sukienkę, ale jakoś nie udało mi się to. Za to wzbogaciłam się coś innego, przyjemnie pachnącego... :D 

12. Kolejna paczka Ambasadorki Astor trafiła w moje ręce. Na razie muszę przyznać, ze lakier jest świetny! Nie dość, że kolor jest bardzo "mój", to jeszcze zaskakująco trwały. Na pewno niedługo napiszę o nim coś więcej :)