30 lipca 2014

Golden Rose Galaxy 34. Fiolet w brokatowym wydaniu.

Nie ukrywam swojego uwielbienia do brokatów na paznokciach. Dlatego kiedy dotarła do mnie przesyłka z Polski, a w niej zobaczyłam piękne, pastelowe brokatowe lakiery do paznokci, to aż westchnęłam. Idealne na lato, ale nie tylko. Seria lakierów Golden Rose Galaxy moim zdaniem jest niezwykle udana. A co najlepsze, firma wypuszcza co jakiś czas nowe kolory. Żyć nie umierać - i malować paznokcie :) 


Mam to szczęście opiekować się trzema buteleczkami lakierów z tej serii. Dzisiaj pokażę wam fiolet, który ukrywa się pod numerem 34. Myślę, że fanki fioletu na paznokciach będą nim zachwycone :)
W zależności od tego jakiej bazy użyjemy, możemy uzyskać różne efekty. Ja dobrałam do tego lakieru jasny fiolet, zbliżony odcieniem do drobinek zatopionych w Galaxy 34. Końcowy efekt bardzo mi się podoba. Manicure jest bardzo subtelny i dziewczęcy.


Aplikacja lakieru GR jest przyjemna, pędzelek jest wygodny i dosyć długi. Wystarczy kilka pociągnięć pędzelka, żeby nałożyć odpowiednią ilość lakieru. Drobinki zatopione w bazie równomiernie rozkładają się na paznokciach. Trwałość zależy od wielu czynników, typu: baza na jaką nakładamy lakier, jak bardzo eksploatujemy dłonie i czy mają one dużą styczność z wilgocią czy środkami chemicznymi. Zmywanie, jak to przy brokatach bywa - może być kłopotliwe, ale zawsze można zastosować metodę foliową i problem z głowy. 

Tych i innych lakierów Golde Rose szukajcie w drogeriach stacjonarnych (w mojej okolicy były to raczej małe drogeryjki) lub zaglądajcie do sklepu internetowego :)


21 lipca 2014

Puder prasowany Manhattan - trasparent.

Wykończenie makijażu dobrym pudrem jest dla mnie tak ważne, jak kilo miedzi dla złomiarza. Może nawet nieco bardziej. Dlatego wybór pudru w drogerii trwa u mnie czasami i pół godziny. No chyba, że akurat sięgam po coś już sprawdzonego, wtedy trafia do koszyczka automatycznie. Ale jak (prawie) każda kobieta lubię zmiany. Więc nie zadowala mnie używanie cały czas tego samego kosmetyku.


Przedstawiam Wam Manhattan Soft Compact powder w odcieniu 0 Teint transparent. Zdjęcie powyżej ilustruje aktualne zużycie produktu, który wcześniej miał konsystencję stałą (niestety zaliczył kilka poważnych upadków, których nie przeżył i w chwili obecnej dogorywa w kawałkach).

Opakowanie pudru jakie jest, każdy widzi. Plus do tego znajduje się w nim dodatkowa szufladka z ukrytą w niej gąbeczką. Ja z gąbeczki nie korzystałam, więc na jej temat się nie wypowiadam.
Minusem może być brak lusterka, przez co noszenie go w torebce w celu poprawy makijażu w ciągu dnia wymaga dodatkowo dorzucenia lusterka. Mnie to nie przeszkadza, bo w ciągu dnia poprawiam makijaż bibułkami matującymi z pudrem, samego pudru w torebce nie noszę. 


Puder ma być transparentny, ale jednak trochę bieli twarz. Dlatego dobry będzie jeśli macie nieco zbyt ciemny podkład (nieco ciemniejszy, a nie np.pomarańczowy) i chcecie ujarzmić twarz.
Niestety nabierając puder pędzlem, możemy wywołać małą zadymę. Puder jest kruchy i pyli, ale dzięki temu łatwo jest go aplikować. Z czasem można nabrać wprawy w nabieraniu i nakładaniu go pędzlem na twarz. Plusem jego miękkości jest to, że nie trzeba w nim 10 minut gmerać pędzlem, ale lekko tylko musnąć i na włosiu pędzla już będzie odpowiednia ilość kosmetyku.
Efekt jaki daje ten kosmetyk jest co najmniej zadowalający. Ładnie matowi twarz, ale nie wygląda jak maska. Przy normalnej pogodzie i warunkach atmosferycznych wytrzymuje na twarzy dobrych kilka godzin bez żadnych poprawek. Nie wiem jak będzie się sprawować na cerze tłustej, bo ja jestem posiadaczką cery normalnej w kierunku mieszanej. U mnie wygląda naturalnie, nie mam po nim problemów z cerą. Nie wysusza jej, ani nie powoduje powstawania wyprysków.


Za 9g pudru zapłaciłam około 4-5 Euro, czyli jakieś 18-20zł. Za dobrą jakość produktu warto zapłacić tą cenę. Odcień transparentny mogę polecić wszystkim bladym osobom, ale nie tylko - znajdzie także zastosowanie u nieco ciemniejszych karnacji. Poza tym puder jest dostępny w kilku różnych odcieniach, więc tak czy inaczej każdy znajdzie jakiś dla siebie :)  Ja jestem pewna, że jeszcze nie jeden raz do tego pudru wrócę, bo sprawdził się u mnie znakomicie.

18 lipca 2014

Odświeżenie latem - jak sobie radzić z upałami.

Od dwóch dni czuję, że jest lato. Nadeszły upragnione przeze mnie upały. No ale mimo, że je uwielbiam, to moje ciało i mój organizm niekoniecznie popiera mój entuzjazm. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Więc jakoś sobie muszę radzić z reakcjami mojego ciała na wysokie temperatury. Zwłaszcza, że mój rower nie jest wyposażony w klimatyzację... 


W celu doraźnego odświeżania się używam mgiełek do ciała, oraz dezodorantu C-Thru natural spray. Tego typu kosmetyki świetnie chłodzą, a przy okazji też przyjemnie pachną. Jednak należy z nimi uważać, ponieważ zawierają w składzie alkohol. Nie wszyscy wiedzą, ale kosmetyki z alkoholem w połączeniu z promieniowaniem słonecznym mogą (ale nie muszą) wywołać plamy i przebarwienia na skórze. Lepiej jest więc samemu wykonać domowymi sposobami MGIEŁKĘ DO CIAŁA :)


Która z Was lubi kiedy twarz Wam się błyszczy jak latarnia ciemną nocą? Ja nie przepadam za tym efektem. Dlatego też noszę w torebce bibułki matujące. Aktualnie mam bibułki KOBO z dodatkiem pudru. Jestem z nich zadowolona, bo oprócz tego że "zjadają" nadmiar sebum, to jeszcze dodatek pudru ładnie matowi cerę. W opakowaniu jest 50 bibułek, co spokojnie wystarcza na całe lato ;) 


Nawilżane chusteczki też przydają się w kryzysowych sytuacjach. Można się nimi dyskretnie odświeżyć - czy to ciało, czy twarz (osoby, które nie robią latem makijażu) i wyrzucić do kosza. Tylko uważajcie z tymi chusteczkami, bo niektóre lubią zostawiać po sobie lepką warstwę! 


Przyjemnie jest też schłodzić się "wewnętrznie" ;) Dobrym pomysłem jest mrożona kawa, herbata, smoothie czy też lody. Nie dość, że są smaczne, to jeszcze fajnie schładzają organizm "od środka". 
A Wy jak sobie radzicie z wysokimi temperaturami? Macie jakieś sprawdzone sposoby? Chętnie z nich skorzystam :)

17 lipca 2014

Nude nigdy mi się nie znudzi! - Essie, Sand Tropez.

Po tym jak mój ulubiony lakier w kolorze nude dokonał swojego żywota poprzez zamienienie się w glucik, zaczęłam się rozglądać za czymś równie ciekawym. Wcześniej wielbiłam Inglot nr 715, ale jakoś nie po drodze mi było do sklepu/na wyspę Inglot. Dlatego też wytropiłam sobie inny, barrrdzo przyjemny lakier - Essie Sand Tropez. Już Wam mówię, że przepadłam - zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, moją miłość utrwaliła jakość lakieru. I nawet cena niestraszna, bo z tego co mi wiadomo, to w Polsce często można dorwać lakiery Essie w bardzo korzystnych cenach. 


Jak wygląda buteleczka to każdy widzi, jak piękny jest kolor lakieru też pewnie większość z Was już zauważyła. Jeśli jesteście na kosmetycznym odwyku/cierpicie na brak gotówki/nie chcecie się zadłużać na rzecz lakieru do paznokci, to nie czytajcie dalej, spokojnie zamknijcie tą stronę. Bo będę kusić :) 


Sand tropez to piękny kolor z palety nude. Mocno rozbielona kawa z mlekiem/albo bardziej mleko z kawą. Na paznokciach prezentuje się bardzo elegancko, subtelnie. Idealny do pracy, szkoły czy na egzaminy. Do pełnego krycia wystarczają dwie cienkie warstwy emalii. Oczywiście pod lakier zawsze nakładam jakąś odżywkę do paznokci, a na lakier nakładam dodatkowo top coat. Inaczej sobie nie wyobrażam i robię tak od lat - Wam również polecam. To było słowem wstępu do tego co chcę dalej powiedzieć. Otóż trwałość lakieru jest niebywała. Jako, że pracuję swoimi rękoma, codziennie męczę je środkami chemicznymi (rękawiczki nie wchodzą w grę), to wiele lakierów nie daje u mnie rady ani pół dnia. Inne wytrzymują max. 2-3 dni. A ten piękny Essiak daje radę w takich trudnych warunkach aż tydzień! Jestem zachwycona. 


Ten lakier może mieć także inne zastosowania - ja na przykład już go widzę jako idealną bazę pod zdobienia odbijane stempelkami! Co o tym myślicie? Ja wiem jedno - mam te lakier ze 3 tygodnie, a już dwa razy miałam go na paznokciach. Przypadek? Nie sądzę! To się nazywa miłość ;D 


Tego, oraz wielu innych ślicznych Essiątek szukajcie w wybranych drogeriach oraz w sieci Super Pharm. Ze swojej strony polecam :) A jeśli nie będziecie mogły poprzestać na jednym tylko kolorze, to mogę także ręczyć, iż czerń od Essie jest wspaniała i kryje już po jednej warstwie. Wiem co mówię, bo właśnie noszę ją na paznokciach ;) 
Kuszenia na dziś koniec. Czekam na Wasze opinie na temat tego lakieru. Śmiało możecie polecać także inne kolory. Ja chętnie skorzystam przy najbliższej okazji :)

16 lipca 2014

Moje plany i cele na rok 2014 - ile zrealizowałam przez pół roku???

W styczniu zainspirowana wpisem Pauli stworzyłam swoją listę planów i celów na rok 2014. Za nami już większa część roku, więc warto się wrócić i zastanowić jak mi idzie z ich spełnianiem. Muszę nadmienić, że od stycznia do teraz sporo się w moim życiu zmieniło, przez co kilka planów mi się pokrzyżowało. No ale gdzie tam jeszcze grudzień ;) 
 1. Na lenistwo już nie mam czasu. Pracuję w kilku miejscach, prowadzę dom, chodzę na kurs - cały tydzień mam po brzegi wypełniony. Błogie lenistwo zdarza mi się uprawiać tylko czasami w niedziele. 

2. Ruszyłam z nauką języków obcych - przynajmniej języka niemieckiego. Mieszkając w Niemczech chcę znać ten język jak najlepiej, żeby móc z każdym swobodnie porozmawiać. Nie przyjechałam tutaj z niczym, bo już w szkole w Polsce uczyłam się tego języka. Jednak tutaj przekonałam się, że w szkołach uczą po łebkach i niewiele z tych lekcji przydaje się w praktyce. Na kursie ugruntowałam swoją wiedzę, wzbogaciłam słownictwo i przestałam się bać. Moja bariera językowa pękła i bez problemu porozumiewam się z Niemcami :) 

3. Zdrowe odżywianie odeszło w niepamięć. Niestety przez brak czasu, przez późne wracanie do domu jadam byle jak, nieregularnie i odbija się to na mojej wadze :/ A że wcześniej miałam małego hopla na punkcie zdrowego odżywiana, to boli mnie to podwójnie. 

4. O regularności w pisaniu notek na bloga oraz w ćwiczeniach to też mogę póki co zapomnieć. Niestety tak jak ze zdrowym jedzeniem - nie mam na to czasu. Może brzmi to jak wymówka, ale uwierzcie mi - pracuję rano, po południu mam kurs i wieczorem znowu praca. Nieraz jadę prosto z pracy na kurs, wracam koło 18. Na 20 znowu muszę być w pracy. Więc tego czasu faktycznie nie mam. Ale niedługo (koniec lipca) koczę kurs i będę miała więcej czasu dla siebie, wtedy postaram się zadbać o formę :) 

5. Boję się coraz mniej. Walczę ze swoim strachem. Pierwszym moim sukcesem jest pokonanie bariery językowej. Nigdy nie lubiłam załatwiać telefonicznie jakichkolwiek spraw. A teraz muszę dodatkowo załatwiać te sprawy w języku niemieckim. I daję radę. Przynajmniej tak mi się wydaje :D

6. Oszczędzam! I już udało mi się uzbierać pieniądze na urlop. W sierpniu jedziemy z mężem do Polski, więc to spory wydatek. Zwłaszcza, że idziemy tam na wesele i zostajemy potem cały tydzień. Oczywiście po powrocie z Polski nadal mam zamiar oszczędzać. Tym razem na wyjazd do Hiszpanii. Marzy mi się zwiedzenie Barcelony. A to za sprawą książek Carlosa Ruiza Zafona. Czytałyście jakąś jego książkę? Jeśli lubicie mroczne klimaty, to polecam! :)

13 lipca 2014

Owocowa rozkosz, która zniewala zmysły i ciało! - Farmona tutti frutti, olejek do kąpieli :)

W maju przyjechała do mnie z Polski dostawa pachnących umilaczy do kąpieli. Między innymi był wśród nich olejek do kąpieli Farmona tutti frutti o zapachu wiśnia&porzeczka. A jako, że już dobija dna, to czas podzielić się wrażeniami jakie na mnie wywarł :) 


Podoba mi się pękata butla z przezroczystego plastiku, przez którą widać ubytek płynu. Owocowe akcenty pozytywnie nastrajają, kojarzą się z latem, sadem owocowym i innymi przyjemnymi sytuacjami ;)
Olejek do kąpieli tutti frutti ma zdaniem producenta zniewalać zmysły i ciało. Już po pierwszym otwarciu butelki otula nas intensywny, cierpki smak wiśni. Po wlaniu go do wody, nabiera ona czerwonej barwy i świetnie się pieni. Zapach roznosi się po całej łazience i pozwala się wyśmienicie zrelaksować. 
Na szczęście olejek nie barwi wanny, ani też jego opalizujące elementy nie pozostają na skórze. Tak, dobrze czytacie - opalizujące drobinki są zatopione w tym olejku i są dodatkowym gadżetem, który notabene ani nie przeszkadza, ani nie robi żadnych cudów ;) 


Z tej serii miałam już peeling do ciała, więc byłam prawie pewna, że będę zadowolona. Przeczucie mnie nie myliło - olejek okazał się strzałem w dziesiątkę! Piękny zapach, który nie znika od razu po otwarciu butelki, piana, którą również bardzo lubię, duża butelka 500ml, która sprawia, że przyjemność możemy smakować często i gęsto. Olejek jest wydajny, nie podrażnia skóry, nie uczula. ie używałam go pod prysznicem, bo po pierwsze nie mam prysznica, a po drugie nie lubię prać kąpieli pod prysznicem - uwielbiam moją wannę :D Jednak według producenta produkt ten ma być idealny pod prysznic. Więc nic straconego - po olejek mogą sięgać także osoby nie posiadające wanny.
Jeżeli jeszcze nie próbowałyście tych olejków, to koniecznie po nie sięgnijcie - jak nie po tą, to po inną wersję zapachową.
Pojemność - 500ml
Cena - 12zł.

8 lipca 2014

Eyeliner w pisaku - Astor Perfect Stay Thick&Thin.

Amatorką eyelinerów w pisaku nie byłam nigdy. Zawsze sięgałam po jakieś trefne okazy i tym sposobem się zraziłam. Ale dałam im kolejną szansę po tym, jak w moje ręce trafił eyeliner Astor. Uznałam, że co mi szkodzi - najwyżej kolejny eyeliner trafi do kosza. No i jednak nie trafił :) 


Tusz do kresek Perfect Stay 24h Thick&Thin wodoodporny. Do dwóch rodzajów kresek. Płaska strona do grubej kreski, wąska strona do cienkiej kreski. 
Więcej informacji znajdziesz na: www.astorcosmetics.com oraz www.coty.pl. 
A recenzję tego eyelinera przeczytasz trochę niżej :)


Producent obiecuje wygodny, dwustronny aplikator przy pomocy którego można namalować dowolną kreskę. Jak widać na zdjęciach faktycznie końcówka jest skośna, z jednej strony cieńsza, a płaską stroną można malować grube kreski. Czy to się sprawdza w praktyce? Owszem. Co prawda preferuję raczej cienkie, mało ekstrawaganckie kreski, ale na potrzeby recenzji pokombinowałam także z grubszymi krechami.


Mój eyeliner jest w kolorze czarnym, ma oznaczenie nr 090 Black. Jest to matowa czerń, głęboka i wyraźna. Nie szarzeje, nie ściera się w ciągu dnia, a także nie "pęka" na powiece. Kreska wygląda jak namalowana zwykłym pisakiem. Ponadto kreska nie odbija mi się na górnej powiece. A często miewam z tym problemy, bo moim utrapieniem jest opadająca powieka. Na szczęście tutaj nie zaobserwowałam ani razu efektu "ksero". Podoba mi się efekt jaki można uzyskać tym eyelinerem. Zresztą spójrzcie same:


Uważam, że ten eyeliner sprawdzi się i u osób, które przygodę z kreskami dopiero zaczynają, ale kobiety stale używające eyelinerów też będą zadowolone. Łatwość aplikacji, trwałość, elegancki design - to wszystko przemawia za tym, żeby kiedyś sięgnąć po ten eyeliner :)
Cena to ok. 28-30zł.




2 lipca 2014

Foto mix czerwiec 2014.

Kolejna odsłona fotograficznego podsumowania miesiąca. Pogoda nie dopisywała, czasu na szaleństwa nie było, ale coś tam się jednak działo.


1. Mój nowy "Szef kuchni", czyli Kenwood Chef. Mój prezent urodzinowy ode mnie dla mnie ;)

2. Kolejny "prezent", który sobie sprawiłam, czyli ... żelazko. Uwiódł mnie śliczny design, kwiatuszki, szmery bajery ;)


3, 4, 5, 6. Pokręcona pogoda, czyli deszcz-słońce-tęcza-słońce-deszcz. I tak na okrągło. Kiedy zawita do mnie piękne, upalne lato??? Czekam z niecierpliwością!!!


7, 8, 9. Część kosmetyczna, czyli zakupy, pazurki, lakiery. W sumie wszystko to już mogłyście zobaczyć na blogu ;P

A Wam jak minął czerwiec? Pogoda dopisała?