28 grudnia 2012

Drogeria Hebe w Opolu - już otwarta!

Dziś post informacyjny dla mieszkanek Opolszczyzny.
Otóż długo wyczekiwana drogeria Hebe w Opolu właśnie została otwarta! :D

Oprócz standardowych promocji jakie obowiązują we wszystkich drogeriach Hebe, na otwarcie przygotowane są jeszcze dodatkowe promocje. Dzięki przeciekom wiem już jakie kosmetyki są w promocji :)

Ceny promocyjne a w nawiasach regularne:
1. Bioderma serum 250ml 14,99 (19,99)
2. Mayballine Aftinitone podkład różne kolory 18,99 (25,99)
3. Calvin Klein CKIN2U damski 150ml 119,99 (139,99)
4. Palmolive Ayurituel lub Aromatherapy żel prysznic 500ml 10,99 (16,99)
5. Revlon pachnący lakier do pazn. 9,99 (19,99)
6. AA sensitive Nature SPA krem do rąk 100ml 12,99 (26,99)
7. Rimmel Scandaleyes Show Off tusz rzęsy 17,99 (29,99)
8. AA Sensitive Nature SPA żel do ciała 200ml 14,99 (26,99)
9. Dermolab woda micelarna demakijaż 200ml 29,99 (49,00)
10. Dermolab dwufazowy płyn demakijaż oczu i ust 200ml 29,99 (49,00)
11. Bell Glam Wear błyszczyk 7,99 (11,99)
12. Elmex pasta 75ml 8,99 (12,59)
13. Linea Detox 60 tabl. 25,99 (37,99)
14. L'Oreal Elseve szampon 400ml 9,99 (15,99)
15. Biosilk Therapy jedwab włosy 15ml 3,99 (5,99)
16. Soraya Art&Diamonds krem twarz 16,99 (25,99)
17. Lensvision płyn soczewki 360ml 12,99 (18,99)
18. Biały Jeleń mydło płyn 300ml 2,99 (4,49)
19. Hipp Bio kaszka 190g 4,89 (6,89)
20. Listerine Zero płyn 500ml 12,99 (16,99)
21. Nivea płyn demakijaż 125ml 9,99 (12,99)
22. AA Ultra Nawilżenie demakijaż oczy twarz 250ml 9,99 (12,49)
23. Garnier Beauty Balm Perfector krem 50ml 12,99 (19,99)
24. Dermolab żel do mycia twarzy 200ml 29,99 (39,00)
25. Dermolab peeling twarz 200ml 39,99 (49,00)
26. Dermolab balsam twarz 150ml 54,99 (69,00)
27. Lirene peeling twarz 75ml 11,99 (13,99)
28. Tołpa Planet Of Nature krem twarz 50ml 16,99 (21,99)
29. Mexx Magnetic dezodorant Woman lub Man 75ml 39,99 (49,99)
30. E koncentrat do płukania 1l 4,89 (7,89)
31. Ariel Liquid Tabs kaps. piorące 16szt. 24,99 (31,99)


No i link do produktów przecenionych we wszystkich drogeriach Hebe: KLIK :)

I jak tam, czujecie się skuszone? Ja muszę się zagłębić w tę listę, bo przyznaję, że jeszcze tego nie zrobiłam ;) Najpierw dzielę się informacją z Wami :D Jakby coś, to dziś macie czas jeszcze do godz 21.

26 grudnia 2012

Catrice Lip Appeal - nawilżający błyszczyk do ust - 050 Naturally Pink.

Nawilżenie ust to rzecz ważna. A gdy nawilżenie idzie w parze z połyskiem i kolorem - to dodatkowa zaleta. Te wszystkie cechy ma w sobie łączyć nawilżający błyszczyk do ust Catrice. Ja posiadam błyszczyk z numerem 050 Naturally Pink.


Opakowanie błyszczyka jest solidne, z grubego plastiku, ze srebrnymi napisami. Niestety napisy wraz z upływem czasu znikają. Pozostaje nam potem "bezimienny" błyszczyk. Polecałabym firmie dopracowanie opakowania - lubię żeby po kilku miesiącach nadal dało się wszystko bez problemu odczytać. Tutaj jest to niemożliwe.

Aplikator jest sporych rozmiarów, ale nie sprawia żadnych kłopotów. Można spokojnie nałożyć błyszczyk na usta nie korzystając nawet z lusterka. Aplikator jest nieco spłaszczony i nabiera rozsądną ilość błyszczyka - nic z niego nie ścieka, nie kapie.


Kolor błyszczyka - 050 Naturally Pink to róż wpadający nieco w brzoskwinię. Na ustach daje delikatny, bardzo naturalny efekt. Jest kremowy, nie ma w sobie żadnych drobinek, ale i bez nich daje ładny połysk ustom. Dyskretny, nada się i do szkoły i do pracy. Pięknie podkreśli urodę, nie będzie zwracał uwagi, dobrze się sprawdzi przy mocnym makijażu oka.
Błyszczyk jest dosyć gęsty. Nie spływa z ust, nie wchodzi w załamania, nie podkreśla suchych skórek.


Trwałość standardowa. Na moich ustach żaden błyszczyk nie utrzymuje się dłużej niż godzinę i z tym nie chce być inaczej.
Polubiłam się z tym błyszczykiem. Nie wysusza mi ust, nadaje połysk i delikatny kolor. Do drogich nie należy, ma wszystko czego szukam w błyszczyku. Kiedy go wykończę, a wykończę na pewno, to skuszę się na jakiś inny kolor z tej serii, bo do wyboru jest 10 różnych kolorów. Ciekawe jak z zapachami, bo ten mój ładnie, słodkawo pachnie. Czuję w nim wanilię podczas aplikacji. Na ustach już zapach się ulatnia. 
Pojemność - 5ml.
Cena - 15,99zł.

25 grudnia 2012

MIYO Nailed it! Lakier...magiczny? :D

W przerwie między kęsem makowca a kawałkiem serniczka zapraszam na notkę :)
Słów kilka o lakierze MIYO o wdzięcznej nazwie Magic. Jak nie miałam ani jednego lakieru MIYO tak obecnie posiadam ich już cztery i przyznaję, że jakościowo różnią się od siebie mimo iż pochodzą z tej samej serii. Ciekawa sprawa.


Lakier zamknięty jest w szklanej buteleczce o pojemności 8ml. Przez butelkę widać idealnie oddany kolor lakieru. Na nakrętce umiejscowiona jest etykietka, gdzie możemy zapoznać się z najważniejszymi informacjami dotyczącymi lakieru.
Pędzelek jest stosunkowo wygodny, spokojnie daję radę nie ubrudzić sobie skórek przy okazji malowania paznokci ;)

Zastanawiam się kto zajmuje się wybieraniem nazw dla poszczególnych kolorów :) Trzeba mieć niezłą wyobraźnię do tego. Ale tutaj bym się nawet zgodziła co do nazwy. Kojarzy mi się ona z ciemnoniebieską peleryną magików, których oglądałam w dzieciństwie w telewizji. Jakież to było wtedy mistyczne, kiedy mogłam podziwiać znikające przedmioty, czy króliki wyciągane z kapeluszy!
Kolor i krycie widoczne na zdjęciach uzyskamy nakładając na paznokcie co najmniej 2 a najlepiej 3 warstwy lakieru. Przy dwóch nieznacznie widoczny jest wolny brzeg paznokcia.


Za buteleczkę zapłacimy około 5zł. Jest to przyzwoita cena, bo jakość tego lakieru jest raczej średnia. Następnego dnia po pomalowaniu paznokci miałam już mocno starte końcówki.
Kolor ładny, ale taki zwyczajny, wolę bardziej oryginalne odcienie. Zdecydowanie jeśli chodzi o moje lakiery MIYO to faworytem jest kolor Suede. Magic raczej mnie nie urzekł. Może też dlatego, ze średnio przepadam za niebieskościami na paznokciach? A Wam jak się podoba?

24 grudnia 2012

Post inny niż wszystkie? Niekoniecznie ;P

Dzień dobry :)
Patrzę z rana do blogrolla i co widzę? Wysyp życzeń świątecznych :D
Ja też postanowiłam być monotematyczna i złożyć Wam życzenia płynące prosto z serca :)

23 grudnia 2012

Puder brązujący Diadem. Uwaga - sypie się! :D

Nie dając się zwariować przedświątecznym przygotowaniom skrobnę recenzję. A co!
Na tapecie puder brązujący firmy Diadem. Bo dziewczyny lubią brąz - mam rację? :)


Zacznijmy od tego, co na temat tego pudru mówi nam producent:
"Diadem puder brązujący podkreśla kości policzkowe, skroń i kości żuchwy, budując na twarzy światłocień. Produkt przyciemnia koloryt cery, odżywia twarz i ukrywa zmęczenie. Doskonale sprawdza się przy wykonywaniu ponadczasowego makijażu "nude". Lekka i jedwabista konsystencja pudru łączy się ze skórą dając efekt absolutnie naturalnej opalenizny.
BRONZER VERANO jest kosmetykiem uniwersalnym. Można go używać w każdym wieku, bez względu na kolor cery, na twarz oraz na całe ciało. Pomoże pogłębić albo odświeżyć opaleniznę. Jest świetną alternatywą dla osób, które nie lubią lub nie mogą się opalać, a chcą sprawić, aby skóra wyglądała jak skąpana słońcem. Niewielkie opalizujące drobinki tworzą promienną, ciepłą poświatę.
Jedno muśnięcie pędzla - Twoja skóra nabierze wigoru. Kolejne - pojawi się pogłębiająca opalenizna."


Opakowanie na początku wydawało mi się tandetne, ale okazało się bardzo wygodne i poręczne. Czasami pozory mylą :) Otwierane na "klik", z lustereczkiem w środku. Nie muszę się z nim siłować ani łamać paznokci, żeby je otworzyć. Pod pokrywą znajdziemy puszek z wytłoczonym logo firmy oraz folię chroniącą puder. Puszku nie użyłam ani razu - od aplikacji pudru brązującego mam swój ulubiony pędzel :)


Do wyboru mamy sześć różnych odcieni pudru brązującego, każdy opatrzony kolejnym numerkiem:
- Kasztanowy brąz PBR-01
- Kusząca czekolada PBR-02
- Opalony PBR-03
- Czekoladowy brąz PBR-04
- Intensywnie opalony PBR-05
- Opalony beżPBR-06
Ja posiadam nr 1 czyli kasztanowy brąz. Wpada nieco w rudość, ma w sobie sporo drobinek, które na szczęście nie dają efektu disco ;)


Jest coś, co mnie w tym pudrze bardzo denerwuje. Otóż jest to jego konsystencja. Jeszcze nie miałam tak miękkiego i sypkiego pudru brązującego jak ten. Po delikatnym tylko maźnięciu pędzelkiem i tak muszę strzepnąć z niego nadmiar kosmetyku. No ale można sobie w tym poradzić.
Jak zachowuje się na twarzy? Przyzwoicie. Daje się nałożyć i rozetrzeć tak jak chcę, w miarę dobrze się trzyma - kilka godzin spokojnie. Nieco rozświetla twarz, fajnie konturuje. Jest delikatny, raczej nie można sobie nim zrobić krzywdy. Chyba, że ktoś się bardzo postara ;P
Do ciała jeszcze go nie używałam, ale mam zamiar wypróbować tego patentu latem.

Oto jak wygląda na mej twarzy:

Żeby poznać bliżej kosmetyki Diadem, być może się z nimi zaprzyjaźnić, bądź wziąc udział w konkursie i wygrać jakiś kosmetyk Diadem, zapraszam do śledzenia profilu firmy na Facebooku -> KLIK.

Przyznaję, że jest to mój pierwszy kosmetyk tej firmy i mam w stosunku do niego mieszane uczucia. Męczy mnie troszkę do sypanie się. Poza tym kosmetyki Diadem są raczej trudno dostępne. Na profilu Fb możecie się dowiedzieć jak i gdzie je zdobyć.
Oprócz tego nie mogę mu nic zarzucić. Wygląda nieźle, nie znika w mgnieniu oka. Miałyście kiedyś coś z Diadema? Jak Wasze wrażenia? Pozytywne czy różnie bywało? ;)

19 grudnia 2012

Pędzelki do oczu - Hakuro H80 i Essence - porównanie.

Wczoraj jedna z czytelniczek poprosiła mnie o porównanie pędzelka Hakuro H80 do kuleczki Essence. Postanowiłam napisać posta, żeby wyczerpać temat i udokumentować to zdjęciami - żeby każda z Was mogła się przekonać na własne oczy czym te pędzelki się od siebie różnią.


Najłatwiej było mi zrobić porównanie w formie tabelki:

Jako dowód załączam fotografie obu opisywanych pędzelków:
Jeżeli chodzi o długość włosia, to są prawie identyczne. Minimalnie dłuższy jest Hakuro. Ale za to jest bardziej przycięty na bokach i dużo bardziej precyzyjny niż ten Essence.


18 grudnia 2012

BeBeauty zmywacz o paznokci z kokosem i gliceryną.

Kosmetyki z Biedronki niejednokrotnie robiły furorę wśród blogerek. Nie ukrywam, że i ja jestem jedną z tych lubiących ich kosmetyki. Do pewnego momentu bardzo lubiłam zmywacz Nailty. Jednak do czasu. Ostatnia buteleczka okazała się jakimś felernym produktem, bo zmywacz odbarwiał mi płytkę na pomarańczowo/żółto. Więcej już nawet na niego nie spojrzałam. Za to sięgnęłam po inny zmywacz z biedronkowej półki :) Tym razem BeBeauty.


Co mnie podkusiło, żeby sięgnąć po ten zmywacz? Otóż na moją decyzję wpłynęło kilka czynników:
- ładny zielony kolor zmywacza =) w końcu jestem fanką zieleni
- wymarzone opakowanie - z pompką :D
- brak acetonu w składzie

Opakowanie jest bardzo ważne. Nieraz zmywacz ma niewygodne opakowanie, które utrudnia wydobywanie kosmetyku i aplikację na wacik. Dlatego cenię sobie tego typu opakowania jakie ma zmywacz BeBeauty.

Sam zmywacz sprawuje się nieźle. Nie mam do niego żadnych zastrzeżeń.
Widziałam, że dziewczyny narzekają na jego zapach. Ja tam go lubię na tyle, na ile można lubić zapach zmywacza ;P Po zmyciu lakieru paznokcie również delikatnie pachną jakby troszkę słodkawo.
Zmywacz bez problemu radzi sobie ze zmywaniem lakierów. Wiadomo - jeden lakier będzie się zmywał nieco trudniej, inny nieco łatwiej, ale to już kwestia indywidualna danego lakieru, nie zmywacza ;)
Używam go od ponad dwóch miesięcy i nadal w buteleczce jest trochę płynu. Czyli wydajność na plus. A stosunkowo często zmieniam lakier na paznokciach :)
Po zużyciu zmywacza zostawię sobie buteleczkę i jeśli kupię inny zmywacz bez pompki, to do tej przeleję zawartość. Mimo iż ten zmywacz sobie chwalę, to postanowiłam, że teraz kupię sobie na wypróbowanie zmywacz z Isany, bo naczytałam się wielu pozytywnych recenzji. Muszę to zweryfikować :D
Za butelkę zmywacza BeBeauty o pojemności 150ml zapłacimy ok 5-6zł.

Skład:
Ethyl Acetate, Alcohol Denat, Aqua, Glycerin, Cocos Nucifera Oil, Parfum, CI 47000, CI 61565.

17 grudnia 2012

Bourjois odświeżająco-oczyszczający żel do mycia twarzy.

Wczoraj Bourjois, a dzisiaj... Bourjois :D Śmierdzi reklamą? Niesłusznie ;)
Od kilku tygodni w mej łazience stoi sobie pękata tuba z żelem do mycia twarzy od Bourjois. A że używałam go równolegle z micelem tejże firmy, to i recenzje pojawiają się dzień po dniu.


Co obiecuje producent? Mycie, oczyszczenie, odświeżenie... Zresztą same poczytajcie :) I możecie się także zagłębić w skład żelu:

Niebieska, półprzezroczysta tubka pozwala nam na obserwację zużycia żelu. Podoba mi się kolorystyka opakowania ;) Tubka jest na tyle miękka, że nie sprawia żadnego problemu z wydobywaniem kosmetyku. Jedynie narzekam na zbyt duży otworek przez który notorycznie wyciskam zbyt dużą ilość żelu. A wystarczy naprawdę kropelka, żeby móc umyć całą twarz. Przez to notoryczne nieoszczędzanie żelu szybko mi go ubywa.
Zapach jest świeży, czuję w nim nutę ogórkową, rześką. Trochę czymś chemicznym zajeżdża, ale da się przeżyć i się nie otruć podczas mycia.
Konsystencja jest typowo żelowa, choć może trochę rzadki jest ten żel. I w ogóle się nie pieni podczas aplikacji. Nawet kiedy używam gąbeczki z celulozy.


Co więcej mogę o nim powiedzieć? Dla mnie to taki zwyklaczek. Szału nie robi, używałam już lepszych ;) Poza tym zdecydowanie bardziej wolę słodsze bądź bardziej owocowe zapachy. Jak już kosmetyk pachnie, to ma mi ładnie pachnieć ;P
Czy myje? Ano myje. Chyba nawet nieźle, bo po przetarciu potem buzi wacikiem nasączonym tonikiem nie znajdywałam na waciku przykrych niespodzianek w postaci niedomytego podkładu. Oczyszczanie to raczej średnie daje, ale od tego mam inne kosmetyki. Odświeżenie czuję już po samym zapachu ;P Żel jest dobry do porannego przemycia twarzy, takiego "na obudzenie" - postawi twarz na nogi ;D Mnie nie podrażnił, ale do tej pory żaden żel do mycia twarzy nie posiał spustoszenia na mojej twarzy. Nie wysusza też cery, albo mam po prostu świetny tonik, który to niweluje ;)
Stosunek ceny do pojemności czy jakości średni. Za tubkę 150ml zapłacimy ok 13zł.  Żel dostępny jest m.in. w sieci drogerii Rossmann.

16 grudnia 2012

Bourjois woda micelarna do demakijażu twarzy i oczu.

Niby zwykła woda, a jednak potrafi poradzić sobie nawet z tuszem do rzęs. Cóż to za woda? WOda micelarna Bourjois.

Fioletowa, półprzezroczysta buteleczka pozwala nam kontrolować zużycie płynu.
Woda jest bezbarwna, bezzapachowa - niczym zwykła kranówa ;) Ale przeznaczona jest do demakijażu zarówno oczu jak i całej twarzy.
Naklejka z napisem KWC na nakrętce jest dowodem na to, że produkt jest znany i lubiany. Podobnie jest ze mną - polubiłam się z tą wodą i chętnie będę do niej wracać. Daje sobie radę ze zmywaniem makijażu, nie podrażnia skóry. Po demakijażu cera jest odświeżona, oczyszczona i rześka. Nie odczuwałam po demakijażu żadnego pieczenia oczu, nie zachodziły mi mgłą.

Info od producenta i skład:

Za buteleczkę o pojemności 250ml zapłacimy około 13-15zł. Woda micelarna dostępna jest w sieci drogerii Rossmann.
Jeżeli chodzi o wydajność, to butelkę płynu zużyłam w około 1,5-2 miesiące przy czym używałam go namiętnie codziennie.
Jeśli jeszcze nie próbowałyście tej wody, to polecam wypróbować. Nie jest droga, a wydajna i przyjemna.

14 grudnia 2012

YR Żel pod prysznic i do kąpieli - pieczone jabłko w karmelu.

Święta zbliżają się wielkimi krokami. Z półek drogeryjnych czy sklepowych atakują nas edycje limitowane wydawane specjalnie na te okazje. Zapachy, smaki, aromaty - to wszystko kusi i nęci. Czy warto czasami sięgnąć po jakiś produkt z edycji limitowanej???


Do niedawna oferta Yves Rocher była mi całkowicie nieznana i w sumie nawet mnie nie kusiło poznanie jej. Jednak kiedyś przypadkiem, przy okazji wizyty w CH natknęłam się na sklepik właśnie YR. Wstąpiłam. Kupiłam kilka rzeczy i przepadłam. Mój nos pokochał ich kosmetyki do pielęgnacji ciała. Dlatego kiedy dostałam newsletter z zapowiedzią oferty limitowanej o zapachu pieczonego jabłka w karmelu uznałam, że muszę dorwać coś, a najlepiej płyn do kąpieli. I dorwałam.

Za butelkę o pojemności 400ml zapłaciłam 14,90zł. Czy to dużo czy mało to kwestia sporna. Dlatego, że płyn jest niesamowicie wydajny! Obawiałam się, że po kilku kąpielach po płynie pozostanie tylko wspomnienie. Na szczęście jest inaczej. Używam sobie tego płynu, używam, używam i po każdym użyciu widać niewielki ubytek. Lubię taki stan rzeczy! :D Jest tak zapewne dlatego, ze płyn jest bardzo gęsty. I wystarczy ulać odrobinę pod bieżącą wodę, aby uzyskać niezłą pianę. Pieni się naprawdę świetnie - amatorzy dużej piany będą z tego faktu zadowoleni.
Jeżeli chodzi o zapach, to w butelce czuć zarówno jabłko jak i słodycz karmelu. W wodzie karmel się ulatnia i pozostaje woń aromatycznego jabłuszka. Zapach nie jest bardzo intensywny, ale jest wyczuwalny podczas kąpieli.
Używałam go tylko do kąpieli w wannie, więc nie mam pojęcia jak spisze się jako żel pod prysznic. 
Nawilżenia skóry nie zaobserwowałam, bo i tak wolę do tego celu użyć balsamu czy masła, które są bezpośrednio do tego przeznaczone.


Jestem zadowolona i nie żałuję zakupu tego płynu. Podoba mi się delikatny zapach, odpowiada mi gęsta konsystencja, nie narzekam na wydajność. Stwierdziłam, iż przy okazji limitek fajnie jest sięgnąć po jakiś produkt z niej, bo prawdopodobnie już więcej nie będę mieć okazji go wypróbować.
A Wy jak zapatrujecie się na edycje limitowane, wydawane z okazji jakichś świąt tudzież bez żadnej okazji? Kuszą Was takie produkty? Czy pozostajecie wobec nich obojętne? :)

11 grudnia 2012

Czekolada? Najlepiej na noc!

Zima. Mróz. Kaloryfery. Suche powietrze. Popękane usta. Znacie ten problem? Ja go znam doskonale. I wcale nie jestem z tego powodu zadowolona. Ale z moimi suchymi, spierzchniętymi ustami od jakiegoś czasu walczę. Jednym z moich pomocników jest wazelina czekoladowa Floslek. 


Słowo "wazelina" zawsze dziwnie i wręcz negatywnie mi się kojarzyło. Do czasu, aż koleżanki wizażanki poleciły mi wazelinę do pielęgnacji ust. Od tego momentu wyraz "wazelina" nabrał innego znaczenia, a wręcz innego wymiaru :D
Opakowanie tej wazeliny to metalowy słoiczek z nakrętką, na której naklejona jest papierowa etykietka. Opakowanie jest wygodne, bezproblemowo się je odkręca. Dodatkowo jest ono zapakowane w kartonik, na którym znajdują się informacje typu skład, waga, zastosowanie itp.


Wazelina jest dosyć miękka - na tyle, żeby ją swobodnie wydobywać palcem i nakładać na strategiczne miejsca, czyli usta czy suche skórki.
Zapach wazeliny jest po prostu zniewalający. Dla samego zapachu dałabym się pokroić. Pachnie jak najczystsza czekolada, nie ma w niej żadnej chemii. Cudo.
Działanie nie jest jakieś powalające, to niestety trzeba przyznać. Ale znalazłam dla niej świetne zastosowanie. Otóż nakładam sobie na noc na usta grubą warstwę wazeliny i budzę się rano z miękkimi ustami. Gdybym nie nakładała niczego na noc, to rano budziłabym się z suchymi, popękanymi ustami.
Wiem, że wiele dziewczyn nakłada sobie w ten sposób miód. Ja miód wiem, że od razu bym zlizała z ust :) A wazelina smaku nie ma, tylko piękny zapach, więc całą noc na ustach wytrzymuje. Będąc na diecie wazelina o zapachu czekolady daje mi doskonałą namiastkę słodyczy :)
Wazelina nadaje ustom połysk, więc może zastąpić także bezbarwny błyszczyk. 
Oprócz ust, często też wykorzystuję wazelinę do natłuszczania skórek wokół paznokci. Równie świetnie się sprawdza co oliwka do skórek.
Słoiczek o wadze 15g kosztuje około 6zł. Jest to niewiele, zwłaszcza, że wazelina jest bardzo wydajna. Pomaga doraźnie, ale warto wypróbować choćby tylko dla samego zapachu!
Na co dzień wazelina jest dla mnie jakaś taka...za tłusta ;) Cały czas czuję ją na ustach. Dlatego w ciągu dnia używam pomadek ochronnych, a wazelinę wykorzystuję nocą :)


9 grudnia 2012

Miejsca w sieci, które odwiedzam.

Sama bardzo lubię czytać wpisy w których polecacie jakieś ciekawe strony, które odwiedzacie, bądź dopiero je odkryłyście. Często czerpię z nich inspiracje. Dlatego też podzielę się z Wami moimi odkryciami i stronami internetowymi na które ostatnio zaglądam.

Pewnie zaciekawi Was, jako blogerki kosmetyczne, informacja o nowym agregatorze kosmetycznym. Trafiłam na niego przypadkiem, na razie zrzesza 70 blogów, ale cały czas się rozwija. Możecie również dodać swój blog do listy.

Kolejne miejsce, które często i gęsto odwiedzam to portal Zszywka.pl. Uwielbiam go po prostu. Jest łatwy w obsłudze, czytelny i przyjazny. Wolę zdecydowanie bardziej Zszywkę niż inne Pinteresty ;P Jeśli macie ochotę przejrzeć moje tablice, to znajdziecie mnie tam pod moim standardowym nickiem Rodzynka1989 :)


Czas na coś ręcznie robionego ;) Jak wiecie lubię robótki ręczne, często sama wykonuję jakieś gadżety pomocne w życiu codziennym. Lubię ulepszać, modernizować, przerabiać.
Ciekawe wytwory oraz instrukcje do ich wykonania można znaleźć na blogu I Spy DIY.


Jako, że niedługo będę zmuszona zająć się urządzaniem domu, to szukam także ciekawych pomysłów na aranżacje wnętrz, na wystroje i inne detale. Dlatego lubię odwiedzać bloga My little white home. Jest tak piękny, estetyczny i przyjemny, że samo oglądanie zdjęć nastraja mnie pozytywnie.

Jest jeszcze jeden blog na który lubię wracać. Jest to blog dotyczący robótek ręcznych, głównie haftu. Sama lubię coś tam wyhaftować haftem krzyżykowym, ale to co podziwiam na blogu Cyber Julki to po prostu małe dzieła sztuki!

Na razie to tyle. Mam nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie, a jeśli nie, to może podrzucicie mi linki do jakichś inspirujących miejsc w sieci? Będę wdzięczna :)

8 grudnia 2012

Rzęsy aż do nieba z mascarą Clinique high length.

Pewnie pamiętacie jeszcze wrześniową akcję perfumerii Douglas, która polegała na wymianie starego tuszu na nową miniaturkę tuszu Clinique? Jako, że miałam stosowną okazję, to ją wykorzystałam i zdobyłam swoją miniaturę. A że Pani ekspedientka nie dała mi prawa wyboru tuszu, trafiła mi się mascara wydłużająca rzęsy.
Zacznijmy od opakowania - białe, ze złotą zakrętką, podczas użytkowania nic się nie ściera, nie zadziera. Aplikator, czyli silikonowa szczoteczka w kształcie banana początkowo może sprawiać trudności, ale szybko można się przyzwyczaić i bezproblemowo aplikować nią tusz. Szczoteczka jest dość specyficzna, bo ząbki ma ulokowane tylko z jednej strony. Kształt banana ma nam pomóc w dotarciu do wszystkich rzęs, nawet tych w głębokim wewnętrznym kąciku oka.

Maskara początkowo skleja rzęsy, jest dosyć wodnista, więc musi poleżakować i dojrzeć nieco w opakowaniu. Jeśli odczekamy kilka tygodni tusz dużo zyska i będzie łatwiejszy w obsłudze.
Ja mam mascarę w kolorze nr 01 czyli czarną. Ta czerń jest naprawdę czarna, niczym najczarniejszy węgiel. Nadaje rzęsom konkretnego koloru, mocno je podkreśla. Tusz ma wydłużać rzęsy i robi to. Bardzo wydłuża rzęsy. Efekt wydłużenia uchwyciłam na poniższym zdjęciu:

Żeby nie było tak cudownie - maskara Clinique high lengths ma to do siebie, że lubi sklejać rzęsy. Czasami już przy pierwszej warstwie tuszu, czasami przy drugiej. Wtedy pomagam sobie inną szczoteczką ze zużytej maskary.
To, czego brakuje mi jeszcze w tej maskarze to brak wodoodporności. Zimą byłoby przydatne, kiedy śnieg zacina, a my nie chcemy uzyskać efektu pandy.
Szkoda też, że nie daje rady podkręcić moich rzęs. Przez to zamiatam rzęsami po okularach ;P 
Plus za to, że tusz nie kruszy się, nawet 12 i więcej godzin na rzęsach mu nie straszne.
Jeżeli chodzi o moje oczy, to maskara ich nie podrażniła, nie zadziałała w żaden negatywny sposób. Zmywanie jak to z tuszami bywa - zależy ile i jak grube warstwy nałożymy tak długo będziemy musiały machać płatkami kosmetycznymi ;)


Pełnowymiarowe opakowanie kosztuje około 100zł. Obecnie mam zagwozdkę. Sama nie wiem czy sięgnę raz jeszcze po tą maskarę. Mimo kilku minusów chwalę ją sobie zwłaszcza za tą głęboką czerń i efekt spektakularnego wydłużenia rzęs. Będąc pomalowana tym tuszem zebrałam nawet pochwałę odnośnie długości moich rzęs, więc chyba coś jest na rzeczy :)
Chciałabym dorwać jeszcze miniaturę maskary Clinique High Impact Curling lub High Definition Lashes. Muszę przyznać, że zaintrygowały mnie te mascary i używana obecnie Volume Million Lashes L'Oreal wypada naprawdę blado obok tej Clinique... Jednak nie wydam 100zł na tusz za który nie będę pewna czy mi będzie odpowiadać.

7 grudnia 2012

Zrób to sam! - Brokatowy świecznik świąteczny.

Od kilku dni siedzę i dłubię. Co dłubię? Różne rzeczy :) Od kartek świątecznych przez ozdoby aż do biżuterii. Dostałam jakiegoś natchnienia, więc każdą wolną chwilę poświęcam na robótki.
Dziś pokażę Wam jak można zamienić zwykły słoiczek w uroczy świecznik. Dla kogoś może zajeżdżać kiczem, bo dużo w nim brokatu. Mi się kojarzy ze świętami, więc tak też je nazwałam.


Co będzie potrzebne? Niezbędne akcesoria to:
- pusty, czysty słoiczek, najlepiej po jakimś Bebiko, BoboVicie czy innych deserkach dla najmłodszych
- dwustronna taśma klejąca
- kilka rodzajów, kolorów brokatu
- kawałek wstążeczki

Z taśmy wycinamy paseczki, które następnie naklejamy wokół słoiczka.
Na kartkę papieru wysypujemy nieco brokatu. Obtaczamy słoiczek w brokacie i dokładnie pokrywamy taśmę tymże brokatem odpowiednio dociskając.
Po obklejeniu jednego paska brokatem przyklejamy kolejny paseczek, wysypujemy inny kolor brokatu na kartkę i znów obtaczamy.
Kolory wybieramy jakie chcemy. Tak długo doklejamy paseczki i pokrywamy je brokatem, aż cały słoiczek będzie pokryty brokatem.
Na końcu szyjkę słoiczka również oklejamy taśmą. Naokoło obwiązujemy ją wstążeczką. Dzięki taśmie wstążka będzie stabilnie się trzymać i nie będzie zjeżdżać. Po obwiązaniu robimy ładną kokardkę i przycinamy zbędne części.
Na koniec świecznik nieco ostukujemy, żeby brokat zbyt się z niego nie osypywał podczas użytkowania.
Do środka wkładamy świeczkę typu tealight, zapalamy i cieszymy się ciepłem płomienia i samodzielnie wykonanym świecznikiem :D

Mi się świecznik na tyle spodobał, że od razu spreparowałam drugi :D Wypróbowałam je już kilkakrotnie i możecie być pewne, że klej z taśmy się nie topi, nic nie odpada ani się nie pali ;P
Po sezonie raczej te świeczniki wyrzucę i nie będę mieć wyrzutów sumienia - w końcu prawie nic mnie nie kosztowały :D A w przyszłym roku mogę zrobić nowe, inne i znów pokombinować :)
A Wam jak się podobają moje świeczniki? Może jakoś udało mi się Was zainspirować?
Spróbujcie - to świetna zabawa, dużo frajdy i jaka satysfakcja z tego, że coś zrobione jest samodzielnie :)

6 grudnia 2012

Lakier holograficzny Eveline Holografic Shine 402.

Od kiedy skróciłam paznokcie zaczęłam stawiać na jasne kolory lakierów. Ciemne jakby dodatkowo skracają moją płytkę... Dlatego niedawno odkurzyłam lakier holograficzny w kolorze jasnego fioletu. Holosie chyba nigdy mi się nie znudzą :) Pewnie dlatego, że mam w swoim zbiorze tylko dwa - złoty z GR i ten fiolet od Eveline :D


Buteleczka jest mała i niepozorna. Chowa w sobie 4,5ml lakieru.
Pędzelek jest cienki i średnio wygodny, ale da się nim operować by nie ufajdać palców.


Kolor lakieru jest trudny do opisania. To taki sprany fiolet, bardzo blady, iskrzący w świetle. Holograficzne drobinki mienią się różnobarwnie głównie przy sztucznym oświetleniu. W świetle dziennym lakier wygląda dość zwyczajnie. Jest to bardzo bezpieczny odcień, nie rzucający się w oczy. Nada się także do noszenia na co dzień, w pracy czy szkole.
By uzyskać pełne krycie musiałam nałożyć dwie warstwy lakieru. Nie jest to kłopotliwe, bo lakier dość szybko schnie.
Trwałość jest świetna, bo oprócz ścierania się końcówek z lakierem nic się nie dzieje. Nosiłam go tydzień na paznokciach i tylko spiłowałam pazury, dzięki czemu nie było widać startych końcówek.


Za buteleczkę o pojemności 4,5ml zapłacimy w porywach od 3 do 5 zł. To niedużo, a warto wypróbować takiego cudaka. Do wyboru jest podobno 12 różnych kolorów. Ja go kupiłam w Drogerii Astor, ale one występują tylko na Opolszczyźnie. Musicie szukać u siebie w niedużych, lokalnych drogeriach, a na pewno je dopadniecie :) Polecam, bo jest tani, a dobry :)

5 grudnia 2012

Jak, gdzie i czym pracuję? Technicznie-praktycznie.

Dzisiaj post - ciekawostka. Ujawnię kulisy mojego miejsca pracy nad blogiem oraz akcesoria, które pomagają mi w tej pracy.


Zacznijmy od miejsca w jakim jestem zmuszona przesiadywać i robić większość czynności związanych z blogiem i nie tylko. Jest to biurko. Oczywiście panuje na nim artystyczny nieład i w większości miejsce na nim zajmują... kosmetyki :D

Jak wiadomo tło do zdjęć jest bardzo istotne. Większość blogerek preferuje białe, czyste tło. Ja wolę żeby jednak jakiś delikatny motyw stanowił tło. W tym wypadku postawiłam na koszulę w kwiaty. Dzięki temu mój aparat łapie światło, bo na białym tle nie łapie...

Mniejsze obiekty jednak staram się złapać na jednolitym tle. Do tego celu wykorzystuję białe, przecięte na pół opakowania po szamponach czy odżywkach do włosów. Nadają się do tego wprost idealnie. Zarówno lakiery do paznokci jak i pojedyncze cienie do powiek świetnie fotografuje mi się na tle tych opakowań.

Co prawda mam dostęp przy biurku do światła dziennego. Z prawej strony biurka jest okno. Jednakże jesienią czy zimą światło jest raczej kiepskie. Dlatego pomagam sobie blendą wykonaną domowym sposobem. Otóż funkcję blendy pełni u mnie kawałek kartonu oklejony folią aluminiową. Świetnie odbija światło i ułatwia robienie zdjęć.

Ważnym elementem jest aparat. Ja posiadam stary aparat cyfrowy, który praktycznie cały czas musi być podłączony pod ładowarkę. Funkcji zbyt wielu on nie posiada, ostrości łapać często nie chce, ogólnie współpracować ze mną nie lubi, ale ważne, że w ogóle jest =) Czasami da się z niego coś wyciągnąć, więc już nie marudzę ;P

Zdjęcia przed wrzuceniem na bloga w jakimś programie obrobić trzeba. Ja nie posiadam PhotoShopa i dobrze, bo bym pewnie nawet połowy funkcji nie wykorzystała. Dlatego radzę sobie wykorzystując najprostsze programy graficzne - PhotoFiltre oraz Paint =)
Karminowe Usta - pytałaś w jakim programie robię napisy - właśnie w PhotoFiltre :)

Przy pomocy wyżej wymienionych programów, gadżetów, akcesoriów uzyskuję efekty jak na zdjęciu:

I niech mi ktoś powie, że prowadzenie bloga to taka lekka i łatwa praca, to chyba umorduję ;P 
Owszem, efekt końcowy satysfakcjonuje, ale trzeba się troszkę najpierw napracować, żeby go uzyskać. 

A może Wy mi zdradzicie swoje triki i sposoby na robienie czy obrabianie zdjęć? Jak Wy je robicie, żeby były ładne, estetyczne, żeby podobały się czytelnikom? Może macie już profesjonalne akcesoria? Lampy, namioty bezcieniowe, lustrzanki - na czym pracujecie?