30 czerwca 2014

Przybyło w czerwcu.

Właśnie żegnamy czerwiec. Pierwsza połowa roku za nami. Jeszcze tylko 6 miesięcy i znów świętować będziemy Nowy Rok. Czy Wam też czas przecieka przez palce??? U mnie to istne szaleństwo, ale pewnie wynika to z natłoku pracy i obowiązków. 


Niemniej jednak czas podsumować zakupy dokonane w czerwcu. Powiem tylko krótko - wreszcie trafiłam do DMu :) Nie, nie wyniosłam połowy drogerii. Zakupy robiłam bardzo rozważnie i najpierw się 3 razy zastanawiałam czy to po co sięgam jest mi niezbędne do życia :) 


Na początek moja nowa miłość. Lakier Essie Sand Tropez. Właśnie noszę go na paznokciach i muszę przyznać, że jest...idealny! Piękny nudziak pasujący na każdą okazję, do szkoły, pracy i na imprezę. To była miłość od pierwszego wejrzenia :D


Jajeczko Ebelin do nakładania podkładu. Byłam bardzo ciekawa jak działają te gąbkowe cudeńka w stylu Beauty Blendera. Teraz już wiem, że to bardzo fajny i przydatny produkt. Musze przyznać, że tym jajeczkiem wygodniej nakłada mi się płynny podkład niż pędzelkami do podkładu. No ale to dopiero początki naszej znajomości, zobaczymy co będzie później :) 


Olejek kokosowy do ciała Alverde. O nim na razie nic powiedzieć nie mogę, bo czeka w kolejce na użycie. Mam zamiar najpierw wykończyć pozaczynane olejki, a potem zaczynać coś nowego, bo szkoda żeby się zepsuł lub stracił termin przydatności po otwarciu. Póki co przeraża mnie ogromna butla tego specyfiku :D 


Odżywka i maska do włosów Alverde z aloesem i hibiskusem. Produkty które już znam i lubię. A że miałam okazję, to się zaopatrzyłam w swoich ulubieńców :) 


Szampon Balea to u mnie nowość i sama jestem niesamowicie ciekawa jak się u mnie spisze :) 
Natomiast peeling pod prysznic Balea zapowiada się ciekawie ze względu na zapach mandarynkowo-pomarańczowy. Ale zobaczymy jaki z niego będzie zdzierak i czy w ogóle na to miano zasłuży. 


Śliczne, kolorowe lakiery Golden Rose Galaxy. Pierwsze manicure już mam za sobą, ale na recenzję musicie jeszcze troszkę poczekać ;) Póki co mogę powiedzieć, że na paznokciach wyglądają obłędnie! Tysiące drobinek, mieniąca się baza - coś ślicznego! Akurat dla takiej sroki jak ja ;)


Słynny micel L'Oreal, który u mnie zdał egzamin. Jak już wreszcie go znalazłam w jakimś Realu czy innym sklepie, to musiałam wziąć choć jedną buteleczkę ;) TUTAJ znajdziecie moją recenzję tego micelka :)


Szampon Alterra. Chyba wypróbuję wszystkie ich wersje, bo co zakupy to sięgam po inną ;) Jakoś lubię te szampony, a do tego są tanie, więc same wskakują do koszyka :D


Mydełka Alterra. Nie mam w tym temacie nic więcej do dodania :D


Zmywacz do paznokci Isana. Mam nadzieję, że będzie godnym następcą zmywacza z Eveline? ;) 


Puder Alterra do którego również regularnie wracam, a jego recenzję znajdziecie TUTAJ :)


I coś wybitnie niekosmetycznego, ale co sprawiło mi ogromną frajdę - nowe buty na rower <3 Do tego kupione przypadkiem ;) Deichmann 19,90 Euro. Jak Wam się podobają? 
I to by było na tyle z zakupów czerwcowych. Jutro będzie nowy dzień, nowy miesiąc, nowe wyzwania i nowe...kosmetyki :D Ahoj przygodo!

29 czerwca 2014

Zużyte, wyrzucone po raz drugi :)

Druga odsłona serii o kosmetykach, które zużyłam w ciągu kilku minionych miesięcy. Trochę tego uzbierałam, ale nie będę uprzedzać faktów. 


Czy znalazły się tutaj jakieś objawienia, hity a może trafił się jakiś bubel? Jeżeli macie ochotę się dowiedzieć, to zapraszam do lektury!


Lakiery do włosów to przy moich "piórkach" konieczność. Bez lakieru moje włosy latają wszędzie i przeszkadzają mi w codziennym funkcjonowaniu. Do tej pory namiętnie używałam lakieru Taft, jednak zdarzyło mi się go zdradzić z lakierem Wellaflex.To nie był dobry wybór. Rozpyla lakier zamiast w formie lekkiego sprayu to jako mokrą mgłę. Włosy wyglądają po nim nieświeżo. Taft wygrywa. 


Mydełka Alterra. Robię się nudna i przewidywalna z takimi zużyciami? Nie szkodzi - świadczy to o mojej higienie osobistej :D


Porządki w zasobach lakierowych zaowocowały wyrzuceniem zgluciałego Seche Vite. Teraz zamiast niego używam szybkoschnącego top coatu Astor. 
Maseczka do twarzy Equilibra. Mimo iż to miniatura, to posłużyła mi na dwa użycia. Przyjemnie wygładza twarz, ale za to okropnie śmierdzi. Niestety ten zapach ją u mnie dyskwalifikuje... 
Żel pod prysznic jakiejś nieznanej mi firmy. Dostałam w prezencie, to zużyłam. Ale szału nie robił, więc nie żałuję, że marki nie znam ;P 
Odżywka L'Oreal dodana do farby do włosów. Taka mała, niepozorna, a wystarcza a kilka użyć w zależności od długości włosów. I świetnie działa na włosy, wygładza je, dobrze się rozczesują i są lśniące. 


Te dwa "twarzowe" produkty doczekały się już swoich wpisów na blogu. O toniku pisałam TUTAJ, a o dwufazie z kolei TUTAJ :) 


I kolejne dwa zmywaki do twarzy. Micel Nivea mi totalnie nie leży, ale za to płyn do demakijażu oczu robi wrażenie. Zużyłam kilka opakowań i na pewno będę do niego jeszcze wracać. 


Miętowy peeling do twarzy Queen Helene służył mi długo i wiernie, ale nadszedł czas by się z nim pożegnać. A szkoda, bo choć używałam go kilka miesięcy, to nie zdążył mi się znudzić.
Płyn do demakijażu oczu Garnier jeszcze nie doczekał się notki, a sama nie wiem czemu. Jest niezły, daje radę także z wodoodpornymi mascarami. Nie podrażnia, nie śmierdzi niczym nieprzyjemnym - nic, tylko używać :)


Solankowy peeling do ciała Hean miał być hitem jak jego cukrowy brat, a okazał się katorgą. Śmierdział okropnie czymś chemicznym, jakby szpitalem połączonym z odlewnią stali. Męczyłam go....stanowczo za długo. 
Dezodorant Synergen też już więcej u mnie nie zagości. Zostawia białe plamy, a to go dyskwalifikuje. Nie będę za nim płakać. Ale może możecie mi polecić jakiś fajny dezodorant w sprayu???


Szampony, szampony, szampony. Mają myć moje włosy i niespecjalnie im szkodzić. Niczego więcej nie oczekuję. Z tej trójki najmniej spodobał mi się Head&Shoulders, bo obciążał moje włosy. Choćbym je nie wiem jak długo potem płukała, to i tak nic nie da. 
Schauma 7 ziół okazał się być poprawny. Świetnie mył włosy, ale nieuniknione było użycie po nim odżywki, bo nieco plątał mi włosy. 
Alterra do włosów farbowanych to również całkiem przyzwoity szampon. Spisuje się w swojej roli, a do tego delikatnie i przyjemnie pachnie.


Szampon odbudowujący i pielęgnujący włosy Alterra też był całkiem przyjemny, mył i nie obciążał włosów, pachniał słodziutko i polubiliśmy się z nim :) 
Maska do włosów z granatem i aloesem Alterra to u mnie klasyk, po którego sięgam regularnie. Jest jednym z moich ulubieńców włosowych i polecam go szczerze :) 
Maska do włosów Alverde również była mi już wcześniej znana. Podobnie jak maska z Alterry znajduje u mnie swoje stałe miejsce. Moje włosy ją uwielbiają <3 


Sole do kąpieli marki Dresdener Essenz są zdecydowanie najbardziej aromatycznymi solami do kąpieli z jakimi się miałam przyjemność spotkać. Cudownie pachną, barwią wodę i świetnie się pienią.


Maseczka peel-off Efektimy była miłym urozmaiceniem, bo już dawno nie używałam tego typu maseczek. Fajnie zastygła na twarzy, elegancko ją zdjęłam. Skóra była odświeżona, promienna i wygładzona. Bardzo sympatyczna maseczka :)
Z kolei maseczki do włosów Laveramnie nie zachwyciły. Miałam wręcz wrażenie, że nic nie zrobiły. Zero efektu. Troszkę jestem rozczarowana...


Sole do kąpieli Isana to u mnie nowość. Ale wiem na pewno, że jeszcze się na nie skuszę! Zapachy są naprawdę fajne, woda po tych solach jest bardzo intensywnie kolorowa ale na szczęście na barwi ona wanny. Polecam! :) 


Kolejny umilacz kąpieli. Tym razem wielbiony przeze mnie Kneipp. Duża butla - duża przyjemność podczas kąpieli :D


I wreszcie coś z kolorówki. Udało mi się wykończyć dwa podkłady do twarzy. Maybelline pod koniec butelki zaczął mi się utleniać na twarzy. Ale na początku nie miałam z nim problemów, spisywał się dobrze. Jest lekki, delikatnie kryje, nie daje efektu maski na twarzy. 010 ivory był dla mnie wystarczająco jasny. 
Healthy mixa od Bourjois chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Mój ulubieniec wśród drogeryjnych podkładów. Więcej o nim pisałam TUTAJ :)

24 czerwca 2014

Makijaż w letnim kolorze.

Co prawda czerwiec nie rozpieszcza mnie piękną pogodą, ale staram się nie zapominać o lecie. W związku z tym ostatnio postawiłam na makijaż nieco bardziej barwny niż zwykle. Żywą pomarańczę zgasiłam nieco ciemną zielenią, a co z tego wyszło zobaczycie nieco niżej :) 


Pierwsze skrzypce zagrała tutaj paletka Sleek Caribbean Curacao. A konkretnie cienie: Tequila Sunrise oraz Green Martini. Pierwotnie miałam nieco inny zamysł i sięgnęłam po inne cienie, niestety zawiodły moje oczekiwania pod względem pigmentacji i nasycenia koloru po roztarciu... Więc z podkulonym ogonem złapałam za sprawdzone Sleeki. 


Lista kosmetyków, których między innymi użyłam:
- baza pod cienie Inglot
- biały cień w kremie Essence Ballerina Backstage 01 Dance the swan lake
- pomarańczowy cień Sleek Tequila Sunrice (paleta Caribbean Curacao)
- zielony cień Sleek Green Martini (paleta Caribbean Curacao)
- kredka kohl Oriflame w kolorze nude
- set do brwi Essence
- eyeliner w pisaku Astor Perfect Stay
- biały matowy cień My Secret nr 501 do rozcierania cieni
- mascara Astor BIG & BEAUTIFUL BFLY Butterfly Look


Jak Wam się podoba taki makijaż? Używacie często żywych kolorów, czy stawiacie na stonowane, naturalne barwy? Ja ostatnio rzadko robię pełny makijaż, ale jak już mam czas, to wolę zaszaleć ;)

20 czerwca 2014

Granatem po oczach!

Tusze do rzęs zmieniam często i gęsto ;) Lubię sięgać po nowości, po mascary różnych firm, z przeróżnymi szczoteczkami i ostatnio też nie tylko w kolorze czarnym. Trafił w moje ręce tusz w kolorze blue ;) Ale według mnie jest on zwyczajnie granatowy. Mowa o tuszu Astor Seduction Codes. 


Na początek trochę ponarzekam ;P Co mi się najmniej w tej mascarze podoba to jej opakowanie. Plastikowe, granatowe ze złotymi naklejkami. Może z daleka tak to nie razi, ale jak się temu przyjrzeć z bliska, to wieje tandetą, a naklejki na rogach nieładnie się odznaczają. Niestety design opakowania bym tutaj mocno zmieniła. 


Przejdźmy do szczoteczki, która jest istotną sprawą, kiedy decydujemy się na zakup mascary. Mamy tutaj do czynienia z włosiem w oryginalnym kształcie klepsydry. Dla mnie ten kształt okazał się być bardzo wygodny. Dobrze operuje mi się tą szczoteczką, mimo iż jest dość sporych rozmiarów. Podejrzewam, że dla osób o małych oczach czy też krótkich rzęsach może ona być nieco problematyczna, ale tutaj mogę tylko spekulować :) 

Kolor również może być kwestią dyskusyjną. Producent opisuje kolor jako niebieski. Owszem, tusz ma kolor niebieski, ale już po nałożeniu go na rzęsy traci nieco na mocy i staje się mniej intensywny, rzekłabym, że granatowy. Jednak mimo wszystko jest nadal widoczny. Trochę obawiałam się, że albo nie będzie w ogóle różnicy między tym kolorem, a czarnym, albo znowu w drugą stronę - że będzie mocno intensywny i wstyd będzie tak wyjść na ulicę. Na szczęście efekt jest wypośrodkowany i tusz ładnie wygląda na rzęsach, można go spokojnie używać na co dzień, do pracy, ale też i na wyjścia typu impreza czy też randka. 


Seduction Codes to mascara z typu tych, które można używać od razu po zakupie i nie trzeba czekać, aż nieco zgęstnieje. Jego konsystencja jest od początku odpowiednia - nie jest ani zbyt wodnisty ani zbyt gęsty. Na szczoteczkę nabiera się od razu odpowiednia ilość mascary i fajnie się ją nakłada na rzęsy. Szczoteczka dobrze rozczesuje i podkreśla rzęsy są one rozdzielone i uniesione. Dlatego też jestem z tego tuszu bardzo zadowolona. Odpowiada mi zarówno to jak podkreśla rzęsy, jak i ładny kolor. Używam jej w słoneczne dni, albo kiedy po prostu mam nastrój na zamianę tuszu czarnego na coś innego. Nie wiem jak sprawuje się czarne wersja tego tuszu, ale niebieską mogę Wam szczerze polecić. Regularna cena za 10,5ml tuszu to 31zł, ale jak wiadomo można ją nieraz zakupić w korzystniejszej cenie ;) 


19 czerwca 2014

Jak się motywować? Kilka przyjemnych sposobów.




Jak się motywować? Kilka przyjemnych sposobów.
To, co mnie najbardziej motywuje do działania, to widoczne efekty. Czasami jednak na te efekty trzeba troszkę poczekać. Pojawiają się chwile zwątpienia, poddajemy się i zapominamy o podjętym wyzwaniu czy postanowieniu. Jak się zmotywować i nie poddawać się tak łatwo? 


Motywacja – klucz do sukcesu.
Jeżeli cokolwiek musisz, czy chcesz zrobić, to pamiętaj o tym dla kogo to robisz. Skup się na korzyściach jakie Ty z tego wyniesiesz. Nie rób niczego dla kogoś. Niech powieje nieco egoizmem, ale robiąc coś dla kogoś zrobisz to gorzej niż robiąc to dla siebie. Pamiętam jak jeszcze chodziłam do szkoły. Moi rodzice zawsze mi powtarzali – „Nie uczysz się dla nas. Uczysz się dla siebie. Ta wiedza i wykształcenie Tobie się kiedyś przydadzą, nie nam”. Patrząc na to z perspektywy czasu uważam że były to bardzo mądre słowa i mogą mieć także zastosowanie w innych dziedzinach życia. 


Małymi krokami do przodu.
Wiele osób ma tendencję do porywania się z motyką na słońce. Mam tutaj na myśli to, że obierają sobie jakiś trudny do zrealizowania cel, w połowie się poddają. Dlatego że z góry założyli coś niemal niemożliwego. Wygodniej i przyjemniej jest dochodzić do celu małymi krokami. Wyznaczać sobie mniejsze cele i po ich osiągnięciu nagradzać siebie. Co lepiej motywuje niż nagroda? Nie bójmy się samych siebie nagradzać! Bardzo spodobała mi się tradycja Aliny z bloga Design Your Life. Po każdym kolejnym tysięcznym fanie na Facebooku Alina idzie zajadać się sushi. Czy to nie przyjemna nagroda? Założę się, że takie nagradzanie się świetnie ją motywuje do dalszego działania!  Moje nagrody bywają zdecydowanie mniejsze, ale i cele do osiągnięcia mają mniejszą skalę. Na przykład można się zmotywować do zmywania naczyń tym, że potem zaparzymy sobie pyszną kawkę. Przyjemnie? Myślę, że owszem :)

 
Wizualizacja.
O wizualizowaniu swoich celów napisano już sporo książek. Jedni wierzą w wizualizację, inni są bardziej sceptycznie to niej nastawieni. Jednak patrząc obiektywnie, co nam zaszkodzi wizualizowanie sobie celu? Myślę, że zaszkodzić nie może, a jeśli może w jakiś sposób pomóc, to warto ją wykorzystać. Opiszę krótko na czym polega wizualizacja celu. Przez kilka minut dziennie wyobrażaj sobie dokładnie co się stanie po osiągnięciu założonego przez Ciebie celu. Chcesz wybudować dom? Zamknij oczy i wyobrażaj sobie jak będzie on wyglądał. Jak go urządzisz. Wyobraź sobie, że spacerujesz po salonie, poczuj ten puchaty dywan pod stopami. Skup się wszystkimi swoimi zmysłami, spróbuj odczuwać to co się stanie. Podobno jakieś badania wykazały, że nasz mózg nie widzi różnicy między tym, co sobie wizualizujemy, a tym co się dzieje rzeczywiście. A Twoja podświadomość będzie dążyć do zdobycia tego celu. Na tym polega cały myk! Jeżeli macie ochotę zgłębić temat, to polecam poszperać w bibliotekach i znaleźć ciekawe pozycje o tym temacie (np. „Potęga wizualizacji” Michała Wiszniewskiego czy też "Rozwój zdolności parapsychicznych" William'a W. Hewitt'a). 


Wsparcie.
Jeśli wiesz, że bez wsparcia osób z zewnątrz nie dasz rady, to od razu poszukaj kogoś, kto może Ci pomóc. Być może masz kogoś w rodzinie – męża, żonę, mamę, ojca, siostrę, babcię, którzy w jakiś sposób mogą Cię motywować, napędzać do działania, to bez wahania powiedz im o tym! Poproś o pomoc, to nic nie kosztuje, a może wiele zdziałać! Nie w każdej sytuacji jednak najbliżsi mogą być wtajemniczeni. W takiej sytuacji można zawsze poszukać grupy wsparcia. Czy ma to być tylko internetowa grupa wsparcia, czy grupa ludzi z którymi chcesz ćwiczyć, biegać, a może walczyć wspólnie z nałogiem. Korzystaj z ich wsparcia, ale pamiętaj, że robisz to dla siebie, a nie dla nich!

18 czerwca 2014

Różowa jak świnka...

Zdarzają Wam się czasami nieprzemyślane zakupy? Takie pod wpływem impulsu - potrzebny mi jakiś kosmetyk i tym razem wypróbuję czegoś innego! Łapię za coś co przykuło moją uwagę, nie myśląc o tym jakie to może mieć później konsekwencje. Owszem, bywa tak, że kosmetyk się sprawdzi nawet lepiej niż dotychczasowi ulubieńcy. Ale bywa i odwrotnie - a potem lament, że jaki to ja bubel kupiłam. Tak było ostatnio ze mną :/


Nic nie zapowiadało tragedii jaka miała niedługo potem nadejść. Tester wykorzystany w sklepie na mojej łapce wyglądał przyzwoicie. Fajnie się rozprowadził, stopił ze skórą. No to myk, do koszyczka, płacimy i do domu obmacać nowe cacko. Jedno użycie. Fiasko. Drugie, trzecie i kolejne. Niestety to samo - porażka. Dla tego podkładu niestety nie znalazłam alternatywy, innego sposobu na wykorzystanie, bo się zwyczajnie nie nadaje do niczego. 
Ale jedźmy z tą krytyką po kolei ;) Opakowanie byłoby nawet fajne, gdyby było transparentne i można by wtedy było obserwować zużycie produktu. Przez ten zielony plastik nic nie widać i można tylko się domyślać na ile jeszcze czasu wystarczy nam feralnego produktu. Pompka wygodna, cenię sobie takie aplikowanie produktu. 


Konsystencja podkładu pozostawia wiele do życzenia. Jest on bardzo gęsty, tępy, fatalnie rozprowadza się po twarzy, roluje się i wygląda to w efekcie tragicznie. Próbowałam na różne sposoby - dłonią, pędzlami, na krem, bez kremu, ale zawsze były kłopoty i podkład wyglądał źle. 

Kolor niestety też wypadł fatalnie. Wybrałam nr 01 w odcieniu beige rose. O ja ułomna, czemu nie skupiłam się na dodatku "ROSE"??? Niestety podkład jest mocno różowy, ma tyle różowych tonów, że wyglądam w nim naprawdę jak świnka. Wyglądam w nim na tyle brzydko, że nawet biegając po domu wolę być bez makijażu niż z tym "cudem". Pomijając już to, że najpierw musiałabym stoczyć walkę o dobre rozprowadzenie go na twarzy. 


Temu panu już serdecznie podziękuję i będę go omijać w Rossmannie szerokim łukiem. Nie pomoże mu nawet zalotna pompka, przyjemny zapach ani żaden wyciąg z granatu. Nie wiem jak zachowują się pozostałe odcienie, ale nie mam ochoty się o tym przekonywać. Wystarcza mi walka stoczona z tym delikwentem. Zapłaciłam za niego jakieś 4-5 Euro i niestety są to pieniądze wyrzucone w błoto. No trudno, człowiek się uczy na błędach ;)

15 czerwca 2014

Letnie maseczki źródłem urody na cały rok!

Dziś u mnie leniwa niedziela, więc i wpis będzie z gatunku tych "lżejszych". Kolejna porcja ciekawostek ze starych książek. Tym razem kilka słów o domowych maseczkach, między innymi z sezonowych owoców. 


Próbujecie może same czasami ukręcić sobie jakąś maseczkę? Ja przyznaję, że niestety nie - z prostego powodu jakim jest brak czasu. A wydaje mi się, że taka samorobiona maseczka jest o wiele lepsza, niż gotowa, napakowana konserwantami i innymi dodatkami maseczka drogeryjna. Dlatego zachęcam do wypróbowania przepisów, jakie udało mi się wygrzebać z czeluści podręczników :)


To jak będzie, biegniemy do kuchni w poszukiwaniu kiszonej kapusty? :D Jeśli jeszcze Wam mało, to mam dla Was kilka konkretnych przepisów. Dla każdego coś dobrego! 


Przyznam, że niektóre składniki chętniej bym zjadła niż położyła na twarz ;) Ale chyba dziś wieczorem zagospodaruję chwilkę i ukręcę maseczkę z płatków owsianych i może jakiegoś jabłuszka czy marchewki... A Wy poczułyście się zainspirowane? Czy może od dawna robicie sobie samodzielnie maseczki?


Materiały pochodzą z książek:
  • Jak dbać o urodę  Janina Zdanowicz
  • Pielęgnowanie zdrowia i urody Anna Koźmińska-Kubarska

14 czerwca 2014

Olejek grzechu wart? - Bielenda, drogocenny olejek awokado.

Zachwycił mnie zapachem, uwiódł zgrabną buteleczką, zaskoczył działaniem. Od kiedy olejki stały się nieodłączną częścią mojej kosmetyczki, próbuję różnych wariantów dostępnych na rynku. Dawno, dawno temu w moje ręce trafił drogocenny olejek awokado od Bielendy. Już sama nazwa zapowiada się obiecująco - prawda???


Olejek znajduje się w buteleczce zaopatrzonej w atomizer. Nie pryska on jak tradycyjny atomizer, tylko bryzga strumieniem olejku. Ale jeżeli ktoś uważnie przeczyta etykietkę, to zauważy iż producent zaleca najpierw wydobyć olejek na zgłębienie dłoni, a dopiero potem aplikować go na twarz/włosy/ciało. W sumie fajne rozwiązanie, bo przynajmniej łazienka pozostaje czysta, olejek trafia bezpośrednio na rękę i nie opryskuje wszystkiego w zasięgu naszego wzroku. Od razu muszę też zaznaczyć, że atomizer się nie zacina, działa poprawnie, choć używam go już dobrych kilka miesięcy (mimo iż termin ważności wyznaczony jest na 3 m-ce od otwarcia). Uznałam, że skoro olejek nie zmienił ani swojego stanu skupienia, ani zapachu, ani mnie nie zaczął uczulać, to spokojnie mogę go nadal używać.


Kwestia zapachu jest bardzo indywidualna. Jeżeli macie jakieś pojęcie jak pachnie cała seria Bielendy "Awokado" (np.krem do ciała czy twarzy), to ten olejek pachnie identycznie. Czyli jak? Egzotycznie, nieco słodko i melonowo. Bardzo przyjemnie moim skromnym zdaniem :)
Olejek ma być uniwersalny i oddziaływać korzystnie zarówno na twarz, włosy i ciało. Od razu mówię, że na moich włosach się nie sprawdził, bo i nie wszystkie oleje każdemu rodzajowi włosów będą odpowiadać. Natomiast bardzo sobie chwalę jego działanie na skórę. Moje nogi często błagają o nawilżenie, natłuszczenie i odżywienie. Ten olejek im to daje, skóra jest po nim gładka, miękka i odżywiona. Do tego pakietu dodam, że jeszcze pięknie pachnie i naturalnie błyszczy. Jestem naprawdę zadowolona. Czasami dolewam olejku do kąpieli, dzięki czemu po wyjściu z wanny nie muszę dodatkowo aplikować innych kosmetyków na skórę.
Olejek jak to olejek - jest tłusty, pozostawia na skórze tłustą powłokę, ale dość szybko się wchłania, pozostawiając skórę aksamitną. Co ważne - nie klei się i nie czuję się po nim "brudna". Czego chcieć więcej?


 Olejku szukajcie w drogeriach zaopatrzonych w asortyment marki Bielenda. Oczywiście, gdybyście miały zastrzeżenia do wersji awokado, to macie do wyboru jeszcze brzoskwinię i argan. Wybór należy do Was - nie namawiam, ale zachęcam do wypróbowania :) 
Za buteleczkę o pojemności 150ml zapłacicie około 16-25zł (w zależności od miejsca). Uważam, że biorąc pod uwagę wydajność jest to korzystna cena.

11 czerwca 2014

Jestem blogerem.

Wiele osób prowadzi blogi. Z mniejszymi lub większymi sukcesami. Wiele z nas zaliczyło wpadki, upadki, ale były pewnie też jakieś wzloty i sukcesy. Blogosfera rozwija się i prężnie idzie do przodu. Ale zastanówmy się kim jest bloger? Natchniona tematyką konkursu w serwisie zBLOGowani postanowiłam wykonać infografikę. Morze swoich myśli przelałam na jeden schemat.


Zachęcam do wzięcia udziału w konkursie/akcji. Jest to temat rzeka, więc pewnie każdy z Was ma tutaj jeszcze swoje trzy grosze do wtrącenia ;) Buziaki!

zBLOGowani.pl