30 czerwca 2013

Ulubieniec czerwca jest tylko jeden - Rimmel Salon Pro 701 Jazz Funk.

W tym miesiącu moim ulubieńcem okazał się lakier do paznokci.
Sama się zastanawiam jak do tego doszło i jestem zdziwiona.
Po pierwsze - nie przepadam za różem na paznokciach.
Po drugie - rzadko się zdarza, żebym w ciągu dwóch tygodni dwa razy sięgnęła po ten sam lakier. 
Sprawcą całego zamieszania jest Rimmel Salon Pro 701 Jazz Funk.


Jak to się stało, że ten lakier tak wdarł się w moje łaski???
Z kilku powodów:
- ma śliczny, głęboki, różowo-malinowy kolor
- ma kremowe wykończenie, które uwielbiam
- ma super wygodny pędzelek, dzięki któremu nie ubrudziłam ani jednej skórki
- konsystencja jest świetna - ani zbyt rzadka, ani zbyt gęsta - akuratna do malowania
- wystarczają dwie średniej grubości warstwy do przyzwoitego krycia
- szybko wysycha, nie trzeba siedzieć 3 godz. bezczynnie zanim lakier dojdzie do siebie ;)
- zmywanie go z paznokci nie jest katorgą
- nie odpryskuje z paznokci, a tylko ścierają się końcówki
Co prawda cena regularna to ok. 20zł, co dla kogoś jak za lakier może być ceną zbyt wysoką.


Uważam ten lakier za moje odkrycie miesiąca i na pewno przy okazji jakiejś promocji zaopatrzę się w kolejny kolor z tej serii. Jeszcze sama nie wiem na który się skusić, więc może Wy mi podpowiecie? Macie jakieś lakiery Rimmel Salon Pro? Ostatnio zrobiły się dosyć popularne, czemu się w sumie nie dziwię.


28 czerwca 2013

Jeden makijaż w dwóch odsłonach. Anielski vs demoniczny ;)

Natchniona sięgnęłam po pędzle. 
Ukazałam dwa światy. 
Potraktujcie te makijaże z przymrużeniem oka.

Ten sam makijaż w dwóch różnych odsłonach:
- delikatnej z białą kreską
- ostrej z ciemną, grubą kreską

Który bardziej do Was pasuje? Niewinny w bieli, czy demoniczny w brązie???




Swoją drogą, wiecie może która firma kosmetyczna ma w swojej ofercie biały eyeliner? 
Najlepiej żelowy i dobrej jakości. 
Marzy mi się od jakiegoś czasu i nie wiem gdzie szukać.

27 czerwca 2013

Pomarańczowa skórka Bielendy - czy pomogła w walce z cellulitem?

Jako osoba z pewnym "nadbagażem" odkąd pamiętam borykam się z problemem cellulitu. 
Zamieszkał on na moich udach i dobrze się tam zadomowił. 
Daremne me walki, póki co cały czas przegrywam te starcia. 
A czy balsam wyszczuplająco-ujędrniający Bielendy zdołał coś zdziałać w tym temacie???


W maju postanowiłam "zrobić coś dla ciała". Na Facebooku ogłosiłam swoją małą, prywatną akcję ujędrnianie. W tym celu zatrudniłam do pomocy koncentrat Bielendy i peeling Hean, o którym już pisałam. 


Przez cały maj regularnie się ścierałam peelingami i wcierałam antycellulitowy koncentrat. 
Najpierw jednak krótko napiszę co obiecuje producent owego koncentratu. 
Otóż na tubce znajdziemy szumne hasła:
- Zwalcza objawy cellulitu
- Wspomaga spalanie tkanki tłuszczowej
- Skutecznie modeluje sylwetkę 
- Do każdego typu skóry, również wrażliwej

PROBLEM: rozległy i powracający cellulit (nierówności i zagłębienia na skórze, tzw."skórka pomarańczowa"), nadmierna tkanka tłuszczowa, obniżona jędrność i elastyczność skóry.

EFEKT: widoczna redukcja cellulitu i tkanki tłuszczowej, doskonale wymodelowane, jędrne, gładkie i sprężyste ciało. 

Stosowanie: 2 razy dziennie wmasować preparat w miejsca problematyczne.


A co ja na te obietnice, po zużyciu całej tubki specyfiku? 
Nie jest zły, ale szału też nie robi. Ale po kolei, krótko i na temat :)

- Zapach koncentratu jest dziwny, chemiczny, trudny do opisania, ale na szczęście znośny
- Konsystencja przyjemna, odpowiednio gęsta, nie za rzadka, świetnie rozprowadza się na skórze
- Koncentrat bardzo szybko się wchłania, nie zostawia tłustego, lepkiego filmu na skórze
- Dobrze nawilża i napina skórę, jest ona sprężysta i bardziej jędrna
- Nie zauważyłam redukcji cellulitu, ale nie spodziewałam się spektakularnych efektów, ponieważ mam zbyt zaawansowane stadium cellulitu... przy niedużym cellulicie powinien sobie dać radę.
- Na szóstym miejscu w składzie znajduje się zielona herbata, na ósmym kofeina, które są sprzymierzeńcami w walce z cellulitem
- Koncentrat po nałożeniu na skórę ani nie chłodzi, ani nie grzeje, ani nie powoduje mrowienia - nie jest termoaktywny - i chwała mu za to! Inne kosmetyki z którymi dotychczas obcowałam i miały działać ujędrniająco, piekielnie parzyły bądź chłodziły, a ja nie przepadam za tym uczuciem na skórze...
- Kosmetyk jest wydajny, 175ml wystarczyło mi na nieco ponad miesiąc regularnego stosowania
- Cena to około 12-15zł w zależności od miejsca i promocji ;)


Dla zainteresowanych skład:
Aqua (Water), Cyclopentasiloxane, Cetearyl Ethylhexanoate, Propylene Glycol, Glycerin, Camelia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Caffeine, Hedera Helix (Ivy) Leaf Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Equisetum Arvense (Horsetail) Leaf Extract, Perilla Ocymonides Seed Oil, Centella Asiatica Leaf Extract, Garcinia Cambodia Fruit Extract, Retinyl Palmitate, Tocopherol, Rahnella/Soy Protein Ferment, Palmitoyl Oligopeptide, Glyceryl Polymethacrylate, PEG-8, Dimethicone, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Polyacrylate, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer,   Polyacrylamide /C13-14 Isoparaffin/ Laureth-7, Triethanolamine, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben,  Propylparaben, Butylparaben, Isobutylparaben, DMDM Hydantoin, Parfum   (Fragrance), Butylphenyl Methylppropional,Lilial, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

25 czerwca 2013

Top 5 - ulubione pomadki.

Niedawno wrzucałam Wam fotkę na Fb z ręką jak po zarzynaniu prosiaka. Pamiętacie? 
O tutaj -> KLIK ;) Poczyniłam wtedy generalne porządki w szufladzie z mazidłami do ust.
Spora część poleciała do kosza, zrobiłam ostrą selekcję. Przy okazji wybrałam swoje ulubione pomadki i postanowiłam zbiorczo Wam je pokazać. 


Częściej niż po pomadki sięgam po balsamy ochronne do ust lub po błyszczyki. 
Jednak lubię czasami poczuć ten "luksus" i wymalować usta szminką. 
Nie mam ich zbyt wiele i raczej kolorystycznie nie szaleję. Wśród ulubieńców znalazły się raczej odcienie stonowane, wpadające w nude, brązy i zgaszony róż. 


Oprócz koloru ważna jest dla mnie trwałość pomadki oraz to w jaki sposób znika z ust. 
Jeśli brzydko się "zjada" i zostaje tylko jej kontur na zewnętrznej części ust, to pomadka jest u mnie przekreślona. Przejdźmy do konkretów. Przedstawiam Wam moją piątkę wspaniałych:


  1. Oriflame Pure Colour, Vintage Rose
  2. Vipera Just Lips, nr 2
  3. Rimmel Lasting Finish by Kate, nr 07
  4. Rimmel Lasting Finish by Kate, nr 104
  5. Avon, Mirage (mini pomadka, zgubiłam kartonik...)

Wybaczcie, że są tak sfatygowane, no ale wiadomo - jak je lubię, to ich używam ;)
Znacie którąś z nich?
A może pochwalicie się swoimi ulubieńcami w tej kategorii? 

24 czerwca 2013

Brwi dobrze podkreślone - Essence eyebrow stylist set.

Bez podkreślonych brwi czuję się jakbym była naga. Twarz wydaje mi się taka "pusta".
Kiedy jeszcze nie miałam kosmetyku przeznaczonego stricte do stylizacji brwi, używałam zwykłych cieni.
Jednak najpierw sięgnęłam po set firmy Oriflame, a kiedy ten mi się skończył, to szukałam czegoś stacjonarnie. I padło na set Essence. 


Zdecydowałam się na niego po przeczytaniu dobrych recenzji, a szalę przeważyły szablony do brwi zawarte w zestawie. To nic, że szablonów nie używam w ogóle, leżą i zbierają kurz ;) 
Owe szablony nijak nie pasują do moich brwi, a wyglądają tak:


Oprócz nieprzydatnych szablonów cała reszta zestawu okazała się bardzo przydatna ;) 
Pędzelek jest wygodny, odpowiednio sztywny, a jednocześnie elastyczny na tyle ile powinien być elastyczny. Jest ścięty, bardzo dobrze mi się nim maluje.
Kolorystycznie dla mnie bomba. Najpierw delikatnie podkreślam brwi jaśniejszym odcieniem, a potem jak już mam kontur, to ciemniejszym cieniem poprawiam całość. 
Kolory obu cieni prezentują się tak:


Cena zestawu to około 10zł, więc nie jest to majątek ;)
Polecam brunetkom, blondynki mogą być zawiedzione, cienie mogą okazać się zbyt ciemne.
Podkreślone brwi wyglądają ładnie przez cały dzień, nic się nie ściera, nie spływa, nie zmazuje. 
Przyjemny i tani produkt, po który sięgnę kiedy tylko ten dobije dna, a nastąpi to raczej nieprędko. 
Mimo codziennego używania przez kilka miesięcy zużyłam dopiero po połowie każdego cienia.
Efekty możecie zobaczyć przy okazji ostatnich makijaży. 





20 czerwca 2013

Coś na poprawę humoru - część 7! :)

W taki skwar jak dzisiaj moje szare komórki się buntują.
Funkcje życiowe i myślowe zanikają, a co za tym idzie - nie jestem w stanie napisać logicznej notki.
W związku z powyższym poprawiam Wam humor udostępniając wyszukiwania wujka Google pod którymi ktoś znalazł tego bloga ;) 


Pisownia oryginalna ;)
Tradycyjnie zacznę od moich faworytów:
  1. kosmici atakują i kosmici pieprzą
  2. cieniowanie monotematyczne
  3. ej co się stanie jak użyłam żel pod prysznic w wannie

I całą reszta: 
  • barbi da misi kosmetologia
  • brzydka twarz po paru godzinach z podkladem
  • bwi odbarwione na rudo
  • czasnabuty.pl nie przychodzi e mail z o realizacji wysylki
  • cześć piękności włoski
  • baza art deco nic nie daje
  • jak prosto zrobic jabłko pieczone z karmelem nie majac karmelu
  • jak odświeżyć podkład pod cienie
  • czy w niebieskich oprawkach okularow mozna ladnie wygladac
  • czasoumilacz plus powiedzenia linia
  • zmywacz do demakijażu domowej roboty
  • porównywarka kolorów podkładów
  • myslo gabka
Serio? Czasami oczom nie wierzę jak to czytam ;) 
Swoją drogą szkoda, że nikt jeszcze nie wpadł na stworzenie takiej "porównywarki kolorów podkładów" :D 

19 czerwca 2013

A u mnie rośnie... miętowa trawa :)

Słonecznie, cieplutko i miętowo mi! :) 
Piękna pogoda za oknem zainspirowała mnie do stworzenia innego mani niż zwykle.
Długa droga to tego prowadziła....


Najpierw pomalowałam trzy warstwy lakieru bazowego.
Potem zachciało mi się go zmatowić.
Nadal wydawało mi się pusto, więc dodałam miętową trawkę. 
Efekt nie jest najgorszy, ale mogło być lepiej ;) 

A oto i sprawcy zamieszania:
- lakier MIYO mini drops 118 Heaven

18 czerwca 2013

Tłuściutki, słodziutki eliminator suchej skóry - krem z masłem kakaowym.

Kontrowersyjny krem, który albo się kocha, albo nienawidzi.
Niepozorny słoiczek, którego zawartość zadowoliła moją skórę. 
Mowa o kremie z masłem kakaowym od Queen Helene.


Od producenta:
"Mieszanka naturalnego masła kakaowego i czystej lanoliny w łatwo wchłanialnej konsystencji. Masło kakaowe doskonale rozmiękcza skórę i czyni ją bardziej elastyczną. Dostarcza skórze cennych substancji odżywczych. Regeneruje, wygładza, zapobiega nadmiernej utracie wody. Chroni skórę przed negatywnym oddziaływaniem czynników atmosferycznych, łagodzi podrażnienia, poprawia regenerację tkanek, zapobiega starzeniu się skóry. Gwarancja ładnej opalenizny. Idealny do opalania w solariach."

Skład:
Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Aqua (Water), Beeswax, Paraffin, Theobroma Cacao (Cocoa), Seed Butter, Sodium Borate, Lanolin, Stearyl Alcohol, Fragrance (Parfum), Yellow 5 (Cl 19140), Yellow 6 (Cl 15985), Red 33 (Cl 17200), Red 40 (Cl 16035).


Krem z masłem kakaowym do twarzy, rąk i ciała. Queen Helene.

Kremu z masłem kakaowym używam głównie do rąk i do ciała. Nie odważę się go nałożyć na twarz i nie polecam, choć producent o nim pisze, że jest to krem do twarzy, rąk i ciała. Jednak jeśli wasza cera wykazuje skłonności do zapychania, to ten krem może zrobić u Was niezłe zamieszanie przez parafinę, na której bazuje.

Lekko żółty krem ma twardą, zbitą konsystencję, która rozmiękcza się pod wpływem ciepłej temperatury. Dobrze rozsmarowuje się na skórze, a sucha skóra szybko go wchłania. Pozostawia jednak tłustawy film na skórze, który nie jest lepki, a tylko lekko odczuwalny. 

Zapach jest bardzo intensywny, słodki i chemiczny. Z kakao nie ma wiele wspólnego, to raczej chemiczna biała czekolada w moim mniemaniu. Nie każdemu będzie odpowiadać, wiem to na przykładzie mojej mamy. Kiedy nasmarowana tym kremem przemieszczałam się w jej otoczeniu, od razu go wyczuwała i marudziła, że śmierdzi ;) Mi ten zapach nie przeszkadza, bo lubię słodkie aromaty na sobie. 

Jeżeli chodzi o działanie, to ja sobie bardzo chwalę i chętnie sięgam po ten krem na co dzień. Pomaga mi on pielęgnować moje dłonie. Latem nie używam w ciągu dnia kremów do rąk, a tylko wieczorem nakładam grubszą warstwę tego kremu i kładę się spać. To mi wystarcza, by rano budzić się z gładkimi łapkami.
Krem z masłem kakaowym nakładałam także na skórę podrażnioną przez nadmierne opalanie ;) I o dziwo po oparzeniu słonecznym nie zeszła mi skóra, co zazwyczaj ma u mnie miejsce. 
Kiedy moja skóra woła o balsam, bo jest sucha, brzydka, to sięgam po ten krem. Jeszcze mnie nie zawiódł.

Na pochwałę zasługuje wydajność tego kremu. Używam go często i gęsto, codziennie, a po dwóch miesiącach mam jeszcze połowę słoiczka. 
Opakowanie zawiera 136g kosmetyku. Koszt takiego słoiczka to raptem 16,50zł. Można go nabyć TUTAJ :) Polecam, bo produkt niedrogi, a ciekawy.

U mnie kosmetyki Królowej Heleny się sprawdziły. Podchodziłam do nich sceptycznie, a okazało się, że niesłusznie. A Wy znacie Queen Helene? Możecie mi coś polecić?

17 czerwca 2013

"Niech mówią, że to nie jest miłość, że tak się tylko zdaje nam... " - z matową pomadką Rimmel ;)

Chodziła, kręciła nosem, maziała po rękach, dreptała, zastanawiała się.
Wszystkie matowe pomadki czynią Saharę z jej ust. Matowy błyszczyk nie sprawdził się.
O czym tu jeszcze myśleć? Ale jest kobietą. Naczytała się w tym internecie i teraz jej się zachciewa. 
A co tam, raz się żyje...


Mam ją zbyt krótko, żeby wystawić pełną recenzję, ale chcę się podzielić swoją miłością. Tak już, tu i teraz i koniec. No to się dzielę :) 
Dorwałam ją podczas Rossmannowej promocji na kolorówkę i zapłaciłam całe 11,39zł, co nie jest majątkiem. 
Wiedziałam już, że pomadki z tej serii są trwałe, mocno napigmentowane  i fakt, wysuszają, ale wyglądają efektownie na ustach. 
Ta ma matowe wykończenie. Idealny mat, bez cienia błysku. Piękny.


Kolor nr 104 jest bardzo "mój". Nie lubię pomadek idących w róż. 
Wolę te w odcieniach czerwieni, bordo i brązu, bądź nude.
Mam ją niecały miesiąc i zapałałam do niej miłością wielką. 
Sama nie wiem za co, bo wysusza mi usta tak jak wcześniej podejrzewałam. 
Po prostu podoba mi się i lubię jej trwałość. Jakaż ja mało wymagająca jestem ;) 


A Wy jak oceniacie tak popularne pomadki by Kate? 
Macie wśród nich swoje ulubione odcienie?

14 czerwca 2013

Coś drogiego, nie dla każdego - powiew Prowansji u Rodzynki.

Ktoś oprócz mnie czuje przesyt L'Occitane? Ręka do góry :)
Pfff, ja i tak dorzucę swoje trzy grosze w tym temacie. A co, mam być gorsza? ;) 
Dawno, dawno temu pod drzwiami znalazłam koszyczek. Koszyczek wydawał się być pusty, aleeee..... nie! Na samym dnie znalazłam kilka próbeczek :) Musiały poczekać w kolejce na to aż ich łaskawie użyję, ale ostatecznie doczekały się! I nawet doczekały się wiekopomnej chwili kiedy to skrobnę o nich kilka słów! Ależ jestem łaskawa ;) 


Taka mała, wesoła gromadka. Coś dla cery, coś dla ciała, coś pachnącego. 
Stworzę swój mały ranking, a zacznę od kosmetyku najmniej ciekawego dla mnie. 
Zacznę od mydełka...


Mydełko z masłem shea.
Nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Używam różnych mydeł, od najtańszych tych z Lidla, po takie bardziej profesjonalne od La Roche Posay. Mydełko L'Occitane okazało się dla mojej skóry zwyczajne. Ani nie pielęgnowało mojej skóry, ani jej nie wysuszyło. Zapach dla mnie kiepski, miałam wrażenie, że myję się szarym mydłem :/ Ani zapach, ani działanie mnie nie powaliło. Myje bo myje. Ale inne mydła też myją ;) 
Skład bardzo ładny i naturalny, jak najbardziej na plus. I za ten śliczny skład zapłacimy 17zł/100g. Nie jest najgorzej, a wręcz jest w porządku. Jednak jeśli bym się kiedyś miała skusić na kolejne mydełko, to wybrałabym inną wersję zapachową, bo jest jeszcze opcja pomarańcza&cynamon, mleko albo lawenda. 


Woda toaletowa Pivione Flora.
Woda toaletowa o zapachu piwonii nie zyskała mojej sympatii. A to dlatego, że nie przepadam z typowo kwiatowymi zapachami na sobie. Tutaj na początku czujemy ostrą woń piwonii, by szybko zwietrzała i zniknęła całkowicie. Na mojej skórze utrzymuje się około godziny... Trwałość karygodna. I to nie jest tak, że mój nos przyzwyczaił się do tego zapachu. Nie. Pytałam osoby postronne czym pachnę i te osoby niczego nie wyczuły. No niestety. To nie me gusta ;)
W tym wypadku za 75ml zapłacimy już 179zł.


Drogocenny krem na noc.
Brzmi intrygująco. I tu intryga się kończy ;) Na dzień dobry krem mnie zabił zapachem. Paskudny. Serio. Tak jak zazwyczaj nie przeszkadzają mi delikatne aromaty kemów, tak ten zabija mój nos. Ostry, jakby kwiatowy? Trudny do zniesienia, zwłaszcza, że jest intensywny. No ale jakoś to przebolałam i stosowałam go na noc zatykając nos ;) Krem ma działać przeciwzmarszczkowo, ale tego nie mogę doświadczyć, gdyż zbyt młoda i gładka jestem by wiedzieć co to zmarchy ;P Jednakże skóra była przyjemnie nawilżona i napięta. Krem nie spowodował zatkania porów i chwała mu za to. 
Cena zaporowa, choć czasami jestem skłonna zapłacić dużo za kosmetyk do pielęgnacji, to jednak 260zł za 50ml to dla mnie za dużo...


Krem do rąk z masłem shea.
Całkiem konkretny kolega. Przydatny na zimę. Jest treściwy, ma gęstą, zbitą konsystencję. Pozostawia na skórze dłoni tłustawy film. Chroni i pielęgnuje ręce. Tubka jest mało poręczna, trzeba cierpliwości, żeby wydobyć końcówkę produktu. 
Za 30ml kremu zapłacimy 29,90zł. Nie jest źle, można się skusić :)


Żel pod prysznic werbena.
Świeżo i przyjemnie pachnący żel pod prysznic typu unisex. Zużyłam go z przyjemnością.
Zapach trafia w mój gust - pod prysznicem czy w wannie lubię się dobrze odświeżyć, a z tym żelem mi się to doskonale udało. Wychodziłam z łazienki pełna energii, jak nowo narodzona :) 
Żel się dobrze pieni i myje przy okazji :D Jest wydajny i odpowiednio gęsty, nie przecieka między palcami.  To mój faworyt i ulubieniec z całej gromadki. 
Za butelkę o pojemności 250ml zapłacimy 59zł. Sporo :/ 
Tymczasem ja szukam tańszego zamiennika... Rześkiego, cytrusowego. I chyba nawet natknęłam się na godnego następcę, ale o tym innym razem :)

11 czerwca 2013

Lakiery na lato. Bo lato kiedyś nadejdzie! :)

Mając już dosyć deszczowej, szarej pogody stworzyłam swój prywatny ranking lakierów idealnych na lato. 
Mam nadzieję, że już niedługo przyjdzie do nas lato i uderzy z podwójną siłą! 
Warto być wtedy przygotowanym i mieć w osobnym kartoniku arsenał lakierów idealnych na słoneczną pogodę :) 


 W mojej letniej kolekcji znajduje się dziesięć buteleczek. Nie zwracałam uwagi na to jakiej firmy są to lakiery, a skupiłam się na kolorach. Kolorach wesołych, żywych, optymistycznych.  

Spójrzcie same jakie to lakiery:

Kolejno od lewej:
1. My Secret 144 Vanilia
2. Sensique Strong&Trendy nr 250 Candyfloss
3. Quiz, Safari nr 156
4.Barbra Colour Alike nr 473 Pozytywka
5. Golden Rose Charming nr 67
6. MIYO mini drops nr 118 Heaven
7. Mariza nr 63
8. Joko Orient Express nr J178 Blue fez
9. Wibo Color Power nr 4
10.Essence Multi Dimension nr 76 Cool and the gang

10 czerwca 2013

O dwóch peelingach godnych uwagi. Perfecta marcepanowa i Hean limonkowy.

Gładka skóra to szczęśliwa skóra.
Ja lubię się uszczęśliwiać, więc dbam o regularne ścieranie naskórka.
Sięgam po różne peelingi, do niektórych wracam, innych nie chcę już więcej na oczy widzieć.
Dzisiaj opowiem krótko i dwóch peelingach, z którymi się polubiłam. Mimo iż bardzo się od siebie różnią.
Co je łączy? Tylko to, że oba są cukrowe ;)



PERFECTA SPA CUKROWY PEELING DO CIAŁA - MARCEPAN.
Mówię marcepan, mylę - mniam! Z nadzieją na cudowny zapach sięgnęłam po ten peeling. Moja ulubiona forma opakowania, czyli plastikowy słoiczek również in plus.
Wiele z Was pytało gdzie go kupiłam. Ja go dorwałam w promocji w byłym Schleckerze, czyli obecnej drogerii Dayli za 13,99zł. Ostatnio też natknęłam się na niego w Lidlu, ale ceny nie widziałam. 


 Od razu powiem, że osoby stroniące od parafinowych peelingów mogą sobie dać z nim spokój. To peeling parafinowy, który pozostawia na skórze tłusty film. Już kiedyś wspominałam, że ja to lubię, taka warstewka powoduje, że nie muszę już aplikować balsamu na ciało. 
Zapach niestety mnie rozczarował, bo jest mdły, słodki i chemiczny, a spodziewałam się woni czystego marcepanu. No trudno, wybaczam mu ;)
Konsystencja zbita, peeling jest dość twardy i zbity. Grube ziarenka peelingujące, cukrowe szybko się rozpuszczają, ale przyjemnie i intensywnie masują ciało. 
Jest wydajny, wystarczy odrobina peelingu, żeby wymasować całe ciało :)
Nie jest to typowy mocny zdzierak, a wręcz peeling do częstego stosowania. Polubiłam go i chętnie wypróbuję inną wersję zapachową.


 HEAN SLIM NO LIMIT - UJĘDRNIAJĄCY PEELING CUKROWY.
 Tutaj mamy świeższą wersję peelingu cukrowego, bo o zapachu limonki, w żywym limonkowym kolorze. 
Peeling zakupiłam w drogerii Rossmann, ukryty był na najniższej półce, zaraz obok swojego solnego brata. Peelingu solnego Hean jeszcze nie próbowałam, ale na pewno kiedyś się skuszę, zachęcona tym cukrowym specyfikiem o którym zaraz poczytacie nieco więcej. 

Limonkowy cudak według obietnic producenta ma złuszczać, odświeżać, ujędrniać, oczyszczać pory, uelastyczniać skórę, wyprać, ugotować obiad, przewinąć dziecko i pozmywać.... Hola, hola! Co za dużo to niezdrowo ;) Dobra, zgodzę się - złuszcza, odświeża i wygładza. I tyle :) Ujędrnienia mimo regularnego stosowania nie zauważyłam, ale nawet się nie spodziewałam. bo jak?
Pachnie cudownie, świeżutko, limonkowo i intensywnie. Uwielbiam ten zapach! Po kąpieli i peelingu byłam jak nowo narodzona i pełna energii.
Konsystencja odpowiednia, lejąca, dobrze się wydobywa z tuby, ale nie przelewa się przez palce. Po nałożeniu trzyma się na skórze, dobrze się rozprowadza i jest wygodny w użytkowaniu. Zawiera w sobie baaardzo dużo średniej wielkości drobinek, które powoli się rozpuszczają.
Złuszcza, pachnie i jest niedrogi, bo za 200ml zapłacimy około 11zł. 

  
 Tak się prezentują moje niedawne odkrycia. Choć tak różne, to oba polubiłam. 
A Wy macie jakichś swoich peelingujących faworytów? Czy sięgacie po to co Wam przypadkiem wpadnie do rąk? Ja przyznaję, że lubię nowości zwłaszcza nowe zapachy i dlatego sięgam co rusz to po coś innego.

8 czerwca 2013

Miejsca w sieci, które odwiedzam vol 2.

Ostatnio w grudniu polecałam Wam miejsca w sieci które sama odwiedzam.
Dzisiaj chcę Wam pokazać pięć kolejnych miejsc, które może już znacie, a może dopiero dziś poznacie.

Nie samymi kosmetykami żyję. Lubię poczytać coś zabawnego, coś co mi poprawi humor po ciężkim dniu/tygodniu. Niedawno trafiłam na blog "On i ja. Skutki skażenia ślubnego". I przepadłam. Nie jestem jeszcze nawet w połowie, bo blog liczy sobie już 8 lat i nadal jest aktywnie prowadzony! Szacun! 


 
 Jak już sobie poprawię humor, to mam apetyt na więcej. I chce mi się przekąsić coś pysznego. 
Zawsze chętnie zaglądam na bloga "Gotuj z Wojciechem". Męski punkt widzenia na gotowanie. Piękne, czyste zdjęcia. Ciekawe przepisy. Po prostu niebo w gębie! 


Nie tylko lubię dobrze zjeść, ale też lubię oglądać ładne jedzenie. Brzmi dziwnie? 
Od pewnego czasu głośno jest o BENTO. Mam jednego bloga, na którym są przedstawiane śliczne bento, od których wprost oczu nie mogę oderwać! "Japonia bliżej bento" to zdecydowanie apetyczny blog! 


Na deser tematy mi bliższe, czyli nieco bardziej kosmetyczne. Choć nie tylko. Bo u Lili Naturalnej znajdziecie nie tylko naturalne kosmetyki, ale też wiele innych porad, pomysłów, inspiracji z różnych dziedzin. Jeśli jeszcze nie znacie, to koniecznie zajrzyjcie :)



Jeśli mowa o inspiracjach, to nieraz szukam inspiracji makijażowych tudzież na zdobienia paznokci. Gdzie wtedy zaglądam? Na Preen.me oczywiście! Uwielbiam szperać w tamtejszych makijażach czy manikiurach ;) Mało tego, znajdziecie tam także tutoriale, które pomogą Wam odtworzyć dany makijaż czy manicure.


 
Mam nadzieję, że zapewniłam Wam lektury na weekend? :) 
Teraz mogę spokojnie oddać się...porządkom ;) 
Udanego i słonecznego weekendu!