28 lutego 2014

Inne zastosowania cieni do powiek.

Cienie do powiek oprócz tradycyjnej funkcji jaką mają pełnić, posiadają jeszcze sporo funkcji pobocznych. Sama tak skomponowałam swoją potrójną paletę cieni, żebym mogła nimi zastępować także inne kosmetyki. Możecie potraktować to jako ciekawostkę, wykorzystać w przyszłości, a być może same od dawna korzystacie z innych zastosowań cieni?


Wybrałam trzy kolory podstawowe, a do tego perłowe bądź metaliczne. Dlaczego? Już wyjaśniam. 
Otóż jasny cień, w kolorze zbliżonym do koloru skóry idealnie nada się do rozświetlania. Obojętnie czy chcemy rozświetlić wybrane partie twarzy czy też ciała - perłowy lub metaliczny jasny cień idealnie się do tego nadaje. A przy tym nie będzie tak nachalny jak niektóre rozświetlacze.
Różowy cień natomiast zdarza mi się wykorzystać jako róż do policzków. Ewentualnie można też wklepać go w usta i na nieco nałożyć bezbarwny błyszczyk - świetnie podkreśli usta.
Brązy są za to bardziej uniwersalne. Można ich używać do wypełniania brwi, można używać zamiast pudru brązującego, bądź też wykorzystywać zamiast tradycyjnego eyelinera. Jednak bardziej utrwalimy kreskę na oku jeśli użyjemy jako pomocnika Duraline czy też innego płynu.


Jadąc w podróż i pakując kosmetyczkę oszczędzam miejsce pakując tylko tą jedną paletkę, a nie zabierając już różu, rozświetlacza czy bronzera. Myślałyście już kiedyś nad tym w jaki inny sposób można używać cieni do powiek??? Może macie jeszcze jakieś inne ciekawe pomysły? Chętnie skorzystam :)

27 lutego 2014

Naturalnie o hydrolacie. Neroli ekologiczny.

Hydrolaty swego czasu okryły się bardzo dobrą sławą. Bo naturalne, bo wcale niedrogie, bo świetnie działają. Długo im się opierałam, zastanawiałam się po który by tu ewentualnie sięgnąć. Aż wreszcie kliknęłam, zapłaciłam i w moim domu pojawił się po raz pierwszy gość zwany hydrolatem neroli.


Pewnie nie wszyscy wiedzą czym są hydrolaty. A są to wodne destylaty roślin. W zależności od hydrolatu mogą być one wykorzystywane na różne sposoby - zarówno samodzielnie jak i do rozrabiania maseczek w proszku np. glinek, jako toniki, można dodawać do kremów czy też innych kosmetyków codziennego użytku.


Hydrolat neroli jest pozyskiwany z kwiatów gorzkiej pomarańczy. Nie zawiera konserwantów przez co ma krótki termin ważności i powinien być przechowywany w chłodnym miejscu, na przykład w lodówce. 
Wszystkie te, i jeszcze więcej informacji można przeczytać na etykiecie:

 
Teraz krótko o tym jak ten hydrolat sprawdził się u mnie, przy cerze normalnej w kierunku mieszanej. Otóż nie zauważyłam spektakularnej poprawy stanu cery, a hydrolatu używałam zarówno w postaci toniku, jak i używałam go do rozrobienia maseczek z glinki. 
Generalnie co robił z moją cerą? Po użyciu była ona nieco bardziej rozjaśniona, wyglądała na bardziej świeżą. Jeśli chodzi o działanie antybakteryjne, to u mnie nie odnotowałam, bo cera tak jak zachowywała się przed użyciem tak zachowuje się po użyciu hydrolatu. 
Zapach hydrolatu również nie należy do najprzyjemniejszych. Kojarzy mi się z jakimiś dziwnymi kwiatkami, ale takimi serio dziwnymi. Ja ten aromat toleruję, no ale co bardziej wybredne nosy nie będą zadowolone.
Jeśli chodzi o wydajność, to nie narzekam - hydrolat jest niesamowicie wydajny i ciężko jest mi go zużyć w terminie. Jeszcze mam trochę i staram się go obficie eksploatować. 
Co prawda zachwycona specjalnie nie jestem, ale w przyszłości chętnie wypróbuję innych hydrolatów, może jakiś inny lepiej wpłynie na moją cerę? Bardzo chwalony jest hydrolat oczarowy i z kocanki - znacie je? Możecie jakiś polecić?
Swój hydrolat zakupiłam w sklepie EcoSpa, do tego od razu dokupiłam atomizer. Za hydrolat o pojemności 100ml zapłaciłam 14,60zł.

26 lutego 2014

EcoTools języczkowy pędzel do podkładu.

Długo wahałam się nad jego zakupem. Potem trochę pożywałam i rzuciłam w kąt. Po jakimś czasie odkurzyłam go i znowu przeżywa swoją drugą młodość. Tego pędzelka trzeba się nauczyć używać, bo bez tego można doznać frustracji. Ale do odważnych świat należy. Ja się odważyłam, a Wy? :)


Pędzelek jest nieduży i lekki. Wielkość włosia może być jednocześnie wadą jak i zaletą. Ja nie narzekam, bo dzięki temu, że jest krótkie, to jest bardzo precyzyjne, swobodnie można manewrować w trudno dostępnych miejscach typu okolice oczu czy nosa.


Pędzel świetnie nadaje się do tego, do czego jest przeznaczony, czyli do aplikacji płynnych podkładów. Jednak osobiście nie lubię nakładać podkładu na sucho i zazwyczaj zwilżam pędzel hydrolatem czy też wodą termalną. Włosie jest dość specyficzne, elastyczne, choć nieco twarde - nie mylić z szorstkim. Świetnie docięte, wyprofilowane. Na początku może się wydawać, że pędzel zostawia smugi ale po chwili widać jak podkład ładnie się stapia z cerą.

U mnie pędzel się sprawdził, po długim czasie użytkowania nic się z nim nie dzieje. Po każdym użyciu piorę go, ale nie wpłynęło to na włosie ani na skuwkę. Nic nie odpada, nie wygięło się, wszystko zostało na swoim miejscu. Tego typu pędzle można też używać do nakładania maseczek. Osobiście jeszcze nie próbowałam, ale zawsze jeśli pędzel się nie sprawdzi, można go w ten sposób wykorzystać.


Cena - 26-30zł.
Dostępność - Rossmann i drogerie internetowe.
Macie? Lubicie? Czy raczej nienawidzicie? ;)

22 lutego 2014

Zrób to sam - szklany wazonik w oryginalnym wydaniu.

Jak wiecie, a może i nie wiecie, od pewnego czasu urządzam swoje cztery kąty. Jako, że wykańczanie i meblowanie pochłonęło spore nakłady gotówki, to staram się teraz nieco oszczędzać. Dlatego też wpadłam na pomysł, żeby wszelakie dodatki, ozdoby zamiast kupować, wykonam sama. Choć wymaga to sporo czasu i nieco cierpliwości, to na razie pracuję sumiennie i wymyślam kolejne elementy wystroju. 


Od razu się przyznaję - nie jest to mój pomysł autorski, a podpatrzony. Jednak godzien dalszego polecania, więc chcę się nim z Wami podzielić.

Potrzebne będą:
- szklany słoiczek
- dwustronna taśma klejąca
- papier do pieczenia
- klej "Magik"

Słoiczek obklejamy taśmą dwustronną, dość obficie ;)
Papier do pieczenia tniemy w paski o około 2-3cm szerokości. Paseczki zwijamy w ruloniki, coś jak przy papierowej wiklinie.
Do słoiczka, na taśmę przyklejamy kolejno po jednym paseczku, naokoło. Z doświadczenia wiem, że niektóre taśmy nie trzymają dobrze, więc końcówki, które się odkleiły podklejamy dodatkowo klejem "Magik". Dlaczego ten właśnie klej? Otóż na początku jest on biały, lecz po wyschnięciu staje się bezbarwny, a do tego świetnie klei i trzyma papier.

Świetny obrazkowy tutorial macie tutaj:


Ja swój wazonik wypełniłam gąbeczką. Taką zwyczajną, którą możecie zakupić w każdej kwiaciarni. Ale to dlatego, że nie będę w wazoniku trzymać żywych kwiatków, a tylko sztuczne, więc w czymś się musza trzymać. Gąbeczka wygląda tak:


Ja swój wazonik dodatkowo potraktowałam kolorową taśmą, bo wydawał mi się trochę "smutny" ;) Kwestia ozdób to już sprawa indywidualna, możecie ją dostosować pod kolorystykę pokoju, mieszkania czy innych dekoracji. Sama mam ochotę zrobić sobie całą rodzinkę wazoników, myślę, że będzie się to świetnie prezentować.


Serduszko włożone do wazonika również zrobiłam sama. Ze zwykłego drucika oplecionego wstążką. Aktualnie pracuję nad zrobieniem kwiatków z drucików i sznurków. Idzie mozolnie, ale powoli widać kolejne płatki kwiatów :)

18 lutego 2014

Moi dwaj przycjaciele - torebkowy i łazienkowy :)

O dłonie należy dbać. Teoretycznie wiemy o tym wszyscy. A jak ta pielęgnacja dłoni wygląda w praktyce? Od czasu do czasu sięgamy po jakiś krem do rąk. No i zazwyczaj na tym się kończy. Moja pielęgnacja dłoni ostatnio wzbogaciła się o peeling. O co sama siebie nigdy bym nie podejrzewała.


Na ostatnim, październikowym opolskim spotkaniu blogerek otrzymałam kilka kosmetyków Eveline. Między innymi były tam krem i peeling do rąk. Trochę musiały poczekać na swoją kolejkę do użycia, ale za to jak już nadeszła ich pora, to zostały przeze mnie docenione ;)


Nawilżający peeling do rąk z ekstraktem z wanilii całkowicie podbił moje serce i dłonie. Najpierw rzuciłam nim w kąt i zapomniałam, że takowy mam w swojej łazience. Przypomniały mi o nim pierwsze recenzje, na które przypadkowo się natknęłam. Ciekawość mnie popchnęła do kroku jakim było odkopanie peelingu z czeluści łazienkowych zapasów. No i muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona tym kosmetykiem. Sprawdza się znakomicie, wspaniale złuszcza i faktycznie nawilża skórę dłoni. Przy tym wszystkim słodko, pięknie pachnie. Zapach kojarzy mi się z lodami waniliowymi oblanymi sosem karmelowym. Zapach jest niestety odczuwalny tylko podczas masażu dłoni peelingiem, potem się ulatnia.
Drobinki peelingujące są drobne, ale skuteczne. Świetnie masują skórę, przy czym można się nieźle zrelaksować i rozluźnić. Nawilżenie owszem jest, ale ja zawsze i tak dodatkowo po peelingu nakładam krem na dłonie.
Śmiało mogę go nazwać moim łazienkowym przyjacielem. Będę mocno niezadowolona, kiedy tubka powieje już pustką.
Produkt ma 75ml, ale jest wydajny, wystarcza na kilkadziesiąt użyć. Ja go eksploatuję od jakichś dwóch miesięcy co 2-3 dni i jestem może w połowie opakowania.Cena jest bardzo przystępna, bo za peeling zapłacimy ok 5-7zł.


Odmładzający krem do rąk stał się z kolei moim torebkowym przyjacielem. Dlaczego akurat torebkowym? Otóż jest to lekki krem, który do stosowania na noc się nie nadaje. Jego lekka formuła pomaga doraźnie, wchłania się ekspresowo i nie pozostawia tłustej powłoki. No idealnie na co dzień, kiedy nie mamy czasu na czekanie aż krem się wchłonie. Jednak dla wymagających, wysuszonych dłoni może okazać się niewystarczający. Ja go traktuję jako uzupełnienie pielęgnacji rąk. Na noc sięgam po mocniejsze specyfiki.
Zapach kremu jest również lekki, świeży, melonowy. Nie uderza jakąś sztucznością w nozdrza.
Wydajność jest przyzwoita, nie mogę narzekać. Buteleczka 75ml dzielnie towarzyszy mi w torebce od dłuższego czasu, a zużycie jest niewielkie. Za ten krem zapłacimy około 8-10zł, co jest według mnie niską ceną.

15 lutego 2014

Wykombinowałam - makijaż po polsku :)

O ile zazwyczaj staram się omijać TAGi szerokim łukiem, tak ten bardzo mi się spodobał. Nie dość, że fajny pomysł, to jeszcze każe się zastanowić nad ilością kosmetyków, które pochodzą od rodzimych marek. Miałam nie lada zagwozdkę, kilka dni myślałam co by tu... Ale moim wybawieniem okazał się być Inglot i KOBO. Bez nich nie miałabym możliwości stworzenia całkowicie polskiego makijażu. 
Tak, a po wykonaniu i zrobieniu zdjęć, wróciła mi pamięć i okazało się, że mam jeszcze sporo innych kosmetyków polskich marek. No ale już od nowa kombinować to by było za dużo jak na jeden dzień ;) 
 Rzućmy najpierw okiem na kosmetyki, które zostały użyte do wykonania makijażu. Można wyróżnić takie marki jak MySecret, Bell, Wibo, KOBO oraz Inglot. Chyba nikt nie ma wątpliwości co do tego, czy sa one na pewno polskie? ;) 


 Czas na gwóźdź programu, wisienkę na torcie...fanfary...tadammm. Bęc. Wiem, wrażenia nie robi. Ale ile miałam frajdy podczas samego wykonywania makijażu :D Przy okazji odkryłam jak bardzo wielofunkcyjny może być jeden cień do powiek. Chyba nawet pokuszę się o napisanie notki na ten temat :) Ok, wiem, że przynudzam i nikt tego nie przeczyta, więc przejdę wreszcie do zdjęć...


Kto jeszcze nie próbował swoich sił - serdecznie zapraszam do zabawy :) 
A z tego miejsca dziękuję Strawberry Merry za rzucenie wyzwania :) Bawiłam się przy tym przednio!


14 lutego 2014

Nawilżająca szminka w kredce Astor, 008 Hug Me.

Po dwóch kredkach Bourjois skusiłam się na szminkę w kredce od Astor. Zdecydowałam się w tym przypadku na odcień nieco spokojniejszy, bardziej na co dzień. W sumie nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Akurat wybierając kredkę w drogerii były prawie wszystkie testery tych kredek. Oprócz jednej. Tej, którą kupiłam :)


Kredka zamknięta jest w plastikowym opakowaniu w formie wykręcanego sztyftu, jak przy tradycyjnych szminkach. Po zdjęciu nakrętki najpierw roztacza się piękny, słodki zapach. Pomadka pachnie naprawdę ładnie, nieco waniliowo, może trochę jak ciasteczka. Zapach jest bardzo charakterystyczny i ja go uwielbiam :)
Jednakże opakowanie jest nieco niedopracowane. Może nie opakowanie, ale jego design. Niestety po dłuższym czasie eksploatacji kredki, złote napisy brzydko się ścierają i w ostateczności wygląda to nieestetycznie. Dlatego też teraz wolę używać jej w domu i nie wyciągać w towarzystwie, nie chcę wyjść na osobę niechlujną ;)


Kolor, który posiadam opatrzono numerkiem 008 i piękną nazwą Hug Me. No to ją przytuliłam ;) Kolor jest bardzo ciekawy, ładny, ciężko go jednoznacznie określić. Mieszanka brudnego różu, ze złotą poświatą, z nieco brązowymi tonami. Nie wpisuje się on w gamę typowych odcieni nude, ale ma w sobie coś z nudziaka. Jest to odcień bezpieczny, który nałożony na usta nie rzuca się w oczy. Usta są podkreślone, nabierają ładnego połysku. No, może ten kolor nie nada się dla osób o naturalnie jasnych, różowych ustach. Ja mam stosunkowo ciemna, a ta pomadka jeszcze trochę je przyciemnia.
Jeżeli chodzi o konsystencję i łatwość aplikacji, to kredka jest miękka, gładko sunie po ustach nadając im kolor i błysk.
Kolor na ustach utrzymuje się do dwóch trzech godzin, co jest przyzwoitym wynikiem. Ściera się równo, wręcz niezauważalnie, może też dlatego, ze wybrałam taki bezpieczny kolor :) 


Pomadka ma mieć także właściwości pielęgnujące usta. Tutaj jestem tak nie do końca zadowolona. Owszem, na początku, zaraz po aplikacji usta wydają się być "pod ochroną". Jednak po pewnym czasie, kiedy pomadka nieco się zetrze, usta nie są już tak ładne i nawilżone. Mam wrażenie, że przyczyną są tutaj brokatowe drobinki zatopione w pomadce. O ile początkowo nie są wyczuwalne, tak później już czuję na ustach jakby drobny piasek. Na szczęście nie jest to infantylny, gruby brokat, który roznosiłby się na pół twarzy ;) Ciekawa jestem, czy pomadki bez tej brokatowej poświaty też się tak zachowują.
Ale na plus jest to, że kredka nie wysusza jakoś okropnie ust, jak to mają w zwyczaju tradycyjne pomadki.


Kredka Astor 008 Hug Me okazała się być trafnym wyborem. Ładny kolor, połysk, trwałość - to wszystko na plus. Do tego stosunkowo niska cena, bo kredka kosztuje około 20-25zł. Plus bogata gama kolorów, przez co ciężko jest się zdecydować na jeden odcień. Mnie ciekawi jeszcze kolor nr 015 Cheeky Cherry.

Odcień który posiadam idealnie wpisuje się w hasło promujące markę "Astor. Jak pięknie być sobą." Mając tą pomadkę na ustach czuję się sobą, nie mam wrażenia, że mój makijaż jest przerysowany czy sztuczny. 

Gdzie szukać nawilżających kredek do ust Astor? Wszędzie tam, gdzie widzicie ich szafy ;) Ja nabyłam swoją w drogerii... "Astor" :D Niestety sieć tych drogerii występuje tylko na Opolszczyźnie, więc niewiele Wam to będzie mówiło. Ale widziałam także te kredki w drogeriach internetowych oraz na Allegro. Kto szuka ten znajdzie! :)

12 lutego 2014

Eveline, suchy olejek arganowy do ciała.

Produkty do pielęgnacji ciała są dla mnie złem koniecznym. Bardzo nie lubię się balsamować, kremować i nacierać innymi specyfikami. Niestety mając suchą skórę, muszę ją wspomagać i w jakiś sposób natłuszczać i nawilżać. Kiedy w moje ręce trafił olejek Eveline, najpierw poszedł on w odstawkę, ale teraz jest przeze mnie intensywnie eksploatowany.


Wyglądał obiecująco, szata graficzna opakowania bardzo mi się spodobała. Wygląda elegancko i bogato.
Obietnice producenta również mnie zaintrygowały, choć zazwyczaj czytam takowe z przymrużeniem oka ;)


Plastikowa butelka z atomizerem ma za zadanie ułatwiać aplikację produktu. Niestety pompeczka nie "odbija z powrotem", więc musimy same, ręcznie ją wyciągać, żeby móc ponownie prysnąć sobie olejkiem na skórę. Mnie to nie przeszkadza, z czasem nabrałam wprawy i aplikacja idzie mi całkiem sprawnie.


Po aplikacji olejek szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej powłoki na skórze. Pozostawia skórę w dobrej kondycji, nawilżoną. O ile masła do ciała nie lubię rozprowadzać na skórze, tak ten olejek rozprowadza się gładko i szybko. Atomizer wydaje z siebie piękną chmurkę produktu, jednak mimo to musimy poświęcić tych kilkanaście psiknięć żeby pokryć całe ciało.


Zapach jest trudny do określenia, oleisty (?), ale nienachalny. Nie utrzymuje się długo na skórze, więc nie jest to jakiś kłopot.
Olejek jest wydajny, być może dzięki formie aplikacji. Obawiam się, że całą buteleczkę zużyję gdzieś po pół roku używania i do tego czasu zdąży mi się znudzić ;)
Oceniam ten olejek pozytywnie, bardzo się z nim polubiłam. Daje mojej skórze to, czego potrzebuje, do tego przyjemna i szybka forma aplikacji bardzo mi odpowiada. Zdecydowanie wolę tego typu olejki niż inne balsamy.
Minusem jest tłusta łazienka, bo podczas aplikacji nieraz olejek rozprzestrzenia się wokoło. Po pewnym czasie też buteleczka wygląda mniej estetycznie, bo etykietki zaczynają po bokach się odklejać. No ale tyle da się przeżyć ;) 

Skład:

Pojemność - 150ml
Cena - ok 15-20zł
Dostępność - drogerie typu Rossmann

11 lutego 2014

Zapowiedzi :)

Czego możecie się spodziewać jeszcze w tym tygodniu? Kilku notek, trochę o kolorówce, trochę o pielęgnacji. Oczywiście możecie same zasugerować co Was najbardziej interesuje i co ma się pojawić w pierwszej kolejności! :)


1. Eveline, arganowy suchy olejek do ciała. Mam go już trochę, a ostatnio intensywnie używam :)


2. Kolejna kredka do ust w mojej kosmetyczne. Tym razem ze stajni Astor :)


3. Baza pod cienie do powiek Inglot. Jedni chwalą, inni ganią, a jak jest u mnie??? ;)

10 lutego 2014

Makijaż z pigmetnami KOBO.

Niektóre kosmetyki muszą u mnie dość długo w szufladzie poleżeć, zanim zacznę ich używać. Czasami ie mam na nie pomysłu, czasami zakup okazywał się nieprzemyślany. Ale zazwyczaj ostatecznie znajduję dla tych kosmetyków jakieś zastosowanie, zaczynam ich używać i zakochuję się w nich na nowo. Tak właśnie było z pigmentami KOBO.


Niedawno wygrzebałam z czeluści kosmetyczki trzy pigmenty KOBO. Nie musiałam długo zastanawiać się nad tym co z nimi zrobię. Najpierw dokonałam próby na ręce, a kilka dni później wyczarowałam z nimi makijaż. Tak, właśnie ten makijaż, który dzisiaj tutaj oglądacie.
Przyznam, że na co dzień nie lubię takich mocnych mejkapów, ale od czasu do czasu zdarza mi się zaszaleć. A Wy jak oceniacie taką kolorystykę w makijażu? Dobrze czujecie się w wyrazistych, mocnych barwach?


Do makijażu oka użyłam:
- baza pod cienie Inglot
- biały cień w kremie Essence Ballerina Backstage
- czarny matowy cień z palety Sleek Au Naturel
- pigmenty KOBO 505 sea shell, 506 blue mist
- złoty cień Inglot nr 103
- płyn do pigmentów KOBO


7 lutego 2014

Włosowo. Gliss Kur ekspresowa odżywka regeneracyjna.

Pielęgnacja włosów to trudny i bolesny dla mnie temat. Moim włosom ciężko dogodzić, ciężko je rozczesywać i cokolwiek z nimi robić. Mam kilka stałych produktów, po które regularnie sięgam, ale zdarzają się też skoki w bok i próbowanie nowości. Takim skokiem w bok był zakup odżywki Gliss Kur do włosów cienkich, płaskich i zniszczonych. 


"Czy Twoje włosy są cienkie, płaskie i zniszczone? Ekspresowa odżywka regeneracyjna ULTIMATE VOLUME z upłynnionym kolagenem morskim i kompleksem z płynną keratyną regeneruje włosy bez obciążania. Natychmiastowa objętość i łatwe rozczesywanie. 
Sposób użycia: Przed użyciem wstrząsnąć! Spryskać wilgotne lub suche włosy. Nie spłukiwać!"


Po przeczytaniu tylu pięknych obietnic poczułam się jak we włosowym niebie. Brzmi to wszystko cudownie, zapowiada koniec problemów z moimi włosami. Aż do czasu pierwszego użycia. 
Moje włosy są cienkie i łatwo jest je obciążyć nieodpowiednimi kosmetykami. Tak było też w tym przypadku. Próbowałam już różnie aplikować - pryskać raz mniej, raz więcej, raz na suche, raz na wilgotne włosy. I niestety zawsze ten sam efekt - włosy są oklapnięte, bez życia, obciążone i po jednym dniu nadają się znów do mycia. Ja się pytam gdzie ta obiecywana objętość? Nawet suszenie włosów z głową w dół nic nie dało. 
Kolejną porażką jest rozczesywanie włosów po użyciu tej odżywki. Ma ona ułatwiać rozczesywanie, a nie robi kompletnie nic. Moje włosy są trudne, ale wiem, że niektóre produkty dają sobie z nimi radę. Niestety ta odżywka nie podołała. 
Odżywka jest mocno perfumowana, co nie każdemu może się spodobać. Dla mnie zapach choć intensywny, to jest nawet znośny. Przypomina mi zapach jakiegoś płynu do płukania tkanin, ale nie potrafię sobie przypomnieć jakiego... Aplikacja wygodna, dzięki sprawnemu atomizerowi. Wydajność świetna, mam tę odżywkę od kilku miesięcy i nie potrafię jej zużyć, choć bardzo bym chciała.


Dlaczego mimo wszystko jej używam? Traktuję ją jako ochronę, zabezpieczenie moich włosów przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi czy np. suchym powietrzem w mieszkaniu. Tutaj raczej się sprawdza, chroni włosy, zapobiega rozdwajaniu - od dłuższego czasu nie mam kłopotu z brzydkimi, rozdwojonymi końcami.
Jednak nie mogę Wam polecić tej odżywki,sama nie kupię ponownie. Ewentualnie przyjrzę się innym wariantom tych odzywek, bo kiedyś miałam bodajże różową i byłam z niej o wiele bardziej zadowolona. Niestety nie będę tolerować obciążenia moich włosów, kłopotów z rozczesywaniem na rzecz jakiejś tam ich ochrony. Wiem, że są produkty, które nie dość, że dobrze chronią włosy, to jeszcze są lekkie i przyjazne moim włosom. Ta odżywka do nich nie należy.

Pojemność - 200ml
Cena - ok 16zł (Rossmann)

Skład:
Aqua, Cyclomethicone, Phenyl Trimethicone, Hydrolyzed Collagen, Panthenol, Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Keratin, Dimethiconol, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Lactic Acid Polyquaternium-16, Cetrimonium Chloride, Sodium Limonene Linalool, Benzyl Salicylate, Benzyl Alcohol, Butylphenyl Methylpropinal, Cl 60730, Cl 17200 

6 lutego 2014

Bourjois Color Boost 03 Orange Punch.

Moja miłość do kredek Bourjois jest naprawdę ogromna. Dzięki nim pokochałam intensywne kolory na swoich ustach. Swoje hymny pochwalne na temat czerwonej kredki wygłaszałam już w sierpniu, teraz nadszedł czas na nr 03 Orange Punch.


Na początku nieco obawiałam się takiej neonowej pomarańczy na ustach. Na szczęście obiekcje szybko poszły w niepamięć, a zostało wielkie uwielbienie. Z czego ono wynika? Z wielu czynników. Kredka jest miękka, gładko sunie po ustach zostawiając na nich piękny kolor. Kolejną zaletą jest formuła pielęgnująca usta - zamiast ust wysuszonych na wiór, możemy cieszyć się lśniącymi, gładkimi, całuśnymi ustami.
Sam kolor 03 Orange Punch jest bardzo soczysty, świeży i niebanalny. Na ustach nie daje neonowego efektu, którego się trochę bałam, ale elegancką intensywną pomarańcz. Coś pięknego.


Kredka zachwyca również trwałością. Utrzymuje się na ustach dobrych kilka godzin mimo spożywania posiłków czy picia napoi. To, czego najbardziej nie lubię w pomadkach to nierównomierne ścieranie się z ust - tutaj tego nie ma. Kolor schodzi z ust równomiernie, niezauważalnie, nie spływa z ust, nie chowa się w suchych skórkach. No, jak dla mnie to ideał ;) 
Cena jest również przystępna, bo jest to około 30zł. 


Znacie te kredki? Uległyście im tak jak ja, czy pozostajecie niewzruszone na ich wdzięki? ;) Ja tak jak byłam zachwycona, tak pozostaję i raczej nic tego nie zmieni ;)

5 lutego 2014

Fryzury dla półdługich włosów.

Zapuszczam włosy z długości przedłużonego boba. Przy okazji pozbywam się grzywki. Proces zapuszczania bywa ciężki i upierdliwy, bo włosy rosną jak im się podoba, a nie da się z nimi zrobić tyle co z długimi. Dlatego też od jakiegoś czasu szukam inspiracji na ciekawe fryzury, które pozwolą mi ogarnąć moje rosnące włosy.


Na powyższym zdjęciu widzicie moją aktualną długość włosów. Grzywki nie widać, ponieważ ją zaczesałam ;) Sięgają one nieco poza ramiona, są proste i oklapnięte. Co zrobić z takim beznadziejnym przypadkiem? Szukać na niego metody :) Ja kilka pomysłów zaczerpnęłam z kanałów urodowych na You Tube.
Przypominam, że klikając w zdjęcie możecie je powiększyć i przyjrzeć się fryzurom nieco bliżej :) 


1. Pierwsza fryzura została odtworzona po obejrzeniu dość starego już filmiku u nissiax83. To prosty zaplataniec, który pomaga mi pozbyć się spadającej na twarz grzywki. Po kilku próbach gwarantuję Wam, że wyjdzie i będzie wyglądać ślicznie. Nie będę Wam opisywać dokładnie co trzeba zrobić, tylko odeślę Was do filmiku na którym autorka świetnie wyjaśnia i krok po kroku pokazuje jak wykonać tą łatwą fryzurkę. Film znajdziecie TUTAJ, nie jest długi, więc zapraszam do zapoznania się.


2. Drugi sposób w jaki spinam włosy również znalazłam w filmiku, tym razem u vlogerki PannyJoannyMakeUp. Ten koczek to coś tak prostego, a zarazem ładnego, że sama nie wiem czemu nie wpadłam na ten pomysł wcześniej. Otóż tutaj nie skręcamy włosów zwyczajnie wokół gumki czy wokół palca, ale najpierw wiążemy je w kucyk. Dzielimy na połowę i najpierw zakręcamy jedną część włosów wokół gumki, spinamy wsuwkami, a następnie drugą część włosów zakręcamy w drugą stronę i też mocujemy spinkami. Dzięki temu włosy wyglądają jakby ich było więcej w tym koku. Filmik instruktażowy jest TUTAJ, opisywana fryzura zaczyna się od 3:43 minuty.


3. Trzecia fryzura wynika z mojej miłości do warkoczy dobieranych. Średnio trzy razy w tygodniu kombinuję z dobierańcami, ale najczęściej stawiam właśnie na ten sposób spinania włosów. Zaczynam od samej góry, od grzywki zaplatanie warkocza dopieranego. Jadę z nim aż do wysokości uszu, potem przestaję dopierać i nieco zaplatam zwykły warkocz i związuję cienką gumeczką. Widać to na zdjęciu powyżej, po lewej stronie. Potem łapię resztę włosów do tego, łapię w wyższy kucyk i związuję drugą gumką. Tą cieńszą z warkocza zdejmuję, przeczesuję włosy i gotowe. Mam wygodną fryzurę, włosy nie lecą mi na twarz, a wygląda to nieco inaczej niż tradycyjny kucyk.

4 lutego 2014

Zapowiedzi :)

Notoryczny brak czasu - znacie ten stan? Ja ostatnio aż za dobrze. Ale działa to na mnie motywująco i mimo wielu obowiązków dokładam sobie jeszcze kolejne :)
Na ten tydzień zaplanowałam cztery konkretne notki, dziś w skrócie możecie zobaczyć co się tutaj jeszcze pojawi. Dajcie znać o czym chcecie poczytać w pierwszej kolejności :)


1. Fryzury. Trzy proste i ładne fryzury dla średniej długości włosów. Ciężko jest mi samej fotografować sobie włosy, ale coś tam chyba z tych zdjęć wyciągnę ;)


2. Odżywka do włosów w sprayu Gliss Kur. Czyli czym psikam po włosach i z jakim skutkiem ;)


3. Moja ukochana, ulubiona kredka do ust Bourjois. Nie mogłam dokonać lepszego zakupu jeśli chodzi o szminki <3


4. Taki tam, niedzielny makijaż. Nic szalonego ani odkrywczego, ale zauważyłam, że wiele z Was lubi takie dzienne makijaże :)

1 lutego 2014

Styczniowy foto-mix.

Przed chwilką był Sylwester, a tutaj już luty zapukał. Czy Wam też czas leci w tak szybkim tempie?
Styczeń nas pożegnał, jaki był taki był, a co mi z niego zostało? Parę zdjęć :)


1. Nutella i kawa z mlekiem -> tak weszłam w Nowy Rok :)
2. Piękne, bezchmurne, błękitne niebo aż zachęcało do przejażdżki rowerowej.
3. Placki marchewkowo-owsiane. Dobre, ale znalazłam przepis na lepsze ;P


1. Jogurt naturalny z pysznymi dodatkami <3 Mogłabym tak jeść codziennie :D
2. Wreszcie dotarła do mnie cywilizacja -> stałe łącze! I sama sobie poradziłam z podłączeniem wszystkiego :)
3. Biała kawa z ekspresu? Zawsze na czasie!


1. Co zajmuje mi ostatnio czas wolny? Nauka... a to dopiero początek, bo od wtorku mykam na kurs :)
2. Pyszniasta herbatka, którą pokazywałam już przy okazji zakupów.
3. Taki tam widoczek na wschodzące słońc.


1. Doczekałam się pierwszego śniegu w tym sezonie! Ale dziś już nic z niego nie zostało i pada deszcz :/
2. Kocia zapalniczka - coś dla mnie!
3. Domowa zupa warzywna - nie ma nic lepszego :)


1. Mmmm, uwielbiam ciasto francuskie w każdym wydaniu <3 Szkoda, że jest tak kaloryczne :/
2. A w kominku... YC Cinnamon Stick ;)
3. Co popijam z rana? Herbatę z Polski :) Szkoda, że w DE nie ma Biedronki :D


1. Kombinuję sobie nad notką o fryzurach... Opornie idzie.
2. Hit stycznia - Wielkanoc wkroczyła do Lidla na całego: króliczki, jajeczka, zajączki... bleh...
3. I znowu kredka Bourjois Color Boost w akcji. Uwielbiam ją <3

To by było na tyle. Tylko tyle, a może aż tyle. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam? :)
Przy okazji przypominam o głosowaniu. Jeżeli macie ochotę, to możecie mnie wspomóc głosem :)

http://www.blogroku.pl/2013/kategorie/l-wiat-okiem-rodzynki,67y,blog.html